Mogadiszu: „Wolałabym grób niż życie tutaj”

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Mogadiszu: „Wolałabym grób niż życie tutaj”

42-letnia Halima Hassan, matka pięciorga dzieci, opuściła swój dom w Mogadiszu, w dzielnicy Hodan, w 2007 roku po tym, jak nasiliły się tam walki pomiędzy rebeliantami a wojskiem rządowym. Teraz domem dla niej i jej rodziny jest obóz dla uchodźców wewnętrznych w regionie Elsha, 20 kilometrów na południe od stolicy Somalii. Hassan jest jedną z ponad 900 tysięcy uchodźców wewnętrznych w Somalii, którzy zmagają się z niezwykle trudnymi warunkami życia w obozie.

Dotychczas jej rodzina dostawała co miesiąc od organizacji pomocowych racje żywnościowe, na które składało się 75 kilogramów sorgo, 10 kilogramów fasoli, 10 kilogramów płatków owsianych i 31 litrów oleju. Teraz, z powodu braku funduszy i jeszcze bardziej niebezpiecznej sytuacji w regionie, racje żywnościowe zostały obniżone o połowę. Hassan podejmuje się dorywczych prac, aby utrzymać swoją rodzinę i opowiada o swojej sytuacji:

„Mój mąż został zabity w 2007 roku, podczas bombardowanie, które również zniszczyło nasz dom w Hodan. Zostałam sama z piątka dzieci, nie miałam już ani męża, ani domu. Walki były tak ciężkie, że nie mogliśmy zostać dłużej w Mogadiszu. Dlatego razem z dziećmi i innymi rodzinami z sąsiedztwa przenieśliśmy się do tego obozu i mieszkamy tu do dzisiaj. Zastanawiam się, czemu Bóg skazał nas na mieszkanie w tym przeklętym miejscu. Wiem, że nie powinnam tak myśleć, ale czasem żałuję, że urodziłam się Somalijką.

Tracę już nadzieję, bo nie wiem, czy kiedykolwiek nasza sytuacja się poprawi. Każdego dnia zastanawiam się, czym nakarmię swoje dzieci. Codziennie też walczę o to, aby dać im chociaż jeden posiłek.

Czasami nawet jadę aż do Mogadiszu w poszukiwaniu dorywczej pracy. To jest bardzo niebezpieczne, ale nie mam wyjścia. Dobrze gotuję, więc ludzie wynajmują mnie, gdy organizują różne uroczystości, na przykład wesela. Jednak to nie zdarza się zbyt często. Częściej piorę lub obcinam trawę i dostaję za to drobne wynagrodzenie.

Zrobiłabym wszystko, byle tylko moje dzieci nie chodziły głodne, bo jestem jedyna osobą, na którą mogą liczyć. Ci, którzy tutaj walczą, są bezlitośni. Po prostu strzelają na oślep, do każdego. Nie myślą, co stanie się potem z wdowami i osieroconymi dziećmi. Nie ma tu szansy na pokój czy trochę lepsze życie.

Nie wiem, jak długo jeszcze będziemy zmuszeni tak żyć. Niektóre wojny się kończą, ale ta nasza wydaje się nie mieć końca. Tutaj każdy nowy dzień przynosi nowe nieszczęście. Nie wytrzymujemy już tego. Naprawdę, lepsza byłaby śmierć, niż życie tutaj.”

maru, IRIN

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *