Uciekinierzy z Darfuru czekają na śmierć

afryka.org Bez kategorii Uciekinierzy z Darfuru czekają na śmierć

Zostały im dwa miesiące, może trzy. Potem setki tysięcy uchodźców we wschodnim Czadzie będą czekać już tylko na kolejną falę mordów i gwałtów. W większości to uciekinierzy z Darfuru, chrześcijanie, którzy uratowali się przed masowymi mordami dokonywanymi przez arabskich rebeliantów z sąsiedniego Sudanu – pisze DZIENNIK.

 

Wczesną wiosną Unia Europejska wysłała do Czadu swoje wojska, które miały ochraniać obozy uchodźców. Ale niedługo żołnierze EUFOR wrócą do domów. W Brukseli nikt nie chce wydawać miliardów euro na misję w kraju, którego większość Europejczyków nie jest w stanie znaleźć na mapie. Zadanie EUFOR ma przejąć ONZ. Jednak wśród uchodźców mało kto się łudzi, że do tego dojdzie. Niebieskie hełmy miały się przecież zjawić już rok temu…

A rebelianci szykują się do ataku. Przez ostatni rok powstrzymywali się od ataków przez granicę. Ale uzbroili się po zęby. Teraz mają nie tylko strzelby, konie i wielbłądy, lecz także karabiny maszynowe, samochody terenowe, a nawet helikoptery i wozy opancerzone. To pozwoli im mordować skuteczniej niż kiedykolwiek dotąd, a w efekcie nieodwracalnie zmienić skład etniczny tej części Afryki. Taktykę spalonej ziemi zastosowali już w Darfurze, gdzie z ich rąk zginęło przynajmniej pół miliona osób, a pięć razy tyle zostało zmuszonych do ucieczki. Teraz taki sam los ma spotkać wschodni Czad. Czy Europa powstrzyma tę eksplozję ludobójstwa?

Życie na wygnaniu

30-letnia Marin Abdulaih zapamiętała ten dzień, jakby wszystko działo się wczoraj. Było świeżo po zbiorach, gdy jej wioskę otoczyli uzbrojeni w strzelby Arabowie na koniach i wielbłądach. Błyskawicznie wyciągali wieśniaków z glinianych chałup, podpalali słomiane dachy, na miejscu rozstrzeliwali mężczyzn. Marin nie zdołała uratować swoich dwóch chłopców. Dżandżawidzi, jak nazywa się arabskie bandy atakujące ludność Darfuru, obu przerzucili przez grzbiety koni i pognali w stronę stepu. Parę dni później ich ciała odnaleziono koło pobliskiej rzeki. Co stało się z Marin? O tym nie chce mówić. Gwałty, których na masową skalę dopuszczają się Dżandżawidzi, to w Afryce temat tabu. Kobieta, która pada ich ofiarą, jest wykluczona ze społeczeństwa. Woli więc milczeć.

Ale Marin i tak miała choć trochę szczęścia. Straciła całą rodzinę, ale sama uszła z życiem. Wspomina, jak z grupą innych kobiet dzień i noc szła przez półpustynny step na zachód, do granicy z Czadem. Tam czekali na nią wolontariusze z międzynarodowych organizacji humanitarnych. Trafiła do Djabal, obozu przy granicy z Sudanem, w którym schronienie znalazło 200 tys. uciekinierów. Marin znalazła tutaj dom jako jedna z pierwszych: w 2004 r. Od tego czasu wschodnia część Czadu, gdzie temperatura często dochodzi do 55 stopni, deszcze potrafią nie padać miesiącami, a na nieurodzajnej ziemi są w stanie przetrwać tylko kozy i najbardziej odporne drzewa, zapełniła się wieloma podobnymi obozami.

Stoimy wśród ciągnących się po horyzont szałasów zbudowanych z gałęzi, szmat, plandek, czego popadnie. Wszystko przykrywa pył: jeszcze przez pół roku będzie tu pora sucha, nie ma co liczyć na deszcz. W tym “księżycowym mieście” bieda jest absolutna: nie ma bieżącej wody, elektryczności. Ludzie, choć mieszkają tu nieraz piąty rok, nie mają żadnego dobytku. Tylko organizacje humanitarne, takie jak Oxfam, US Aid, Medecins Sans Frontiere czy Save the Children, zapewniają uciekinierom pożywienie, baniaki z wodą zdatną do picia, czasem nawet wizytę u lekarza.

Ludobójstwo na oczach świata

Rok temu było jednak jeszcze gorzej. Zanim w okolicy pojawiła się baza irlandzkich żołnierzy, którzy przybyli w ramach EUFOR, misji rozjemczej Unii Europejskiej, przeciętnie dwa razy w miesiącu grupy rebeliantów wspierane przez sudańskiego prezydenta Omara Al-Bashira przekraczały granice Czadu. Ich ulubionym celem były obozy uchodźców i działacze organizacji humanitarnych. Colin Powell, były sekretarz stanu USA, uważa, że to część strategii ludobójstwa, która ma na trwałe podporządkować kraje środkowej Afryki potomkom arabskich koczowników. Marin o wielkiej polityce mówić nie chce. Ale wie jedno: kiedy w marcu przyszłego roku oddziały EUFOR zwiną swoje obozy i wrócą do dalekiej Europy, jej los może nie różnić się od tego, który spotkał męża i dzieci. “Rebelianci szykują się na granicy. Są doskonale uzbrojeni” – przyznaje ambasador Unii Europejskiej w Czadzie Gilles Desesquelles.

Misja EUFOR okazała się sukcesem, przynajmniej na poziomie technicznym. Do akcji w dalekiej, środkowej Afryce, gdzie poza Francją żaden kraj europejski nie ma interesów, przyłączyły się 23 z 27 krajów członkowskich. Kosztem blisko półtora miliarda euro wysłano 3,7 tys. żołnierzy, z czego przeszło 400 przyleciało z Polski. W ciągu kilku tygodni na środku pustkowia, w kraju bez dostępu do morza, powstały wojskowe obozy niczym nieustępujące tym, które zbudowali Amerykanie w Iraku czy Afganistanie.

Jednak o ile misja w Czadzie wykazała techniczną sprawność europejskich wojsk, to polityczny bilans operacji jest już o wiele bardziej wątpliwy. Wielu ekspertów mówi wręcz, że gdy za kilka tygodni EUFOR opuści Czad, wszystko wróci do dawnego porządku. “Dyskusja w europejskich mediach wywołana przez ludobójstwo w Darfurze zmusiła Brukselę do działania. Ale nikt nie miał odwagi interweniować tam, gdzie są źródła tragedii, czyli w Sudanie, bo to musiałaby być wojna na wielką skalę. Dlatego wybrano wariant zastępczy: ochronę obozów uchodźców w Czadzie za przyzwoleniem prezydenta Deby” – mówi DZIENNIKOWI Massalbaye Tenebaye, wiceprezes Afrykańskiej Unii Obrony Praw Człowieka i jeden z najbardziej znanych opozycjonistów wobec czadyjskiego, dyktatorskiego reżimu.

Operacja została zaplanowana na zaledwie rok, bo jej wydłużenia nie chcieli reprezentanci Austrii i kilku innych państw Unii Europejskiej. Podejrzewali, że rękami Brukseli Francja chce forsować własne interesy w byłej kolonii. “W czasie zamkniętych posiedzeń Rady UE, gdy mówi się o Czadzie, głos zabierają jedynie Francuzi, a także Skandynawowie, którzy przypominają o prawach człowieka. Pozostałych delegacji w ogóle to wszystko nie interesuje” – przyznaje, prosząc o zachowanie anonimowości, wysoki rangą unijny dyplomata. Czy zatem eurokraci przesądzili już o losie Marin i setek tysięcy jej towarzyszy? Na razie Bruksela nie ma wyrzutów sumienia. Oficjalnie wiosną przyszłego roku po wycofaniu się EUFOR jej zadanie ma bowiem przejąć ONZ.

To jednak bardzo wątpliwa ochrona. Większość krajów Unii, w tym Polska, zamierza radykalnie ograniczyć swój kontyngent w Czadzie albo nawet zupełnie się stamtąd wycofać. Dla nich w operacji EUFOR liczyło się bardziej udowodnienie, że Unia potrafi działać sprawnie i w razie czego będzie w stanie skutecznie interweniować w ważnych dla niej rejonach świata nawet bez wsparcia Stanów. Operacja niesienia pomocy uchodźcom pod sztandarem ONZ wydaje się im już o wiele mniej atrakcyjna. Dlatego do tej pory nie wiadomo, czy i ile krajów podejmie się udziału w misji Narodów Zjednoczonych. Nie jest też jasne, w jakim stopniu błękitne hełmy będą miały prawo interweniować w obronie ludności cywilnej. “Jeśli będziemy mieli związane ręce, jak w Bośni czy Kongo, może się okazać, że będziemy bezczynnie przyglądać się masakrze ludności cywilnej” – obawia się Kieran Brennan, dowódca irlandzkiego kontyngentu w Czadzie, którego kraj już zapowiedział, że mimo wszystko pozostanie w Afryce w przyszłym roku.

Wyrok śmierci

Całą sprawę pogarsza skomplikowana sytuacja polityczna w regionie. “Już za kilka tygodni wspierający arabskich bojówkarzy sudański prezydent Omar Al-Bashir zostanie oskarżony przez Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości o ludobójstwo i zostanie rozesłany przeciw niemu międzynarodowy list gończy. Wtedy stanie się nieobliczalny, nic nie będzie miał do stracenia” – obawia się ambasador Gilles Desesquelles. Patrick Walder, pracownik Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, którzy ma jeszcze odwagę nieść pomoc uchodźcom w Czadzie, dobrze wie, co to może oznaczać. “Pracujemy bez ochrony. W ostatnim roku bandyckie napady na nasze pojazdy stały się coraz liczniejsze i coraz bardziej brutalne. Panuje całkowita bezkarność, struktury państwa nie istnieją” – przyznaje.

“W Czadzie panuje całkowita bezkarność, sądy i policja nie chronią nikogo. Nawet dyplomatów” – przekonuje Massalbaye Tenebaye. Niedawno żona francuskiego pracownika kontraktowego została zatrzymana na jednej z głównych ulic stołecznej Ndżameny przez sześciu członków Gwardii Prezydenckiej, zaciągnięta do pobliskich baraków i brutalnie zgwałcona. Kobietę Francuzi odesłali do Europy, ale nawet nie próbowali szukać kary dla winnych: nadal zajmują oni swoje stanowiska.

Kolejny problem: korupcja. Zdaniem Transparency International na palcach jednej ręki można policzyć kraje świata, gdzie przekupstwo osiągnęło większe rozmiary niż w Czadzie. “Zasięg korupcji jest taki, że bez łapówek nie da się zrobić dosłownie nic” – tłumaczy Christian Haiti, oficer francuskiej żandarmerii, który przyjechał do Ndżameny, aby szkolić czadyjskich policjantów. “Nawet gdy wylatywałem do kraju w mundurze, oskarżono mnie, że maska, którą kupiłem na bazarze dla turystów, jest dziełem sztuki, za którego wywiezienie grozi więzienie. Musiałem się okupić grubą kopertą” – dodaje. Przykład idzie z góry. Aż 90 proc. zamówień publicznych przypada firmom należącym do 295 generałów służących w czadyjskiej armii, którzy niemal bez wyjątku należą do prezydenckiego plemienia Zaghawa.

Unia woli jednak nie tylko nie ingerować w system rządów prezydenta Deby, ale wręcz udzielać mu setek milionów euro pomocy. “Czad to klucz do całej Afryki Środkowej. Jeśli wpadnie w ręce islamistów z Sudanu, to kto ich powstrzyma przed przejęciem władzy w Nigrze, Republice Środkowoafrykańskiej, Kamerunie?” – pyta ambasador Desesquelles.

Z kolej irlandzki dowódca Kierran Brennan przyznaje, że do opanowania kraju dwukrotnie większego od Francji, jakim jest Czad, potrzeba nie czterech, ale przynajmniej stu tysięcy żołnierzy. A o poniesieniu tak ogromnych kosztów w Europie nikt nawet nie myśli. Gdy na początku lutego rebelianci strzelali do okien pałacu prezydenckiego, Francuzi zaoferowali prezydentowi Deby ucieczkę do Europy. Przez chwilę liczyli, że nowy reżim może mimo wszystko okazać się lepszy od dyktatora, który doprowadził Czad na skraj absolutnej nędzy. Ale gdy Deby odrzucił ofertę, w decydującym momencie francuscy komandosi wyszli ze swojego obozu w centrum Ndżameny i wsparli upadającego prezydenta. Woleli znane zło niż niewiadomą. Nawet jeśli dla Marin już za kilka miesięcy może to oznaczać wyrok śmierci.

Jędrzej Bielecki  

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu