Pora suszy w kinie afrykańskim?

afryka.org Kultura Film Pora suszy w kinie afrykańskim?

AfryKamera 2008 mniej lub więcej zamknięta, więc z małym poślizgiem wracam na portal. Dzisiejszy tytuł wcale nie odnosi się do najnowszego filmu czadyjskiego reżysera Mahamet-Saleha Harouna "Daratt", który zbiera znakomite recenzje w polskiej prasie. Jest raczej smutną konstatacją na temat pewnego zastoju, jaki można zaobserwować w kinie z kontynentu.

Ostatnie kilka lat to najlepszy okres w afrykańskim filmie. Trzy lata z rzędu film z Afryki nominowano do Oskara w kategorii Najlepszy film obcojęzyczny (południowoafrykańskie "Yesterday" Roodt'a i "Tsotsi" Hood'a oraz algiersko-francuskie "Dni chwały" Bouchareb'a). W Cannes sukcesy odnotowywały filmy takie jak "Moolaade" Sembene czy wspomniane już "Dni chwały" (zresztą ten ostatni obraz właśnie niedawno trafił na DVD i jest najbardziej kasowym filmem we Francji w 2006 roku).

Sukcesy przynajmniej festiwalowe odnotowywały filmy, takie jak angolskie "O Heroi!" Gamboa (Sundance), południowoafrykańskie "Amandla!" Hirscha (Sundance), "u-Carmen e-Khayelitsha" Dornford-May'a (Berlinale), "Konwersacje w niedzielne popołudnie" Matabane (Berlinale), czy krążący nieśmiało na ekranach polskich kin "Daratt" (Wenecja).

Zresztą to tylko czubek góry lodowej, jeśli chodzi o osiągnięcia afrykańskich filmów. Zwracała uwagę także sama poprawa jakości filmów. Jeszcze kilka lat temu na najważniejszym kontynentalnym festiwalu w Ouagadougou trzeba było się nachodzić, żeby trafić na film godny uwagi. W 2007 roku praktycznie każdy pokazywany obraz był wart obejrzenia, a w szranki o główną nagrodę stawały m.in. "Daratt", Tsotsi", ostateczny zwycięzca "Ezra" Aduaki, znakomite "Słońce nad Konakry" Camary z Gwinei czy cały szereg wspaniałych filmów z Magrebu, w tym … .

Wraz z odejściem ojca kina afrykańskiego, Ousmane Sembene, latem 2007 roku coś jakby zgasło. Kinematografia z Afryki weszła w porę suszy. Pomijając brak filmów afrykańskich we wszelkich sekcjach konkursowych Cannes czy Oskarów (choć algierski reżyser Rachid Bouchareb zasiadał w Jury) martwi spadek jakości ostatnio pokazywanych w Europie filmów z kontynentu. W niezwykle słabiutkim tegorocznym Berlinale znalazły się dwa godne uwagi południowoafrykańskie filmy (iście tarantinowski tsotsi-gangster movie "Jerusalema" Ralpha Zima'a oraz odważny dokument o zakazach seksualnych za czasów apartheidu "Glow of the White Woman" Yunusa Vally'ego) obok zasadniczo niewartych wspomnienia filmów z Konga czy z Egiptu.

W ciągi ostatniego roku moją uwagę zwróciły jeszcze tylko mozambicki film "Lunatyczna kraina" Teresy Praty oraz przełomowy skądinąd algierski "Le Maison Jaune" debiutanta Amor Hakkara.

Śledząc informacje z kontynentu wynika, że produkcja filmów afrykańskich z nie do końca jasnych przyczyn uległa zahamowaniu, a wiele bardziej renomowanych reżyserów afrykańskich swoje premiery planuje pod koniec tego roku. Dotyczy to w szczególności reżyserów z RPA, jak Khalo Matabane czy Iana Gabriela (twórcy znakomitego obrazu "Forgiveness"). Być może wszyscy nastawiają się na walkę o laury w Ouagadougou na FESPACO 2009?

Wkrótce minirecenzja "Dni chwały" oraz "Jerusalema".

Przemek Stępień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu