Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

02-10-2014 | Sztuka | afryka, drejerska, kapp, opera, rpa, teatr

Dramat w więzieniu i opera na poczcie, czyli rozmowa z Tertiusem Kappem (2)

Druga część wywiadu KAroliny Drejerskiej z autorem sztuki teatralnej "Rooiland", a teraz opery "Poskantoor", Tertiusem Kapp z RPA.

Karolina Drejerska: Premiera Twojej pierwszej opery, Poskantoor, będzie miała miejsce w październiku. Czy praca nad operą różniła się od pracy nad sztuką teatralną?

Tertius Kapp: Tak, bardzo. Po napisaniu dziesięciu stron, praca stała się bardzo męcząca. Nie sądziłem, że będzie tak ciężko. Prawdę mówiąc, żaden z tekstów, jakie do tej pory napisałem, nie był tak trudny. Kładłem duży nacisk na język. Nic w operze nie jest naturalne – dlaczego ci ludzie wciąż śpiewają? Stale miałem problem, by znaleźć odpowiednie słowo, które będzie pasowało do rytmu i rymu. Zdarzało się, że słowo, które akurat pasowało, nagle zmieniało kierunek, w jakim zmierzała fabuła. Dlatego stale coś pisałem, a potem to zmieniałem.

Innym problemem jest to, że nie mogę zakładać, że publiczność wychwyci wszystko, co zostanie zaśpiewane. Mam nadzieję, że tak się stanie, ale nie mam pewności. Dlatego najważniejsze elementy muszą zostać zaśpiewane i jednocześnie pokazane. Dlatego też zdecydowałem się wiele zwrotów akcji na końcu.

Poskantoor będzie komedią. Szczerze mówiąc, nie tego się po Tobie spodziewałam po obejrzeniu Rooiland. Dlaczego wybrałeś zupełnie inny gatunek?

Tak naprawdę bardzo lubię komedię. Niektórzy traktują ją jak niższą formę sztuki, co jest po prostu niedorzeczne! Niestety, zawsze gdy chciałem napisać komedię, wychodziła mi tragedia. Miejmy nadzieję, że z Poskantoor będzie inaczej.

Myślę też, że świadomie staram się oderwać łatkę „poważnego artysty“, zajmującego się tylko ważnymi tematami. A propos, nie sądzę, by udało mi się przebić Rooiland, dlatego nadszedł czas na coś nowego. Większość spektakli teatru afrikaans jest wystawiana na festiwalach, gdzie możemy zapomnieć o niektórych zasadach i robić nieprzyzwoite żarty, na które zwykle byśmy sobie nie pozwolili.

Skąd pomysł, by akcja rozgrywała się na poczcie? Opera zwykle kojarzy się z wyszukaną formą, wysoką kulturą, rozrywką dla elity. Dlaczego więc wybrałeś tak nudne i zwyczajne miejsce, jak urząd pocztowy?

Właśnie sama to powiedziałaś. Zwykle opera taka jest. Zwykle też opera jest europejska. I zwykle opera jest pełna grubych ludzi, śpiewających o księżniczkach, pałacach, gondolach i miłości. Tego nie ma w RPA. Cóż, mamy miłość. I grubych ludzi. Ale reszty nie. To oczywiste, że afrykańska opera musi nawiązać do tematu „europejskiego medium w Afryce“. Dziewczyny, pracujące na poczcie, otwierają listy płynące z całego świata i marzą o życiu w innym miejscu. Jedna z arii nosi nawet tytuł „Poskaarte is wreed“ („Pocztówki są okrutne“).

Kolejna rzecz, która mi się spodobała w urzędzie pocztowym to, że właśnie ta przestrzeń jest tak nudna i przyziemna. Nie sprzyja romansom. To miejsce jest tak bardzo prawdziwe. A mimo to, wszyscy śpiewają. To takie absurdalne. Pozwoliłem na współistnienie absurdu i rzeczywistości, i wykorzystałem to połączenie w komedii.

Dlaczego piszesz swoje sztuki w afrikaans? Nie sądzisz, że dotarłbyś do szerszej publiczności, pisząc po angielsku?

Wbrew temu, co się sądzi, teatr afrikaans jest obecnie największym w kraju. Festiwale artystyczne dały dużo możliwości spektaklom w afrikaans. Obecnie również duże teatry w ten sposób postępują.

Oczywiście, to byłoby też trochę nieszczere, by pisać sztukę w innym języku tylko po to, aby mieć większą publiczność, choć potrafię to zrozumieć. Nie mam nic przeciwko pisaniu po angielsku. W przyszłym roku będę nawet brał udział w anglojęzycznym projekcie. Pewnie to zabrzmi jak wyświechtany frazes, ale głównym celem mojej pracy nie są pieniądze czy duża publiczność.

W pozytywnym tonie powiem też, że afrikaans jest bardzo ciekawym językiem. Ma toporną poetykę, co mi się osobiście bardzo podoba. Jest też bardzo idiomatyczny. Wiele zależy od interpretacji odbiorcy. Zdarza mi się zastanawiać, ile znaczeń może mieć to, co właśnie powiedziałem. To jednocześnie absurdalne i ciekawe.

W Rooiland postaci używają Sabeli. Czy w Poskantoor też bawisz się językiem?

Tak, cała moja praca nad Poskantoor skupiała się na języku. Starałem się używać potocznego języka („kontreitaal“), który nie jest dobrze znany w dużych miastach, a raczej w małych miejscowościach i na wsiach, np. Karoo. Takie dialekty są bardzo idiomatyczne i naprawdę piękne. Jednocześnie afrikaans jest bardzo gardłowym językiem. Jest opisywany jako „obraźliwy, nawet gdy używany uprzejmie“ (Arthur C. Clarke), więc naprawdę można się nim dowolnie bawić. Mamy nawet miłosną arię, którą nazywamy ‚ggg‘-aria, ponieważ celowo nadużywamy w niej gardłowego w afrikaans dźwięku „ggg“.

Wydaje mi się, że już na dobre połączyliście siły z Jaco Bouwerem (reżyserem) i Braamem du Toit (kompozytorem). Wspólnie pracowaliście nad Rooiland i nad Poskantoor. Co sprawiło, że Wasza współpraca jest tak efektywna i kreatywna?

Współpracuję z wieloma osobami, ale masz rację – praca z Jaco i Braamem jest wyjątkowa. Dobrze się rozumiemy – przynajmniej na poziomie artystycznym -  i ufamy sobie. Tak naprawdę nie mam wielu okazji do bezpośredniej pracy z nimi. Po prostu piszę scenariusz i przekazuję go dalej. Prawdziwym wyzwaniem jest użycie tego tekstu przez Jaco i Braama. Braam tworzy klimat spektaklu, odnajdując serce mojego tekstu. Jaco interpretuje i urzeczywistnia tekst, tworzy wizualny aspekt spektaklu i pomaga aktorom odnaleźć się w postaciach, które grają. Znam Braama dużo dłużej niż Jaco, a cała ta opera to efekt długich, siedmio- czy ośmioletnich próśb Braama, żebym napisał libretto do opery, do której on stworzy muzykę.

Przełomowym momentem była decyzja Magdalene Minnaar, naszego głównego sopranu, by zostać producentem opery.

Poskantoor będzie pierwszą operą w afrikaans w XXI wieku! Czujesz dużą presję?

Nie ma konkurencji, więc nie ma presji! Jeśli osoby, które są zaangażowane w produkcję tej opery sobie nie poradzą, to absolutnie nie mam pojęcia, kto by sobie poradził. Tym się nie martwię.

Myślisz, że europejska publiczność będzie miała szansę, by zobaczyć Rooiland lub Poskantoor?

Nie wiem. Planowaliśmy wystawić Rooiland w Europie dwa razy. Został przyjety na Festival voor Afrikaans w Amsterdamie i na największy festiwal kulturalny na świecie – Festiwal Edynburski. W obydwu przypadkach zadecydowały trudności finansowe. Trzymajmy kciuki, by z Poskantoor było inaczej.

Czy sztuka pełni inną rolę w Polsce i w RPA? Zauważyłeś różnice w odbiorze sztuki w tych krajach?

Sądzę, że w obydwu przypadkach sztuka jest ściśle związana z tożsamością narodową. Oczywiście, to tylko jedna z rzeczy, z jakimi sztuka może być związana, pod warunkiem, że podejdziemy do tego krytycznie. Sądzę jednak, że w Polsce sztuka traktowana jest poważniej niż w RPA. Myślę też, że w Polsce jest do niej łatwiejszy dostęp, jest więcej teatrów. W RPA spektakle można obejrzeć głównie na festiwalach, nie są dostępne dla szerokiej publiczności. Myślę też, że w Polsce panuje bardziej literacka kultura niż w RPA, z pewnymi wyjątkami. Nasze telewizje są na podobnie niskim poziomie (poza tym, że u nas stosuje się napisy, a u Was lektora).

Jestem pewna, że tęsknisz za Polską, ale czy mógłbyś zdradzić, za czym najbardziej?

Najbardziej tęsknię za polskimi miastami. Chciałbym wybrać się na spacer, by poznać lepiej miasto, w którym akurat jestem. W RPA trzeba poruszać się samochodem, więc to zupełnie inne doświadczenie. Poza tym, niewielu ludzi chodzi do centrum miast, więc nie mamy takiej kultury miejskiej, jak w Polsce.


Dziękuję za rozmowę.

Przeczytaj pierwszą część wywiadu.

blog comments powered by Disqus