afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Przerwana linia

„Pojawiam się znikąd, nie posiadam żadnej legitymacji, ani dokumentu stwierdzającego tożsamość. Nikt mnie o nic nie pyta, po prostu zostaję zaproszona do środka. Na stole w kuchni świeżo upieczona babka. Pachnie w całym domu. Mam wrażenie, że nie muszę nic mówić, tłumaczyć kim jestem, po co tu przyjechałam. Mogę przebywać w tym domu bez słowa. Na mocy bycia człowiekiem. Po prostu.” Wspomnienie o tragicznie zmarłym Frownie Fatakim (ur.24.08.1954, zm.18.10.2010).

Wchodzimy do pokoju, w którym przez lata mieszkał Frown Fataki bohater tej opowieści, ale nie tylko tej, bo opowieści o nim jest wiele, zaskakujące, że same dobre. To człowiek, który zaskarbił sobie serca wielu osób, który swoją otwartością, szczerością, pracowitością i uczciwością zdobył szacunek mieszkańców Białej – małej miejscowości położonej 5 km od Trzcianki.

Tu Frown Fataki razem z rodziną p. Jolanty i Józefa przybył w 2000 roku.

PIERWSZE SPOTKANIE

Cztery lata wcześniej, w 1996 roku, dokładnie w Sylwestra, pani Jolanta stojąc za ladą w prowadzonym przez siebie barze piwnym w Chorzowie ujrzała wchodzącego czarnoskórego mężczyznę w towarzystwie zaprzyjaźnionego policjanta p. Marka. Jak się okazało Fataki zgubił się w Chorzowie w drodze z Gliwic. Policjant znając gościnność i otwartość p. Jolanty i Józefa najprawdopodobniej wiedział co robi, bo Frown Fataki z polską rodziną już pozostał. Miał wówczas 35 lat. Pomagał codziennie przy prowadzeniu firmy, zdobywając każdego dnia zaufanie Ślązaków.

PRZEPROWADZKA

Rodzina postanowiła jednak przeprowadzić się na wieś. Wybrali Wielkopolskę. Dokładnie 15 września 2000 wprowadzili się do niewielkiego domu na skraju wsi. Mały dom, duży ogród i jeszcze większe serca. Fataki pomagał przy przeprowadzce i naturalnym było, że razem z nimi przeniesie się do Białej, był przecież członkiem rodziny, bratem, choć, jak p. Jolanta wspomniała, traktował ich z szacunkiem, jakim darzy się rodziców, mimo, że wiek ich życia był podobny.

CODZIENNE ŻYCIE NA WSI

Fataki uwielbiał wstawać rano, codziennie przed 5 był już na nogach. Nucąc pod nosem afrykańskie melodie szedł do ogrodu, ziemia była dla niego najcenniejszym darem, nie wiem – wspomina p. Jolanta, czy Afrykańczycy mają to we krwi, ale on kochał ziemię. Co roku nie mógł doczekać się wiosny.

Każdego dnia pomagał ludziom, różnym ludziom z całej wioski, opiekował się swoimi domownikami, opiekował się niedołężną sąsiadką, której rodzina nie była zdolna do pomocy, udzielał korepetycji z języka angielskiego i fizyki. Wszystkich pozdrawiał i śmiał się. W wolnych chwilach czytał, oglądał wiadomości, interesował się sytuacją polityczną na świecie, wypatrywał informacji o Afryce i uwielbiał piłkę nożną. Czasami chodził do zaprzyjaźnionej nauczycielki, by korzystać z Internetu, raz kiedyś wrócił ze łzami w oczach – zobaczył zdjęcia satelitarne swojej rodzinnej miejscowości. Czy chciał wrócić? Na pewno tęsknił, ale w Tanzanii nie było dla niego przyszłości, on już się tu zakorzenił, mówił przecież, że jest importowanym Polakiem. Bardziej jednak niż do klimatu przyzwyczaił się do kuchni polskiej, rosół, kluski śląskie, sernik, babka, pączki to były jego ulubione potrawy. Oczywiście gotował też afrykańskie dania – kaszę manną na wodzie, pokrojoną w kostkę używał zamiast ziemniaków, jadł dużo ryżu z warzywami i mnóstwo ostrych przypraw, a potem liczył kalorie. Do Trzcianki nie jeździł autobusem, samochodem, ani nawet rowerem, on zawsze szedł przez pola do Trzcianki – to pewnie przez te kalorie…- uśmiecha się p. Józef. Chciał się podobać. „Z całego serca życzyliśmy mu, żeby założył swoją rodzinę” – ze łzami w oczach wspomina p. Jolanta. Czasami chodził na dyskotekę do Trzcianki.

Ale najważniejsza dla niego była „polska rodzina”. Był ich prawą ręką. P. Jolanta i Józef ze względu na kłopoty zdrowotne nie mogli wykonywać wielu codziennych czynności. Jeździł z nimi na zakupy do Trzcianki, załatwiał sprawy i poznawał ludzi, zawsze wszystkim się kłaniał, był rozpoznawany niemal przez każdego i nie tylko dlatego, ze miał czarny kolor skóry, on po prostu witał się ze wszystkimi, ze wszystkimi rozmawiał, do wszystkich zagadywał. I choć miał na imię Frown wszyscy za nim wołali Fataki.

Dla Fatakiego nie było problemu zrobić coś dla kogoś bezinteresownie, nigdy nikomu nie odmawiał pomocy, ufał bezgranicznie i ta ufność […]

WSZELKI DUCH PANA BOGA CHWALI

Do Polski przybył z Tanzanii, z 30 tysięcznego miasta Ifakara w 1989 roku. Ojciec zmarł wcześnie, matkę stracił, gdy studiował. Rodzeństwo otrzymało wykształcenie w Tanzanii, pracuje obecnie na wysokich stanowiskach.

Frown na studia udał się do Polski, przyjechał studiować na Politechnice Łódzkiej budownictwo i konstrukcje mieszkaniowe.

Pracy jednak w swoim zawodzie nie dostał, pracował dorywczo. Jakby nie było, budził w naszym kraju sensacje. Murzyn, czarnuch, Murzynek Bambo. Pewna starsza pani na widok Fatakiego krzyknęła „Diabeł” i przeżegnała się ze słowami „Wszelki duch Pana Boga chwali”. Zabawne było to, że sytuacja wydarzyła się pod kościołem. Ale on się nie obrażał, traktował to wszystko z dystansem, nie narzekał, że w Polsce jest źle traktowany. A przecież nie było mu łatwo.
Rzeczypospolita Polska udzieliła Fatakiemu zgody na pobyt tolerowany, wręczając mu kartę pobytu ważną 12 miesięcy, którą co roku wymieniał na nową. Pobyt tolerowany uprawniał go do wykonywania pracy bez zezwolenia na pracę, świadczeń pomocy społecznej, do nauki w szkołach, do podejmowania i wykonywania działalności gospodarczej, do ubezpieczenia zdrowotnego.

W praktyce był zarejestrowany w Urzędzie Pracy bez prawa do zasiłku, przez te lata skierowany został raz na kurs komputerowy, który z sukcesem ukończył.
Z opieki społecznej nie korzystał, tylko ten jeden raz – ostatni…

I TA UFNOŚĆ NAJPRAWDOPODOBNIEJ GO ZGUBIŁA

Frown Fataki został znaleziony nieprzytomny z licznymi obrażeniami całego ciała w dn. 16.10 2010 roku na schodach domu przy ul. Fredry w Trzciance. Wezwana policja powiadomiła pogotowie, stan jego był na tyle ciężki, że został przewieziony do Szpitala Klinicznego w Poznaniu.

Próby ratowania życia były bezskuteczne. Nie dawał żadnego znaku życia, tylko ten jeden jedyny raz, kiedy 17.10.2010 przyjechała do niego p. Jolanta. Przygotowana przez lekarzy na najgorsze pożegnała się, w imieniu wszystkich przyjaciół, ze swoim afrykańskim bratem i obiecała, że nigdy go nie zostawią, że zabiorą do Białej, że zawsze będą kochali i na zawsze zostanie w ich w sercach, wtedy to właśnie ścisnął jej rękę, tak mocno, że nigdy tego uścisku nie zapomni.

18.10.2010 Frown Fataki został odłączony od respiratora. Jego organy zostały pobrane do przeszczepu. Wyraził na to zgodę za życia.

Sekcja zwłok wykazała ciężkie uszkodzenia ciała, pękniętą podstawę czaszki, obrażenia czaszkowo – mózgowe i nieodwracalne zmiany neurologiczne. Wykluczono wpływ alkoholu.

POGRZEB

P. Jolanta obiecała afrykańskiemu bratu, że wróci do Białej, ale jak się okazało nie było to łatwe. Obcokrajowiec bez prawa do zasiłku. Nie mieli pieniędzy, by przetransportować ciało. Opieka społeczna nie wyraziła zgody na dofinansowanie, zmieniła jednak zdanie – częściowo pokryła koszty. Na brakującą resztę złożyli się mieszkańcy Białej i Trzcianki. Państwo Jolanta i Józef poznali ludzką solidarność, wsparcie, przyjaźń. Ludzie przychodzili i ofiarowywali wszystko, co było potrzebne.

Wspólnymi siłami zorganizowali pogrzeb i stypę. W końcu udało się – dn. 23.10.2010 odbył się pogrzeb. Klepsydry były bardzo skromne – na białym papierze czarnymi literami informacja o pogrzebie – bez żadnych wzorów, ani nawet czarnej wokół oblamówki, tak skromnie, jak skromny był ten człowiek.

Fataki był chrześcijaninem, przeszedł na wiarę rzymsko – katolicką jeszcze w Afryce, tylko nigdy nie zrozumiał smutku z jakim Polacy chwalą Boga, zawsze powtarzał, że w Afryce ludzie się weselą, że każdy wielbi Pana z radością, nawet jak umierają bliscy to jest to powód do radości, bo przecież odszedł do Pana, dokonało się – osiągnął cel wędrówki, żyje i czuwa nad bliskimi na ziemi. Takiej wiary zdecydowanie mu brakowało.

Na pogrzeb przyszło wielu, nawet ci ze świecznika, z potrzeby serca czy przed wyborami, głosy były podzielone. Ale nikt się nie radował.

„Polska rodzina” zdobyła pomnik z odzysku, dziś już wiedzą, że cała społeczność lokalna zbiera pieniądze na nowy, lepszy, taki, na jaki swoim życiem zasłużył. Tylko w ten sposób mogą mu się odwdzięczyć i wynagrodzić to, co dla nich robił.

ŚLEDZTWO NA WŁASNĄ RĘKĘ

Lekarze neurochirurdzy nie wykluczyli udziału osób trzecich. Oficjalna wersja – niefortunny upadek. Skąd w takim razie ciężkie urazy całego ciała?

Nieoficjalna wersja – śmiertelne pobicie. Kto? Dlaczego? W obronie własnej czy innej osoby? P. Jolanta kiwa głową – chciałabym wiedzieć…

Ubrania, w które ubrany był Fataki w dniu tragicznego zdarzenia p. Jolanta odebrała ze szpitala w czwartek, 21.10.2010, były to spodnie dżinsowe, koszula, sweter, kurtka letnia oraz buty. P. Jolanta pokwitowała odbiór i pojechała do Białej. W domu im się dokładnie przyjrzała. Spodnie na kolanach były przetarte, również buty od wewnętrznej strony były poprzecierane, tak jakby ktoś go ciągnął – zamyśla się p. Jolanta. Buty jednak spaliła, a pozostałe ubrania uprała. Policja przecież ubrania już analizowała. To odkrycie nie dawało jej jednak spokoju, zgłosiła swoje wątpliwości prokuraturze, która zleciła powtórne zbadanie ubrań.

6 grudnia 2010 policja oddała badane ubrania oraz poinformowała o umorzeniu śledztwa z powodu braku dowodów, a przecież dochodzenia w sprawie skradzionego komputera trwają dłużej, niż te dwa niepełne miesiące śledztwa w sprawie śmierci Frowna Fatakiego.

WIARA

Ale on się czasami do nas odzywa…”Wyobraża sobie pani, że w dniu w którym umarł w porze karmienia naszej matki, a on zawsze nam przy tym asystował, zadzwonił elektroniczny termometr, a przecież nigdy nie wydawał dźwięku. I od czasu do czasu on się do nas odzywa, zazwyczaj w porze obiadu…”

POST SCRIPTUM

Odbieram telefon. Dzwoni p. Jolanta. „ Pani wczoraj była u nas i pytała się co on lubił, a ja w tych emocjach zapomniałam Pani powiedzieć, że on kochał reggae, śpiewał reggae po angielsku, po polsku, w suahili i we śnie. To była jego ukochana muzyka”.

PODZIĘKOWANIA

Państwo Jolanta i Józef składają szczególne podziękowania proboszczowi parafii rzymsko-katolickiej pw. Wszystkich Świętych w Białej – ks. Janowi Steckiewiczowi oraz wszystkim ludziom dobrej woli za pomoc, wsparcie, zrozumienie, przyjaźń i towarzyszenie Frownowi Fatakiemu w jego ostatniej drodze.

Materiał zebrała i opracowała: Joanna Kochner Borkowska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

 Dokument bez tytułu