Wstrząsy postkolonialne?

afryka.org Kultura Film Wstrząsy postkolonialne?

Tuż za południową granicą Polski odbył się właśnie najważniejszy festiwal filmowy w naszej części Europy. Mowa oczywiście o Festiwalu w Karlovych Varach. W selekcji zwyczajowo znalazło się kilka filmów “afrykańskich”.

Festiwal może się pochwalić odkryciem talentu Gavina Hooda, aktora kina akcji klasy C filmów typu „American Ninja V”, który z dnia na dzień po sukcesie „Tsotsi” stał się rozchwytanym przez Hollywood reżyserem młodego pokolenia. Tam po raz pierwszy poznano się na jego talencie reżyserskim umożliwiając zaistnienie jego krótkiego metrażu „The Shopkeeper” („Sklepikarz”), czy znakomitego debiutu pełnometrażowego „Rozsądny człowiek”.

W tym roku Karlove Vary przekopiowały część afrykańskiej oferty Berlinale pokazując np. dosyć dziwną undergroundową produkcję z wschodniej Afryki „Divizionz” w reżyserii grupy Yes! That’s Us. Najciekawszym jednak filmem „afrykańskim” jest jednak mający tu swoją światową premierę „Les tremblements lointains” („Wstrząsy z oddali” – tłumaczenie własne) w reżyserii Belga Manuela Poutte (zdobywcy nagrody za najlepszy film krótkometrażowy w Cannes w 1992 za „La Sensation”). Europejczycy, szczególnie frankofońscy, już nieraz pokazali, że potrafią opowiadać o Afryce w sposób dużo wiarygodniejszy niż robią to Stany Zjednoczone. Obrazy jak „Sounds of Sand” Mariona Hansela są duchem dużo bliższe realiom i estetyce afrykańskiego kina. Co więcej Afryka oraz jego mieszkańcy są w tej grupie filmów nie tylko tłem dla opowiadanej historii, lecz ważnym i realnym jej bohaterem. W typowej zachodniej produkcji o Afryce opowiadaczem historii jest człowiek cywilizacji europejskiej (niezależnie od koloru skóry czy pochodzenia głównych bohaterów). W filmach jak „Hotel Ruanda” czy „Krwawy diament” główni bohaterowie w istocie odpowiadają wyobrażeniom, mentalności i standardom „zachodniego” bohatera. W francuskich, belgijskich, a ostatnio portugalskich obrazach, zdarza się jednak uniknąć tej pułapki kalkowania kultur.

Z reguły staram się skupiać przede wszystkim na obrazach afrykańskich realizowanych przez Afrykańczyków, jednak tym razem robię wyjątek. Wynika to przede wszystkim z bliskości tematycznej poruszanych wątków w filmie, a także sposobowi w jakie zostały one przedstawione. Film w istocie skupia się na przedstawieniu dwóch światów, który delikatnie się ze sobą stykają, choć współistnieją tuż obok siebie. Maglowano już w kinie kwestię problemu integracji imigrantów afrykańskich czy muzułmańskich w społeczności europejskiej. Tym razem mamy odwrócenie ról i centralnym, choć delikatnie i nie wprost zarysowanym, wątkiem filmu jest funkcjonowanie białych imigrantów – etnicznie europejskich Afrykańczyków – w kulturze afrykańskiego kraju (nie mówię tu oczywiście o RPA, która jest tyglem kulturowym). Temat o tyle bliski, że sam wychowując się w Afryce mogłem potwierdzić realność wielu emocji i sytuacji przeżywanych przez „europejskich” bohaterów filmu.

We „Wstrząsach z oddali” toczy się historia dwójki bohaterów: Marie (Amelie Daure, m.in. rozpoznawalna za rolę w „Frontieres”), białej kobiety, która całe życie spędziła w Senegalu oraz Bandiougou (w tej roli naturszczyk Papa Malick N’diaye), przystojny, niepiśmienny właściciel łodzi do obwożenia turystów. Marie mieszka samotnie ze swoim ojcem, doktorem Favret (Daniel Duval), który kilkadziesiąt lat spędził w Afryce, z powołania lecząc ludzi, ale jednocześnie zachowując standardowy dla Europejczyka dystans społeczny do kultury lokalnej. Wychowana w Afryce Marie cierpi na trudne dla niej do zniesienia wyobcowanie. Skonfliktowana z ojcem stara się usilnie zintegrować z otaczającym ją „czarnym” światem, który w sposób delikatny i z sympatią odrzuca jej europejskie wychowanie. Marie pozostaje dla otaczających ją Senegalczyków osobą obcą, nietutejszą, choć ta całe życie wychowywała się wśród nich.

Próba znalezienia oparcia poza domem nieuchronnie prowadzi do szukania wsparcia wśród miejscowej ludności. Taką bliskość próbuje stworzyć z Bandiougou, którego – w imię skrywanych do niego uczuć – okłamuje, uniemożliwiając mu emigrację do Francji. Młody Bandiougou pragnie wyjechać z kraju za wszelką cenę, uciekając jednocześnie od swojego przeznaczenia bycia szamanem w swojej wiosce. Bez edukacji zachodniej jedyną wiedzą, jaką posiada wywodzi ze swojej wiary animistycznej. Wyjazd do Francji staje się dla niego coraz bardziej pilną sprawą, kiedy zaczyna miewać koszmary, w którym duchy zapowiadają czyhające na niego nieszczęścia. Marie, żeby zyskać akceptację Bandiougou powoli zatapia się w jego wierzenia, odrzucając świat oferowany przez ojca. On natomiast dla wyjazdu jest gotów zerwać z jedynymi wartościami, które zna.

Historia zaczyna się w dosyć jasnych barwach, ale opowieść powoli staje się coraz ciemniejsza i mroczniejsza, logicznie prowadząc do sceny kulminacyjnej filmu. Sam film ma swoje niewątpliwe wady, co tylko nieznacznie umniejsza jego jakości i generalnemu odbiorowi. Fabuła nie jest tu zbyt wymyślna i film prosi się aż o silniejsze zakończenie „z przytupem”. Po dosyć mozolnym i odrobinie za długim budowaniu nastroju rozwiązanie akcji nie spełnia wygenerowanych przez reżysera oczekiwań, poniekąd oferując coś w rodzaju „anty-climax”. Mocne zakończenie na pewno było tu możliwe, a bez takowego ostateczna „siła rażenia” filmu jest dużo słabsza. Po stronie minusów jest też niestety gra aktorska dwójki głównych bohaterów, która momentami jest drewniana i niewiarygodna.

Pomimo tych wad jest to obraz niewątpliwie godny uwagi. Znakomite są zdjęcia i muzyka wpasowana idealnie się w ogólny nastrój filmu. Najsilniejszą jego stroną jest to poczucie autentyzmu, jaki oferuje. Ciężko powiedzieć, czy podobny odbiór ma rodowity Senegalczyk, ale z punktu widzenia Europejczyka związanego z Afryką oferuje on niezwykle szczere przeżycia duchowe i znakomicie pokazuje rozterki z jakimi styka się „obcy” w Afryce.

Przemek Stępień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu