Polka w Kongo (4): Komary, malaria i ja

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Polka w Kongo (4): Komary, malaria i ja

Wszyscy bardzo dobrze znamy dźwięk bzyczenia tego owada. Wystarczy jeden w pokoju, by nie móc zasnąć. A jak spać, gdy jest ich 50, 100 lub jeszcze więcej?

Mieszkając w Kinszasie co wieczór walczyłam z mężem z chmarami komarów. Najpierw był środek owadobójczy „Baygon”. Około godziny 19 ja z dziewczynkami wychodziłyśmy na podwórko, a mąż spryskiwał całe mieszkanie. Po około pół godzinie otwierał wszystkie okna i drzwi, by wywietrzyć dom.

Noc po „Baygonie” była spokojna, następnej już kilkanaście komarów bzykało koło ucha, w trzecią, by móc spać należało znów użyć trucizny. Tak częste jej stosowanie mogłoby bardzo źle wpłynąć na stan naszego zdrowia, bo nie można było całkowicie wywietrzyć zapachu preparatu, gdyż komary natychmiast korzystały z okazji, by móc się do nas wprowadzić. Musieliśmy więc znaleźć coś mniej szkodliwego.

Pod moskitierą było duszno i gorąco, poza tym dzieci bardzo szybko ją rwały, gdy wstając rano, a często i w nocy z łóżek ciągnęły ją za sobą. Najmłodsza Diana, po obudzeniu, tak potrafiła się w swojej małej, rozciągniętej nad kołyską moskitierze zaplątać, że zdążyła się sporo napłakać, zanim wyłuskałam ją z tiulowego kokonika.

Już nie pamiętam, które z nas wpadło na ten oryginalny, bardzo skuteczny pomysł pozbawiania życia natrętnych owadów. Mydliliśmy z mężem ręce by powstała na nich jak największa piana i takimi łapaliśmy za każdym machnięciem ręką kilka „bzykaczy”. By uatrakcyjnić to nieciekawe i dość czasochłonne zajęcie organizowałam konkurs na najlepszego łapacza komarów. Jednego wieczoru każde z nas zaliczało po około 50 sztuk, a rekord należał do mnie – ponad 80 złapanych na pianę komarów.

Nasze dzieci, nieprzyzwyczajone do ukąszeń, bardzo intensywnie się drapały, a szczególnie poszkodowane były ich nogi. Rozdrapane ranki pozostawiały po sobie trwałe, ciemne plamki, które budziły powszechne zainteresowanie u odwiedzających nas osób. Pytano nas co to za choroba. Niestety nie był to jedyny skutek komarzych ukłuć.

Wyjeżdżając do Konga zaopatrzyłam się w chininę przeciwko malarii. Udawało mi się przemycać niesamowicie gorzkie tabletki w kuleczkach zrobionych z chleba i dopóki dzieci je zjadały wszystko było w porządku, ale lekarz powiedział mi, że nie można ich używać zbyt długo, ponieważ mają bardzo szkodliwe skutki uboczne. Długotrwałe branie chininy prowadzi do ślepoty lub głuchoty. Malaria była więc nieunikniona.

Ja pierwsza padłam jej ofiarą. Tak wysokiej gorączki, przeraźliwego zimna i osłabienia nie przeżyłam nigdy wcześniej. Trafiłam do szpitala, gdzie lekarz polecił danie mi kroplówki. Pielęgniarka przywiozła przygotowany na zapleczu sprzęt. Resztkami sił wyjaśniałam, że zgodzę się na kroplówkę, pod warunkiem, że igła zostanie rozpakowana przy mnie. Pielęgniarka przekonywała mnie, że jest to nowa igła, lecz ja byłam stanowcza. Zawołała lekarza, który zapewniał, że widział, jak igłę wyjmowano z opakowania. Ryzyko zakażenia AIDS było zbyt duże, by mnie przekonać, a lekarz przyznał mi rację, że standardem powinno być rozpakowywanie igły i strzykawki przy pacjencie. W szpitalu byłam dwa dni. Lekarz bardzo często zaglądał do mnie z zapytaniem, jak się czuję. Raz powiedziałam mu, że z trudem oddycham. Zrobił dziwną minę, nic nie odpowiedział, tylko od razu wyszedł. Okazało się, że pomyliłam ze sobą dwa francuskie słowa „transpirer” z „respirer” , więc tak naprawdę powiedziałam, że z trudem się pocę.

Po wyjściu ze szpitala jeszcze pięć następnych dni spędziłam w łóżku. Mimo, że przykryta byłam trzema kocami, a w pokoju panował upał, dygotałam z zimna. Cały czas spałam, budzona przez męża jedynie do mycia lub jedzenia, od którego z obrzydzeniem odwracałam głowę. W pośpiechu brałam prysznic, szczękając zębami z zimna oraz marząc, by jak najszybciej znaleźć się w łóżku i zasnąć. Dziewczynki malarię przechodziły mniej burzliwie, nie były tak osłabione i senne jak ja, chociaż temperaturę miały bardzo wysoką – powyżej 40˚C. W Kongu dziecko, które ma gorączkę, zawsze dostaje ten sam komplet lekarstw: przeciw grypie – aspirynę – robakom i malarii, dzięki czemu za każdym razem trafia się celnie w przyczynę choroby.

W czasie swojego prawie czteroletniego pobytu w Afryce dwukrotnie chorowałam na malarię, która pozostawiła we mnie bardzo nieprzyjemne wspomnienia, a mimo to komar bzykający mi koło ucha bardziej mnie teraz rozczula niż drażni, jest przecież w ogóle nieszkodliwy. Pomyślmy o tym, gdy będąc na wakacjach nad jeziorem lub rzeką jesteśmy otoczeni ich całą chmarą. Wierzcie mi, polskie komary da się lubić.

Bożena Komba

Autorka jest od ponad dwudziestu lat żoną Kongijczyka. Mają troje dzieci. W Kongo mieszkała w latach 1988-1992. Już teraz macie okazję poznać świat widziany oczami kobiety, dla której Kongo jest drugą Ojczyzną.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu