Wspomnienia: Ulica Lelewela w Masindi

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Wspomnienia: Ulica Lelewela w Masindi

Jak wyglądała moja ulica- Lelewela? Moja ulica Lelewela: to siedem budynków z jednej strony i z drugiej. Droga była żwirowa, było oświetlenie tylko, że w czasie wojny nie można było zapalać lamp na ulicy. Energia elektryczna – prąd był, bo pompy tłoczyły wodę, w magazynach były chłodnie, przechowywano produkty żywnościowe. Do budynków nie mieliśmy podłączonego prądu, prawdopodobnie ze względów bezpieczeństwa. Były to budynki z drewna, liści, z łatwopalnych materiałów i siłą rzeczy jak tam tę instalację zakładać. Świeciliśmy lampami naftowymi.

Każdy dom od drogi stał w równej odległości około 10 metrów. Domy stały w równym rzędzie. Przed każdym domem znajdował się ładny ogródek kwiatowy. O to już dbali mieszkańcy. Mieliśmy przeróżne, piękne kwiaty, które kwitły przez cały rok. Ciągle jedne kwitły, drugie przekwitały. Dosadzaliśmy je, żeby było kolorowo.

Podwórze było trawiaste. Przeważnie wykaszali je Afrykańczycy, ale kto chciał to robić sam- to mógł. Na naszej ulicy była większość samotnych kobiet z dziećmi, więc była potrzebna pomoc. Wzdłuż drogi po jednej i po drugiej stronie był pas szerokości 1 metra – trawnik. Pośrodku tego trawnika był zasadzony żywopłot. Trawnik był po obu stronach żywopłotu i trzeba było go kosić od strony ogródka kwiatowego i od strony drogi. Od strony drogi robili to Murzyni a niekiedy i mieszkańcy. Było to ładnie utrzymywane.

Często mieszkańcy zatrudniali się na własną prośbę, że będą obcinać żywopłot, czy kosić trawnik. Bardzo często wykonywali prace porządkowe, choć na naszej ulicy trochę mniej.

Nasz dom był ostatni w rzędzie. Domy były przeznaczone dla dwóch rodzin. Do każdego budynku było wejście w żywopłocie i potem ścieżkami do boków budynku, w których były wejścia do pomieszczeń. Wejścia były z boków budynku- z jednej i drugiej strony. W pomieszczeniu dla jednej rodziny mogło stanąć cztery łóżka, czasami pięć, czasami trzy (zależało to od liczebności rodziny i wieku dzieci). Jeżeli była rodzina np. sześcioosobowa, to otrzymywała cały dom.

W naszym przypadku, po zabraniu mnie z sierocińca, ciocia miała dla siebie i dla dwójki dzieci jedno pomieszczenie, a ja miałam przydzielony środkowy pokój z wejściem od podwórza między innymi, dlatego, że zaczęłam chodzić do gimnazjum i potrzebowałam ciszy do nauki. Miał on okno od drogi, a drzwi od strony wolnostojącej kuchni. Pierwotnie ten pokój miał prawdopodobnie być pokojem gościnnym. Były w nim dwa łóżka. Z drugiej strony domu był początkowo zakład fryzjerski, a potem zamieszkiwało bezdzietne młode małżeństwo.

Wchodziło się od razu wejściem do pokoju. W pokoju okno było od strony ulicy z okiennicami zamykanymi szczelnie i z moskitierami. Dookoła domu były podcienia oparte na słupkach tak, że można było usiąść w cieniu, odrabiać lekcje. Każdy miał obok drzwi wejściowych stół, krzesło. Jeśli ktoś przyszedł w odwiedziny to niekoniecznie trzeba było prosić do środka.

Woda doprowadzona była rurami i kran na naszej ulicy był w połowie drogi. Z domu to była odległość około 100 m. oczywiście było także ujęcie przy placu. Słyszałam, że na niektórych osiedlach był tylko kran przy placu. Wodę trzeba było nosić i np. nagrzewać do mycia ,czy prania.

Do sąsiedniego domu była odległość kilkunastu metrów. Między posesjami ogródki kwiatowe łączyły się i tworzyły kolorowy pas.

Obok naszego domu, który był ostatni z rzędu uprawialiśmy ogródek warzywno- owocowy. Kończyło się trawiaste podwórze i zaczynał pas ziemi uprawnej( zaoranej). Sadziliśmy ananasy. Przy naszym domu sadziliśmy drzewo rycynusowe, bo to drzewo dawało dużo cienia, miało duże, palczaste liście. Przyjemnie się siedziało pod nim. Owoce, wiadomo, jak ktoś komuś chciał psikusa zrobić, to ziarenko podrzucił do jedzenia….

Były drzewa bananowe. W ciągu jednego sezonu już owocowały. Były papaje, one też szybko rosły i owocowały. Bardzo pożyteczne. Bez przerwy dojrzewały, kwitły… Pilnowało się, żeby je dosadzać. Owoce były bardzo smaczne. Na jednej łodydze na dole dojrzewały owoce, wyżej były zielone, jeszcze wyżej kwiaty.. Na nasze potrzeby wystarczały dwa drzewka.

Budynki mieszkalne oraz szkoła i przedszkole na naszej ulicy były drewniane, kryte słomą z tym, że szkoła i przedszkole miały ściany nie pod dach.

Cdn.

Wspomnienia mojej Mamy Henryki Wasilewicz z domu Owczarz, które spisałam na podstawie nagrań. Grażyna Wasilewicz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu