aFrykas Roku 2009: Wojciech Jagielski

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej aFrykas Roku 2009: Wojciech Jagielski

“Do napisania książki potrzebuję bohaterów. Ja nigdy nie napiszę książki o kraju. Kraj jest tylko tłem. Bohaterami są ludzie” – uważa Wojciech Jagielski, laureat tegorocznego aFrykasa.

Dlaczego „Nocni wędrowcy”?

„Nocni wędrowcy”, bo to wydał mi się bardzo dobry tytuł. Mówi, kto jest bohaterem książki. To są te dzieci, które schodzą się nocą do miasteczka Gulu, aby uniknąć porwania. Ale ta książka nie jest tylko o dzieciach żołnierzach. Jest o przemianach, które dokonują się w ludziach, po zapadnięciu zmroku, kiedy jedna pora dnia się kończy, a zaczyna druga. Dzieci, które stają się partyzantami i partyzanci, którzy stają się ludźmi. Dorośli zaczynają się wtedy bać dzieci. Ta książka nie jest o losach konkretnych ludzi, ale o czymś uniwersalnym. Noc, szczególnie w Afryce, jest taką porą, środowiskiem, sprzyjającym przemianom.
Nie napisałem książki o dzieciach żołnierzach. Takie książki mogą pisać wyłącznie te dzieci, które przeżyły ten koszmar. W Ugandzie, gdzie dzieci stanowiły główną siłę armii Kony’ego, do dziś traktuje się je jak dziwne stwory z nie tego świata.

Uganda jest jednym z krajów Afryki, które Pan lubi. Skąd to uczucie?

Są dwa rodzaje takich cieplejszych uczuć. Powód pierwszy jest jak miłość od pierwszego wejrzenia. Od pierwszego spotkania z tym krajem, wyczuwasz w nim coś magnetycznego, co przyciąga. I takim krajem w moim przypadku jest RPA, jest Sudan. To są takie kraje, gdzie od chwili przekroczenia ich granic, wiedziałem, że będzie mi dobrze. Są też takie kraje, z którymi człowiek się wiąże, przez zażyłość, przez częste podróżowanie, przez zdobycie nowych doświadczeń. W Afryce tym krajem jest Uganda. Do Ugandy jeździłem wiele razy. Uganda chociaż mnie nie porwała swoją urodą, szczególną atmosferą, bo jest to kraj, który tak łatwo nie urzeka, jak państwa w Afryce Zachodniej, gdzie można zachwycić się miejscem od razu, szczególnie wieczorem. W Ugandzie było mi zawsze dobrze. kiedy zacząłem tam jeździć na początku lat 90. Uganda dopiero wstawała na nogi. W porównaniu z Kenią i Nairobi, Uganda , wydawała się ich biedną siostrą. Później widziałem jak to zaczęło się rozwijać. Widziałem jak Ugandyjczycy zaczynają się cieszyć tym życiem. Ta radość mi się udzielała. Nawet w Gulu, na północy kraju, gdzie działy się rzeczy makabryczne, tam też odnajdywałem tę pogodę ducha. Ci wszyscy ludzie, których tam spotykałem, z ich strony nie spotkała mnie żadna nieprzyjemna przygoda i powstała naturalna zażyłość. Czułem się w Ugandzie zawsze swobodnie. Nie towarzyszyły mi żadne obawy. W przeciwieństwie do Kongo, bo trudno lubić Kongo, można się nim tylko interesować. Jeżeli ktoś mówi, że lubi Kongo, można go posądzić o szaleństwo, bo jak polubić kraj, w którym dzieją się okropności. W Kongo mam zawsze wrażenie, że muszę się o siebie bać, muszę oglądać się za siebie. Zupełnie inaczej jest w Ugandzie.

Uganda, którą Pan zna, to kraj pod rządami Museveniego?

Tylko tę Ugandę znam. Uganda Museveniego zmienia się, tak jak pomysły jej prezydenta. Musveni od samego początku był przykładem dobrego afrykańskiego przywódcy. Takiego przywódcy, który nie stoi z ręką wyciągniętą po pieniądze, albo takiego, który wymyśla białym, że są winni, bo zniewalali Afrykańczyków. Museveni uważał, że jeśli Afryka chce coś mieć, to musi na to sobie sama zapracować. Wskazywał na pozytywne przykłady z Azji, Koreę Południową i Malezję, i mówił Afrykańczykom, że można inaczej. I że stan Afryki, to wina samych Afrykańczyków. Nie był za to lubiany w Afryce. Museveni był pragmatycznym, konsekwentnym i surowym przywódcą, ale zawsze sprawiedliwym. Nie było w Ugandzie więźniów politycznych, i pomimo autokratycznych rządów, istniały opozycyjne wobec prezydenta gazety. Nikt w Ugandzie nie bał się mówić o Musevenim. Museveni sprawił, że Uganda stanęła na nogi po koszmarnych latach rządów Amina i Obotego, zreformował ją. Jednak potem z Musevenim stało się to, co z wieloma przywódcami. Z racji tego, że wiele rzeczy mu się udało, jest przekonany, że ma rację we wszystkich sprawach. Jest też kandydatem na władcę dożywotniego. Tyle, że Ugandyjczycy coraz bardziej wykształceni i oczytani nie chcą już być pozbawiani prawa wyboru przywódcy. A Museveni właśnie pozbawia ich tego prawa. Manipuluje, przestał tolerować krytykę. Im dłużej będzie rządził, tym gorzej będzie dla Ugandy. Museveni ma coraz większe kłopoty, bo świat nie udziela już mu tak łatwo kredytów. Dlatego potrzebny jest nowy Museveni. Wśród politycznych przeciwników Museveniego nie ma jednak dobrego kandydata. Nie chciałbym żyć w kraju rządzonym przez jednego z nich. Przykładem jest postać Kizza Besigye, który jest raczej kandydatem do sprawowania typowo autorytarnych rządów. Dodatkową trudnością jest fakt, że ugandyjska opozycja jest biedna i niedoświadczona. Nie ma też wśród niej dobrego przywódcy, a przynajmniej taki przywódca jeszcze się wśród niej nie ujawnił.

Museveni wykorzystuje też swoją pozycję. Kiedy jest kampania wyborcza mówi wprost, jeśli nie zagłosujecie na mnie, a ja wygram, to zapomnijcie o tym, że dam wam pieniądze. Jeżeli byłbym ugandyjskim rolnikiem, to zagłosowałbym w takiej sytuacji na Museveniego. Z kolei ci, którzy mogliby zagrozić Museveniemu w wyborach, w trosce o swoje posady i wpływy, zwyczajnie nie chcą ryzykować. Moim zdaniem Museveni dobrowolnie nie zrezygnuje z władzy. Otoczony swoimi dworzanami, będzie utwierdzał się w przekonaniu, że tyko on jest właściwym kandydatem.

A jak jest z pamięcią Ugandyjczyków o takich postaciach jak Obote i Amin? Czy koszmarny czas ich rządów nadal funkcjonuje w świadomości mieszkańców Ugandy?

Myślę, że nie. Pamięć o złych rzeczach w takim kraju jak Uganda nie trwa długo. To nie jest Ruanda. W Ruandzie zdarzyło się coś monstrualnego. Uganda jest bardziej nastawiona na to co dobre, optymistyczne, niż na to co jest złe. Co ciekawe w Ugandzie spotkałem wielu ludzi, którzy tłumaczyli Amina. Uważają oni, że chociaż Amin nie był dobrym prezydentem, to przywrócił Ugandyjczykom dumę narodową. Zaprowadził sprawiedliwość wypędzając hinduskich handlarzy. Przeciwstawił się Brytyjczykom. W naszej europejskiej świadomości Amin funkcjonuje jako symbol krwawego władcy, ale zapominamy, że takich Aminów w Afryce jest znacznie więcej i rządzą we współczesnych nam czasach. Amin miał to „szczęście” bycia zauważonym, bo sam się wylansował i potem był lansowany przez nas na Zachodzie. Z kolei o Obote w Ugandzie nie mówi się wcale. To był zbyt hardy i arogancki polityk. Ugandyjczycy go nie lubili. Natomiast Amin dawał się lubić. Uganda jednak przeszłością nie żyje.

ale żyje Konym, przynajmniej północ Ugandy…

Kony to jest ten zgrzyt, ta jedyna rysa na pogodnym obrazie Ugandy. W Kampali i poza ugandyjską północą, nikt Konym się nie przejmuje. Ma to związek z trybalizmem. W końcu dlaczego przejmować się tym, co dzieje się wśród Acholi, skoro nie jest się jednym z nich. To są obcy. Oni żyją, gdzie indziej. a to co dzieje się na północy jest makabryczną historią, bo chociaż Kony opuścił Ugandę, to może w każdej chwili wrócić. Kony ożyje jednak tylko wtedy, gdy sąsiednie kraje, np. Sudan, będą chciały zaszkodzić Ugandzie. I tylko po to, na potrzeby wywołania wojny domowej, ta partyzantka jest utrzymywana i toleruje się jej obecność w innych państwach. Wcześniej, w czasach wojny domowej na północy Ugandy, Kony funkcjonował wyłącznie dzięki pomocy Chartumu. W ten sposób Sudan, chciał zaszkodzić Ugandzie wspierającej południowo-sudańskich rebeliantów Garanga. Kony do dziś jest potrzebny Chartumowi, który nawet jeśli zezwolił po zawarciu pokoju z Garangiem na wkroczenie ugandyjskich żołnierzy, polujących na Kony’ego, to jednocześnie sudańskie służby bezpieczeństwa pilnowały Kony’ego. Kony może pomóc w rozpętaniu kolejnej wojny w Sudanie, która może z dużym prawdopodobieństwem nastąpić, bo Sudan czekają wybory. Chartum nie wysłałaby już teraz Kony’ego do Ugandy, ale na południe Sudanu, do Dinków i Nuerów, aby ich skłócić.

A co z okrucieństwem Kony’ego?

Nie wynika ono z tego, że ludzie na północy Ugandy. To Kony stworzył okrutną machinę i jego okrucieństwo jest rytuałem, funkcjonującym w armii stworzonej przez Kony’ego. To okrucieństwo nie jest stosowane bezmyślnie, ale w osiągnięciu celu. Jeżeli Kony każe dziecku zabić własnego ojca, matkę, to odcina temu dziecka drogę powrotu. Nową rodzinę tego dziecka tworzą partyzanci. To tak samo jak zabijanie ugandyjskich wieśniaków, śmierć była im zadawana bez wystrzału, rolniczymi narzędziami. W ten sposób oszczędzano amunicję i nie alarmowano wojska, które mogło pojawić się na dźwięk wystrzału. Kony lubił też paraliżować strachem. Jego nieliczna armia zabijała, bo terrorem osiągała swoje cele. Przykładem jest zakaz jeżdżenia na rowerze. Ludzie Kony’ego zabijali tych, którzy łamali ten zakaz. Informacja o zabójstwach paraliżowała lękiem ludzi, którzy przestali jeździć na rowerach.

Coraz szybciej docierają do nas informacje z najodleglejszych zakątków świata. Coraz częściej informacja w prasie nie tłumaczy kontekstu wielu wydarzeń w Afryce i jest pisana bez zrozumienia. Dlaczego?

Internet może być zabójczy dla dziennikarstwa. Dziennikarz nie muszą już jechać, żeby zobaczyć, co tak naprawdę się stało w Afryce, tylko przepisują bez refleksji, bez zrozumienia, to co napisali inni. Dziennikarstwo nie jest wystarczającym narzędziem do napisania książki. Podobnie reportaż.

Czy w Afryce jest tylko źle, jak często sugerują nam media?

Jeśli miałbym określać Afrykę, to nie nazywałbym jej kontynentem pesymizmu. Chociaż portretuje się Afrykę jako rejon klęski tak nie jest. Afryka jest optymistką. Podobnie jak wspomniana wcześniej Uganda.

Czy będzie następna książka?

Uganda wyszła przypadkowo. Chociaż wiem więcej o RPA, to wciąż nie wpadłem na pomysł o książce o RPA. Był pomysł na książkę o Walusiu zabójcy Chrisa Haniego. Do napisania książki potrzebuję bohaterów. Ja nigdy nie napiszę książki o kraju. Kraj jest tylko tłem. Bohaterami są ludzie.

Rozmawiał
Paweł Średziński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu