Pocztówki z Gabonu (7): U krawca

afryka.org Czytelnia Poznaj Afrykę! Pocztówki z Gabonu (7): U krawca

Jeszcze przed przeprowadzką do Afryki postanowiłam, że postaram się zrobić wszystko, aby nie stać się typową białą, zwaną powszechnie „la white”. Nie będę unikać kontaktu z Afrykańczykami. Nie będę unikać afrykańskiego jedzenia. Nie będę robić zakupów tylko w drogim supermarkecie. I tak dalej.

Daleko mi oczywiście do Kapuścińskiego i nie zamierzam nikogo oszukiwać: moje życie w Gabonie było nader wygodne. Ale dotrzymałam danych sobie obietnic i na każdym kroku starałam się poznać Afrykę, zamiast od niej uciekać. To właśnie dzięki tej strategii spotkałam Diallo, który towarzyszył mi przez cały pobyt w Libreville. Widywaliśmy się regularnie, mniej więcej raz na miesiąc, a spotkań tych wyczekiwałam z bijącym sercem. Diallo, przystojny imigrant z Conakry. Diallo, mój krawiec – artysta. Bo musicie wiedzieć jedno: w Afryce bez krawca, to jak w Polsce bez centrum handlowego. No nie da się i już.

Najpierw wizyta w miejscu zwanym Petit Paris. Ten Mały Paryż to tak naprawdę część ogromnego targowiska Mont-Bouët, które zajmuje całą dzielnicę i oferuje absolutnie wszystko. Owszem, przywodzi na myśl słynny Jarmark Europa, ale należałoby wszystkie jego parametry przemnożyć przez sto. Większy, głośniejszy, dużo bardziej zatłoczony, miejscami dużo bardziej niebezpieczny, ale i dużo ciekawszy. Petit Paris leży w ugrzecznionej części targu, gdzie istnieje jeszcze coś na kształt sklepów i ulic. Udajemy się „Chez Diallo”, do sklepu z tkaninami, zwanymi tutaj „pagnes”. Nomen omen, właściciel sklepu też nazywa się Diallo, ale z krawcem nie ma nic wspólnego. Wchodzimy więc i… jak zwykle dech nam zapiera. Ściany obwieszone są setkami kolorowych, wzorzystych tkanin. Tak, to stąd pochodzą kolory afrykańskiej ulicy. Trafiliśmy we właściwe miejsce. Właściciel, jak zwykle, z uśmiechem podaje nam rękę i wraca na swoje stałe miejsce przy kasie. Znamy się już dłuższy czas, a stały klient to skarb, więc się o niego dba. Dlatego Monsieur Diallo opuści nam odrobinkę cenę, szanując fakt, że domagamy się zniżki. W końcu targowanie się to rytuał, który zapewnia poważanie wśród sprzedawców; najgorsze, co można zrobić, to zaakceptować pierwszą cenę.

Jak zawsze, rozglądam się uważnie. Przy takiej ilości towaru bardzo trudno jest dostrzec coś konkretnego. Najpierw przyglądam się tak zwanym „pagnes de mariage”, czyli tkaninom ślubnym. Wiszą one pod sufitem, każda z kartką opisującą kto i kiedy się żeni. W Gabonie bowiem państwo młodzi wybierają swoim gościom materiał, a ci mają za zadanie uszyć sobie z niego kreację. Na ślubie każdy wygląda więc tak samo, ale inaczej. Taka ubraniowa solidarność.

Po długim namyśle udaje nam się coś wybrać. Zadowoleni, płacimy i łapiemy zatłoczoną taksówkę. Brakuje nam już tylko krawca. Pewnym krokiem kierujemy się w stronę Montée de Louis. Atelier czynne jest od świtu do zmierzchu.

Pierwsza wizyta u Diallo (tym razem krawca, nie sprzedawcy tkanin) nie przebiegła jednak tak gładko. Nie obeszło się bez typowych nieporozumień. Dokładne wskazówki, jak do niego trafić dostaliśmy od koleżanki o długim już stażu w Libreville. Wskazówki zresztą nader proste: „Znacie tą libańską restaurację? Zaraz obok pieką kurczaki, tak? No to za kurczakami w prawo”. Kilka dni później, posłusznie skręciwszy w prawo za kurczakami, natkęliśmy się na coś w rodzaju garażu pełnego maszyn do szycia, tkanin i garniturów w różnych stadiach powstawania. Pośrodku tego wszystkiego siedział młody człowiek.

– Dzień dobry! Szukamy Diallo.
– Jestem Diallo.
– Jest pan krawcem?
– Tak. Skąd wiecie, jak się nazywam?
– Dostaliśmy kontakt do pana od E., naszej koleżanki Belgijki.
– Nie znam jej.
– Ach.
– Nie, nie wychodźcie! Zadzwonię do brata.
– Ale my szukamy Diallo. Jak się nazywa pana brat?
– Diallo.

No jasne. Nawet nas to specjalnie nie zdziwiło. Dopiero później zorientowaliśmy się, że Diallo to nazwisko, a nie, jak myśleliśmy, imię. W atelier pracuje pięciu krawców. I wszyscy nazywają się Diallo. Po kilku minutach pojawił się więc Diallo numer dwa, zarzekając się, że on żadnej Belgijki nie zna. Wspomniał jednak o swojej klientce Hiszpance, którą znaliśmy również i my. Dobrze jest, znaleźliśmy sieć powiązań. Teraz wystarczyło tylko złożyć zamówienie.

Możliwości są dwie: można wskazać model na jednym z licznych plakatów, gdzie ta sama pulchna pani prezentuje liczne kreacje. Wtedy krawiec mierzy, co trzeba, i szyje taką samą sukienkę, jak na plakacie. Jeśli żadna z falbaniastych spódnic nas nie przekonuje, zawsze możemy zwyczajnie zostawić swoje (lub koleżanki, krawiec bez problemu dostosuje rozmiar!) ubranie, a dokładna afrykańska kopia powstanie w ciągu kilku dni, przy zachowaniu najdrobniejszych detali. Jeśli zażyczymy sobie jakichś zmian w oryginalnym modelu, Diallo weźmie do ręki żółtą karteczkę post-it. Narysuje na niej malutki, a zarazem niezwykle dokładny projekt sukienki i zapyta, czy o to chodzi. Spotkawszy się z aprobatą, zanotuje obok wymiary i wynegocjowaną cenę (o tak, targowałam się za każdym razem, choć oboje dobrze wiedzieliśmy, ile zapłacę za bluzkę, a ile za sukienkę), przypnie karteczkę do materiału i… gotowe. Po kilku dniach zadzwoni: już można odebrać zamówienie.

Przy odbiorze należy sukienkę przymierzyć. Chowamy się za kotarą w rogu atelier i sprawdzamy, czy wszystko dobrze leży. Ale to nie do nas należy ostateczna decyzja. Całe atelier (a w przypadku białej klientki, również reszta kienteli, bo to przecież zabawne – biała w afrykańskiej kiecce) przygląda się, czy nie trzeba nic zwęzić lub poszerzyć. Poprawki wprowadzane są oczywiście za darmo i do skutku. Dopiero gry sam, zawsze szczery, Diallo wyrazi aprobatę („No, całkiem nieźle wyglądasz. Przytyłaś, nie?”), można sukienkę zabrać do domu.

Sukienki, bluzki, koszule, garnitury, spódnice, szale, torby, torebki, pościel, obrusy, zasłonki – pięciu panów Diallo szyje wszystko, dobrze i tanio. Przed wyjazdem do Afryki nigdy nie byłam u krawca. W Gabonie odkryłam, jak dużo radości daje projektowanie własnych ubrań, wybieranie materiałów i zabawa w modelkę w malutkim atelier, pełnym starych maszyn Singera i skrawków kolorowych tkanin. Trudno za tym nie tęsknić. Chodzenie na zwyczajne europejskie zakupy to jednak nie to samo…

Kasia Koniecka,
autorka mieszkała w Libreville

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu