Subiektywny przewodnik po Dakarze (1)

afryka.org Czytelnia Poznaj Afrykę! Subiektywny przewodnik po Dakarze (1)

Sprawdziłam. Najtańsze wyjazdy pobytowe to wydatek minimum 5 tysięcy złotych. Indywidualnie można się załapać na bilet lotniczy za około 450 euro. Drogo, Egipt tańszy… Dlatego zapraszam na wirtualny objazd po Dakarze z subiektywnym przewodnikiem Anny H. W drogę.

Dzień pierwszy

Tak to już jest, że po pierwszym lądowaniu w Afryce każdy dokładnie zapamiętuje dopadające go wrażenia zapachowe. Skonsultowałam ze znajomymi – wszyscy lądujący w Dakarze zapamiętali zapach morza, ryb i wodorostów. Co ciekawe, następnego dnia przejeżdżając obok lotniska już tego zapachu nie czuli. Przytłaczały ich inne wrażenia zapachowe, w dużej części zależne od pory roku i pory dnia. Podczas pory suchej, to jest od listopada do czerwca prawdopodobnie omiecie Was świeża morska bryza – wiatr Alize, wygładzający fale oceanu, rozświetlający niebo błękitem z prospektów turystycznych i sprawiający, że chce się żyć, śpiewać i tańczyć mballah. Jeśli nie będziecie mieli szczęścia, między 20 grudnia a końcem stycznia dopadnie Was wiatr samobójców – gorący harmatan, niosący znad Sahary czerwony pył, złe samopoczucie i zapalenie opon mózgowych. Gdy wieje harmatan najlepiej siedzieć w domu. A gdy musicie wyjść, zawińcie głowę jak Tuareg i wyczekujcie końca harmatanu; zwykle po kilku dniach ustępuje.

Jeśli z kolei przylecicie do Dakaru latem, traficie na porę deszczową, zwaną tu hivernage. To najtrudniejszy czas dla miejscowej ludności i najmniej sprzyjający dla turystów; ciężkie, gorące i wilgotne powietrze przegania zasiedziałych w Dakarze Europejczyków, co znakomicie zobrazował Mirosław Żuławski w swojej książce „Ucieczka do Afryki" (mimo kilku anachronizmów, polecam).

Ale pora opuścić lotnisko. Ruszamy kolorowym, niebiesko – żółtym busikiem, zwanym carrapidem na zachód, na najdalszy afrykański zachód – czubeczek Zielonego Przylądka nazwany Almadie. Zanim do niego dotrzemy zdążymy zawiązać znajomość z siedzącą naprzeciw ciągle śmiejącą się na całe gardło Madame Diop (stawiam 100 do jednego, że pomiędzy dwudziestoma kobietami w naszym carrapidzie jest co najmniej jedna Madame Diop), wiozącą na targ soczyste pomidory, Madame Diallo i Madame Sarr, których krągłe biodra ściskają Cię, siedzącego na ławce razem z pięcioma innymi osobami. Wbrew nazwie, carrapid (szybki autobus) nie dowiezie Cię na miejsce zbyt szybko, ale to nie ma żadnego znaczenia. Atmosfera rekompensuje trudy podróży, w autobusiku jest gwarno i wesoło, a brak szyb pozwala przyglądać się ulicom pełnym ludzi.

Docieramy na miejsce zwane pointe des Almadie – najdalej wysunięty na zachód kawałek Afryki. Radość wielka, wszak to symboliczne miejsce, odkryte przez Portugalczyków w 1444 roku. Po chwili jednak nasza radość gaśnie, bo jednak ktoś/coś uniemożliwia nam postawienie stopy na ostatnich metrach cypelka – to właśnie tutaj na najładniejszym wybrzeżu rozsiadł się Club Med. Przez solidną zaporę możecie z daleka podziwiać przystojnych instruktorów i wypielęgnowane ciała Europejek przypieczone na senegalskim słońcu. Zdradzę Wam jednak małą tajemnicę – to prawdopodobnie już ostatni sezon okupacji tego kawałka Afryki przez korporację turystyczną. Niedługo zacznie się inna okupacja – na plac wjadą buldożery i powstanie tam przedstawicielstwo największego mocarstwa świata. Na razie to tylko plotka, ale…

Na kamienistej plaży koniecznie trzeba zajść do jednej z licznych restauracyjek pod gołym niebem. Polecam owoce morza, szczególnie krewetki tygrysie, zwane tu gambasami; jak mawia moja koleżanka – wielkie jak sucha krakowska. Z grilla, saute albo po saintluisiańsku w sosie pomidorowym. Na przystawkę małże, na deser ostrygi. Pychota. Na zakończenie posiłku koniecznie trzeba wypić „cafe Touba", słodką jak ulepek mieszankę kawy z wonnym kardamonem i pieprzem. Znad talerza podnieście od czasu do czasu głowę i popatrzcie na niespokojne wody oceanu. W oddali widać latarnię morska ostrzegającą nieostrożnych żeglarzy przez zdradzieckimi rafami Zielonego Przylądka. Ostatni z wielkich nieuważnych, smutnie pochylony na prawą burtę wrak japońskiego statku do połowu tuńczyków, który w 1964 osiadł na mieliźnie, stanowi „memento" dla przepływających w pobliżu wesołych kolorowych łódek senegalskich rybaków.

Anna Haris

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

 Dokument bez tytułu