Mój dzień w Afryce: Sea Point! Sea Point!

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Mój dzień w Afryce: Sea Point! Sea Point!

Sea Point! Sea Point! Tak krzyczą naganiacze z kolorowych mikrobusów podjeżdżających co chwila na przystanki na wschodzie Kapsztadu. Nie ma miejsc siedzących w środku? Nie szkodzi, zawsze można się ścisnąć.

Mikrobus radzi sobie nawet z dwudziestką pasażerów. Nie wiesz, kiedy zapłacić? Poczekaj, aż któryś z pasażerów Cię o to poprosi. Płacisz banknotem o wysokim nominale? Naganiacz zorganizuje dla Ciebie resztę, choćby miał ją siłą wydusić z portfeli pozostałych podróżnych. Pytanie, jakim cudem łączy zbieranie opłat, upychanie kolejnych pasażerów z jednoczesnym balansowaniem w odsuwanych drzwiach i wykrzykiwaniem kierunku dalszej jazdy do wszystkich (!) mijanych przechodniów… co więcej, robi to wszystko nie wyciągając papierosa z ust.

Na Sea Point zamieszkałam. Na chwilę wystarczająco długą, żeby poczuć się jak u siebie. Akurat w Kapsztadzie nie jest to trudne. Bardzo szybko zaczyna się chodzić ulubionymi ścieżkami, pić kawę codziennie przy tym samym stoliku wystawionym przed kawiarnią, znać godziny dostaw ciepłych bułek do pobliskiego sklepu i historię białej kloszardki rezydującej przed sklepem… No i przyzwyczaić się do pięknej chmury, która popołudniami spływa z majestatycznej Góry Stołowej. Mieszkańcy nazywają ją „Obrus” i według niej przepowiadają pogodę.

No, teraz nadajesz się do Clifton na plażę numer jeden” – oznajmiła pewnego dnia uśmiechnięta fryzjerka, usuwając resztki ostrzyżonych włosów z mojej szyi. Numer jeden? No tak, w Clifton, eleganckiej dzielnicy Kapsztadu, położonej na wzgórzach ostro spadających do oceanu są cztery plaże, oddzielone naturalnymi zatokami ze skał: pierwsza i druga jest odwiedzana przez modelki, fotografów i wszelkiego typu miejskich lanserów, na trzeciej spotyka się śmietanka gejowskiego światka, a czwarta, najnudniejsza, ale też najmniej wymagająca, służy rodzinom i dzieciakom. Wszystkie cztery w letnie wieczory, mienią się dziesiątkami świec – to mieszkańcy Kapsztadu, ci na dłużej i ci na chwilę, jak ja, urządzają na piasku pikniki: piją wyśmienite lokalne wino, jedzą kanapki i smażone udka kurczaków, wystawiają twarze na powiew wiatru i… cieszą się życiem w mieście położonym tam, gdzie kończy się Afryka i spotykają dwa oceany.

Marta Surowiec

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu