Tenis w Afryce

afryka.org Wiadomości Sport Tenis w Afryce

Historię tenisa w Afryce zapoczątkowali biali osadnicy, głównie Brytyjczycy, którzy zamieszkali w Republice Południowej Afryki. Na wyniki nie trzeba było długo czekać .

Już w 1912 roku na igrzyskach w Sztokholmie Afrykanerzy sięgnęli po złoto. Sprawcą niespodzianki był Charles Lyndhurst Winslow, który w finale singla pokonał swego rodaka Harolda Kitsona. Zresztą wspólnie wywalczyli jeszcze tytuł w grze podwójnej. Osiem lat później, na igrzyskach w Antwerpii, Winslow stanął na najniższym stopniu podium, a najlepszy okazał się Louis Raymond – też z RPA.

RPA to uznana marka także w dzisiejszym tenisie. Z tego kraju pochodzi Amanda Coetzer, najlepsza w ostatniej dekadzie singlista z Afryki. Trzykrotnie udało jej się awansować do półfinału turnieju wielkoszlemowego: najbliżej była w Australii, gdzie na drodze stanęły jej Anke Huber i Mary Pierce. Pół roku później w Paryżu szła jak burze, nie dając szans kolejnym rywalkom – wśród nich Steffi Graf. Coetzer wyrosła wówczas na faworytkę i gdy już wydawało się, że półfinał będzie tylko formalnością, Południowoafrykanka niespodziewanie uległa Chorwatce Ivie Majoli – późniejszej triumfatorce imprezy. W 1997 roku Coetzer została trzecią rakietą świata. Ze względu na niewielki wzrost media nadały jej przydomek „ The Little Assasin” ( „Mała Morderczyni” ).

Wśród panów najwybitniejszy tenisista z RPA to Wayne Ferreira, srebrny medalista igrzysk w Barcelonie i czołowy deblista świata. Podobnie jak Coetzer, trzy razy był o krok od finału turnieju wielkoszlemowego. W 1992 roku, jako zupełnie nieznany młodzian, podbijał australijskie korty, ale przegrał z najwyżej wówczas rozstawionym Stefanem Edbergiem. Pół roku później na igrzyskach w Barcelonie zdobył srebro w grze podwójnej. Wspólnie z Pietem Norvalem stoczył niezwykle zacięty bój przeciwko parze niemieckiej Michael Stich i Boris Becker, którzy okazali się górą. Z rozpędu Wayne doszedł w US Open do ćwierćfinału. Dwa lata później osiągnął półfinał Wimbledonu, a rok później był nawet 6. W rankingu ATP. Ostatnim sukcesem Ferreiry był półfinał Australian Open przed pięcioma laty. Musiał w nim uznać wyższość Andre Aggasi’ego – późniejszego zwycięzcy turnieju. Ferreira dotąd jest jednak rekordzistą w liczbie wielkoszlemowych występów z rzędu.

Tenisem stoi również graniczące z RPA Zimbabwe, co także jest zasługą białych osadników. Najważniejsza postać to obecnie Cara Black. 29-letnia tenisistka jest jedną z najlepszych deblistek. Ma w dorobku trzy zwycięstwa na Wimbledonie i jedno w Australian Open, przez lata plasowała się też w pierwszej setce rankingu singlowego. Black’owie to niezwykła rodzina. Ekscentryczny dziadek przeniósł się ze Szkocji do Rodezji (dzisiaj Zimbabwe) w 1913 roku. Na farmie awokado zbudował kort tenisowy, aby jego syn mógł trochę odbijać. Podziałało: w latach 50. Don Black sześć razy wystąpił w Wimbledonie, dotarł nawet do trzeciej rundy. Grał naprawdę dobrze, więc często zakładał się o pieniądze, rakietę lub naciąg – tak zresztą kompletował sprzęt. Dzięki tenisowi wygrał nawet… rodzinny dom. Z poprzednim właścicielem najpierw grał o dwa dolary, potem o cztery, aż do kawałka ziemi. Dom postanowił nazwać „małym Wimbledonem”, przy którym zbudował cztery korty trawiaste, aby dzieci – córka Cara i starsi synowie Wayne i Byron – mieli gdzie trenować. Ojciec zakładał się także z nimi, aby je zdopingować do gry.

Pomogło. Bracia też zostali zawodowymi tenisistami i to z sukcesami. Byron cztery razy był bliski wygrania turnieju wielkoszlemowego, ale udało się mu to tylko raz – we Francji. Po triumfie stał się deblowym numerem 1 na świecie, a sławą zdecydowanie przyćmił partnera, Jonathana Starka. Drugi z braci, Wayne, aż dwa razy sięgał po wielkoszlemowe tytuły – również w deblu. Sztuka ta udała mu się w 2001 roku, kiedy nie miał sobie równych na US Open. Cztery lata później powtórzył swój sukces w Australii. Ale tym razem to jego partner – rodak Kevin Ullyet – był większą gwiazdą. 36-letni tenisista ostatni swój sukces święcił niedawno, bo przy okazji Wimbledonu, gdzie doszedł do finału gry podwójnej. Co ciekawe, podczas Australian Open, udało mu się wygrać miksta w parze z Danielą Hantuchovą.

W Afryce Północnej też umieją grać w tenisa. To z Maroka pochodzi Younes El Aynaoui. Marokańczyk w swojej długiej karierze czterokrotnie osiągał ćwierćfinał turnieju wielkoszlemowego – dwukrotnie na kortach w Melbourne i Nowym Jorku. To bohater – niestety niespełniony – meczu sprzed pięciu lat w Melbourne, który trwał bite pięć godzin – ale ze wskazaniem na Amerykanina Andy Rodicka. El Anyaoui w szczytowym momencie kariery zajmował wysokie 14. miejsce w rankingu ATP. Dzięki jego występom Maroko dosłownie oszalało na punkcie tenisa. Jego popularność była tak wielka, że kort centralny kompleksu tenisowego w Marrakeszu zdecydowano się nazwać imieniem tenisisty. Podbił też Szczecin podczas challengera Pekao Open, który wygrał w cuglach, by na ceremonię zakończenia „przybijać piątkę” z sędziami i chłopcami do podawania piłek, a z hostessami – kolanka.
W głębi kontynentu tenis nie zdobył jednak uznania. Wyjątkiem jest Nigeria, gdzie grał Nduki Odizor: w singlu co prawda wiodło mu się przeciętnie(wygrał jeden turniej w Taipei, w 1983 roku był o krok od ćwierćfinału na Wimbledonie), w deblu był w pierwszej dwudziestce. W jego ślady poszedł Suleiman Ladipo, ale bez większych efektów (245. ATP). W Somalii swego czasu trenował Abdisamad Hussein, jeśli treningiem można nazwać bieganie po betonowym placu pełnym dziur ze starą rakietą w garści pod okiem zmęczonego trenera. Hussein był członkiem skromnej delegacji Somalii na igrzyskach w Sydney w 2000roku, ale do Aten i Pekinu już nie pojechał.

Nieoczekiwanie największą gwiazdą afrykańskiego tenisa jest więc… Francuz. Korzenie Jo Wilfrieda Tsongi sięgają bowiem Czarnego Lądu. Jego ojciec, Didier, pochodzi z Brazzaville. W stolicy Kongo był gwiazdą piłki ręcznej, ale Francja skusiła go pieniędzmi. Decyzja o wyjeździe była o tyle łatwa, że Kongo było niegdyś francuską kolonią i każdy obywatel uczył się w szkole języka, historii i kultury tego kraju. Młody sportowiec nie miał więc problemów z aklimatyzacją do tego stopnia, że czuje się Francuzem i rzadko wraca do przeszłości.

Respekt budzi jego postura i muskulatura. No i uderzające podobieństwo do legendy boksu – Muhammada Ali. Tsonga mógł się zresztą przekonać, co to znaczy być bokserem, bo podczas jednego z turniejów odbył swój pierwszy trening w ringu. „Taki trening to naprawdę wielka frajda. Chciałbym szybować na korcie tak, jak Muhammad Ali w ringu. Jak motyl” – powiedział. Niestety, potem czekała go operacja kolana, którzy wymusiła przerwę w treningach.
Wcześniej 23-letni tenisista fantastycznie sprawił się na tegorocznym Australian Open. Doszedł do finału, w którym zatrzymał go co prawda Novak Djoković, ale Francuz z Afryki wcześniej pokonał wielkiego faworyta Rafaela Nadala. Dziś, kiedy Hiszpan jest najlepszy na świecie, jest się czym szczycić. Tsonga – jego imię znaczy piorun – leczy kontuzję. Jest jedynym czarnoskórym graczem z Czarnego Lądu w przeciwieństwie do Afrykanerów z RPA i Zimbabwe, czy nawet Marokańczyka El Anyaoui o śniadej cerze. Jeszcze ciemniejszy jest co prawda Gael Monfils, ale poza wyglądem jego związków z Afryką nie udało nam się znaleźć.

Jednak tenis w Afryce umiera. Treningi wymagają dużych nakładów, na które nie stać większości krajów. Dlatego powstają liczne fundacje mające na celu rupowszechnianie tenisa na kontynencie afrykańskim. Inicjatywa „ Tennis for Africa” została założona w 1988 roku i działa w Gwinei Bissau, Mozambiku, Sierra Leone. Budżet opiera się głównie na zyskach z corocznego turnieju o nazwie „Tennis Day for Africa”. Biorą w nim udział gwiazdy: siostry Venus i Serena Williams, czy David Nalbandian.

Fundacja zbiera pieniądze również poprzez aukcje internetowe. Użytkownicy portalu „E-bay” mają okazję kupić gadżety pochodzące od znanych postaci. W ostatniej edycji aukcji był to dochód rzędu 380 000 euro. Następna seria przedmiotów do licytacji, pochodzić będzie od Marata Safina, Sereny Williams, Jeleny Janović, Swietłany Kuzniecowej, Ivana Ljubicicia, Flavii Pennetty, Pata Casha oraz wielu innych postaci – nie tylko ze świata tenisa. Bo fundacja zajmuje się nie tylko tenisem, ale buduje też szkoły i szpitale.

Maciek Bartoś

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu