Magia FESPACO (1)

afryka.org Kultura Film Magia FESPACO (1)

Najważniejszym aspektem Fespaco, Panafrykańskiego Festiwalu Filmu i Telewizji w Wagadugu, Burkina Faso, jest zdecydowanie jego atmosfera. W tym roku organizacja nie należała do najlepszych – w pierwszy dzień sześć godzin spędziłam w biurze organizacyjnym, usiłując załatwić tzw. „badge” dla profesjonalistów, abym mogła mieć wstęp na filmy.

Bynajmniej nie byłam wyjątkiem – od reżyserów zaproszonych na imprezę, poprzez dziennikarzy z całego świata, do organizatorów podobnych imprez z różnych krajów – każdy stał grzecznie w kolejce i dopytywał się o swój identyfikator. Niestety, wszelkie starania kończyły się zazwyczaj odsyłaniem petenta do innego pokoju w gmachu, a nawet karnety już się skończyły: trzeba było czekać na dodruk. Na szczęście w kolejce do ubikacji udało mi się od kogoś kupić trochę na lewo karnet. Katalog festiwalowy zdobyłam dzień przed końcem festiwalu i to też bynajmniej nie w biurze Fespaco. Stali bywalcy jednak zapewniali mnie, że dwa lata temu było znacznie lepiej pod względem organizacyjnym. Takie drobnostki jednak nic tak naprawdę nie mówią o tym, czym jest ten największy festiwal filmowy na kontynencie afrykańskim. Jako organizatorka podobnych, choć znacznie mniejszych imprez, wiem, jaki to ogrom do ogarnięcia i jak łatwo mogą zdarzyć się potknięcia, a najważniejsze jest co innego – atmosfera imprezy i pasja uczestników.

Pod tym względem Fespaco dostarcza nawet nadmiar wrażeń. Festiwal w tym roku świętował swoje czterdziestolecie, a został zapoczątkowany przez paru zapaleńców filmowych, jako malutka impreza lokalna w 1969 r., bez wyraźnych widoków na dalszy rozwój. Zresztą trochę tak, jak nasza AfryKamera! Jednak pomysł okazał się na tyle trwały, że obecnie Fespaco jest jedną z najważniejszych i największych imprez filmowych z zakresu kinematografii afrykańskiej na świecie, a na pewno na samym kontynencie. Poza kategorią główną, z której wyłonione zostały najlepsze filmy pełnometrażowe z Afryki, odbywały się również konkursy filmów krótkometrażowych, dokumentalnych, filmów z diaspory afrykańskiej oraz w kategorii TV/Video i seriale afrykańskie. Poza konkursem pokazywane były również filmy, które nie zostały zakwalifikowane (tzw. „panorama”) oraz przegląd filmów zwycięskich z zeszłych edycji Fespaco i przegląd filmów ojca kina afrykańskiego, Ousmane Sembène, aby uczcić pamięć o tym wielkim reżyserze, który zmarł w 2007 r. Dodatkowo odbywały się konferencje, spotkania branżowe, imprezy muzyczne i kulturalne, a to wszystko w przeciągu zaledwie jednego tygodnia, co powodowało, że, pomimo czterdziestostopniowej temperatury, każdy miłośnik filmów, przybyły na tę okazję, biegał od pokazu do pokazu, często gorzko żałując, że nie może się rozdwoić albo roztroić. Cudownie zaś było być jedną z tych osób.

Po pierwszym dniu pełnym wrażeń związanych z wielogodzinnymi usiłowaniami, by zdobyć jakiekolwiek materiały festiwalowe i nieudanej próbie dostania się na oficjalne rozpoczęcie w kinie Burkina – choć zdołałam przynajmniej się przespacerować po czerwonym dywanie prowadzącym do wejścia – rozpoczęła się ciężka harówka. Z ostrym afrykańskim słońcem, zniechęcającym do dokonywania jakiegokolwiek wysiłku, biegałam od kina do kina, usiłując zobaczyć jak największą ilość filmów w zbyt krótkie dni. W międzyczasie poznawałam ciekawych ludzi z całego świata – ulubionych reżyserów afrykańskich, pisarzy, dziennikarzy, fotografów, organizatorów festiwali filmowych. Aż ciężko było nadążyć za tą ciągle zmieniającą się scenerią, a moje biedne ciało, przyzwyczajone do polskich mrozów, niezbyt szybko przestawiało się na gorące i suche powietrze w Burkina Faso.

Przyjechałam z misją. Jako koordynatorka AfryKamery miałam wyznaczonych kilka zadań: obejrzeć około 30 filmów, wybranych przez dyrektora artystycznego naszego festiwalu (oczywiście z góry założyłam, że to będzie raczej niemożliwe), nawiązać kontakty z ludźmi z branży oraz rozpowszechniać informacje o naszych działaniach w Polsce. Z zapałem więc przystąpiłam do dzieła. Główne pokazy filmowe odbywały się w czterech kinach: Burkina i Neerwaya, gdzie pokazywano pretendentów do głównych nagród, we Francuskim Centrum Kulturowym (CCFGM), w którym odbywały się pokazy wielu ciekawych filmów dokumentalnych i krótkometrażowych oraz w Oubri, kinie na otwartym powietrzu, w którym pokazywano głównie powtórki konkursowych filmów pełnometrażowych. Te cztery kina oddalone były od siebie o co najwyżej pół godziny na piechotę, co zazwyczaj oznaczało i tak konieczność wzięcia taksówki, gdyż między jednym seansem a drugim było mało czasu. Poza tym odbywały się pokazy w około siedmiu innych miejscach, do których nie udało mi się dotrzeć, z powodu straszliwej marży narzucanej przez taksówkarzy i ich dosyć niemrawych odpowiedzi na pytanie, czy na pewno wiedzą, gdzie to jest. Nagminnym problemem takich imprez jest oczywiście fakt, że jest to okazja dla lokalnych ludzi, aby trochę podreperować swoje budżety domowe, co oznaczało, że wszystkie ceny w Wagadugu nagle podskoczyły na czas festiwalu. Normalnie przejazd taksówką w centrum miasta kosztuje 200 CFA (około 1,5 złotego), a zdarzało mi się usłyszeć nawet 3000 CFA za przejazd z jednego kina do drugiego. Przy czym po wielokrotnym pieszym pokonaniu odległości wiedziałam, że mogę tam sama dojść w piętnaście minut, a przejechać w pięć, za co nawet w Polsce bym się wahała dać 30 złotych. Oczywiście nie dawałam za wygraną i zawzięcie się targowałam, jak to przecież należy robić, będąc w Afryce, ale wielu moich znajomych z Europy zgadzało się na każdą podaną cenę. A taksówkarze, aby nie zniechęcać do płacenia takich stawek, zapewniali im dodatkowe zwiedzanie miasta, wybierając jak najbardziej kręte i długie trasy, aby dotrzeć do pobliskiego kina.

Fespaco ściąga najróżniejszych ludzi z całego Burkina Faso i okolicznych krajów. Poza przybyłymi na sam festiwal, przyjeżdżały też osoby chcące sprzedać swoje towary, jak chociażby poznany Tuareg, Alasan, z Bamako, który tam pracuje jako przewodnik, a do Ouagadougou przybył sprzedawać piękną ręcznie wykonaną biżuterię. Rozmowa zaczynała się zawsze od namowy kupna przynajmniej jednej rzeczy, po czym siadaliśmy i opowiadał mi o swoim życiu, zawsze z szerokim uśmiechem na twarzy. W Wagadugu ogólnie rzecz biorąc czułam się bezpiecznie, ludzie byli przyjaźnie nastawieni i mili. Oczywiście jako samotna biała kobieta pędząca na pieszo od miejsca do miejsca, często narażona byłam na zaczepki facetów, którzy chcieli albo mi coś sprzedać, albo pokazać, albo się zaprzyjaźnić i zaprosić na imprezę, kolację, czy na drinka. Jednakże miła i grzeczna odmowa zazwyczaj wystarczała, a wytłumaczono mi, że najgorszą obrazą dla kogoś z Burkina jest całkowicie go zignorować. W związku z czym po paru dniach wymieniałam już żartobliwe rozmowy z okolicznymi sprzedawcami, tłumacząc, że pędzę do swojego męża, którego oni jeszcze co prawda nie widzieli, ale naprawdę istnieje, tylko jest mocno zapracowany. Standardowo nosiłam oczywiście fałszywą obrączkę, aby udowodnić istnienie mojej fikcyjnej drugiej połówki.

Wracając jednak do tematu kinematograficznego: jednym z najlepszych elementów ogólnowrażeniowych w kinach była klimatyzacja. Aż wstyd się przyznać, że odżywałam w salach, w których wiało cudowne, choć sztuczne i szkodliwe dla środowiska, zimne powietrze. Zdecydowanie jednak zachęcało to do wielogodzinnego oglądania filmów i utrudniało wzbudzanie chęci do wychodzenia na zewnątrz, gdzie suche i wypełnione kurzem powietrze przytłaczało. Czerwony kurz dosyć szybko zresztą pokrył każdą posiadaną przeze mnie sztukę ubrania i zdołał wleźć pod każdy paznokieć. Kina zawsze wypełnione były ludźmi – na niektórych seansach tłumy siedziały nawet na schodach, do takiego stopnia, że wyprawa do ubikacji oznaczała nieuniknione stąpanie po nogach innych miłośników wrażeń wizualnych. Największy entuzjazm wzbudzały filmy ze środka Afryki, a szczególnie te z samego Burkina Faso – kolejka na „Le Fautueil” składała się z około 600 ludzi, a na sali potencjalnie zmieścić się mogła jedynie połowa tej ciżby. W związku z czym był to jeden z tych filmów, który zmuszona byłam sobie odpuścić. Jednak mój zapał do wielogodzinnego przesiadywania w kinach wzbudzał ogólny podziw wśród znajomych, którzy wymiękali po dwóch filmach, choć ja jeszcze miałam do obejrzenia trzy danego dnia. Dzięki temu, choć nie udało mi się obejrzeć 30, byłam stosunkowo zadowolona z ilości, które zobaczyłam.

Fespaco rozpoczęło się w sobotę wieczorem (29 lutego), ale dopiero w niedzielę (1 marca) odbywało się oficjalne rozpoczęcie festiwalu w kinie Burkina. Filmem otwarcia był kameruński Mâh Saah-Sah (Ma Sâsâ), w reżyserii Daniela Kamwy. Niestety, nie udało mi się obejrzeć go tego wieczora, a dopiero parę dni później i trochę byłam zaskoczona wyborem właśnie tego filmu na tak prestiżowy pokaz, gdyż poza przepięknymi zdjęciami wiejskich obszarów Kamerunu i przedstawieniem paru ciekawych lokalnych zwyczajów, scenariusz był dosyć nieskomplikowany i momentami zdarzały się straszne dłużyzny w rozwoju akcji. Film opowiada historię miłosną młodego chłopaka, który zakochuje się w jednej z dziewczyn z wioski, ale z różnych powodów (m.in. podejrzenia, że mógł nie zostać poddany obrzezaniu), nie mogą się pobrać. Znacznie ciekawszy scenariusz posiadał malijski film Fantan Fanga (Siła biednych) w reżyseri Adamy Drabo i Ladji Diakibi, który opowiada historię zabójstw rytualnych wykonywanych na albinosach, którzy w wielu rejonach Afryki uważani są za posiadających moce magiczne. Adama, zdolny młody artysta, Murzyn o białej skórze, zostaje zamordowany i zabójcy odcinają i zabierają ze sobą głowę, która prawdopodobnie będzie wykorzystywana do magicznych zaklęć, mających zapewnić powodzenie w wyborach dla jakiejś wysoko-postawionej osoby. Rozpoczynają się więc poszukiwania. Problemem tego filmu z kolei jest czasem słaba jakość obrazu, szczególnie podczas nocnych ujęć, niestety dosyć częsta przypadłość afrykańskich filmów. Innym ciekawym filmem ze środka kontynetu był z pewnością Ramata, kongolijskiego reżysera Bakera Leandre-Alaina, który opisywał romans starszej kobiety z wyższych sfer z młodszym mężczyzną, który dopiero co wyszedł z więzienia. Zdecydowanym atutem filmu są piękne ujęcia i ciekawy scenariusz, który z prostej historii miłosnej potrafił stworzyć wciągającą historię.

Fespaco pozwalało również na obejrzenie dużej ilości filmów krótkometrażowych, które zgodnie z zasadami festiwalów na całym świecie charakteryzują się często bardziej eksperymentalną formą. Wśród najciekawszych na pewno znajdywały się tunezyjski film Al Oubour, reżyserki Nadja Touijer, który opowiada historię małego chłopca z wioski, który zbiera karteczki po jogurtach, mając nadzieję, że wygra rower. Kiedy udaje mu się zdobyć całą serię, wybiera się samotnie do stolicy, żeby je wymienić na wymarzony pojazd. W filmie nie ma praktycznie żadnych dialogów, zamiast tego śledzimy małego chłopca, przemierzającego nieznane mu miasto. Był też Timpoko reżysera z Burkina Faso, Serge Armel Sawadogo, wzruszająca historia o żegnaniu się rodziny z umierającą babcią. Młodsi członkowie z rodziny, zazwyczaj zabiegani i nie mający czasu dla starszej kobiety, nagle zdają sobie sprawę, że ona wkrótce zniknie na zawsze z ich życia, co powoduje, że zaczynają się zastanawiać nad swoim skupieniem tylko i wyłącznie na własnych rozrywkach i sprawach. Wzruszający był również kameruński film Bernarda Auguste Kouemo Yanghu Waramutseho, o dwóch Afrykanach studiujących w Europie, którzy nagle dowiadują się, że w ich ojczystym kraju rozpoczęła się wojna, a oni nie są w stanie skontaktować się ze swoimi rodzinami. Mimo że nie widzimy samego przebiegu wydarzeń wojennych, a jedynie śledzimy reakcje mężczyzn na coraz to nowe wieści z Afryki, ich rozpacz jest tak przejmująca, że zmusza widza do rozważań nad trudną sytuacją imigrantów, oddzielonych od swoich najbliższych i żyjących w niepewności czy kiedykolwiek jeszcze ich zobaczą.

Po całym cyklu filmów smutnych i ciężkich tematycznie, algierski film Mascarades i egipski Everything about Lola stanowiły miłą odmianę, jakby komediowe przerywniki. Everything about Lola, pomimo dosyć wyraźnych wpływów stylu hollywoodzkiego, jest uroczym filmem o młodej Amerykance, która po zakochaniu się w poznanym w Nowym Jorku Egipcjaninie, jedzie za nim do jego kraju, gdzie zostaje przez niego odtrącona. Nie jest to jednak prosta komedia romantyczna, a raczej film, który potrafi w zaskakujący sposób przedstawić zderzenie dwóch kręgów kulturowych – arabskiego i zachodniego. Lola decyduje się pozostać w Egipcie, aby nauczyć się tańca brzucha, a jednocześnie musi zmierzyć swoje przyzwyczajenia dotyczące wolności kobiety do podejmowania decyzji w sferze uczuć i partnerów ze sposobem postrzegania tych kwestii w świecie arabskim. Z kolei Mascarades (pokazywana podczas tegorocznej AfryKamery) to przeurocza komedia z Algierii, w której główną rolę gra jej reżyser, Lyes Salem. Jego postać, Mounir Mekbek, w pierwszej chwili skojarzyła mi się trochę z takim polskim chłopkiem-roztropkiem, z zamaszystym wąsem i w ortalianowym dresie, trochę niepewnym krokiem przemierzającym swoją wioskę, w której wyraźnie widać, że nie cieszy się uznaniem. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy po projekcji zobaczyłam tegoż samego osobnika, ale już bez wąsów i w gustownej białej koszuli, czarująco uśmiechającego się do pani dziennikarki podczas wywiadu. Trudno dokładnie opisać rozmiar przemiany, którą przeszedł, ale świadczy to też o jego ogromnym talencie, jako aktor od lat grający na najbardziej prestiżowych scenach teatralnych w swojej rodzinnej Algierii. Film zaś, pomimo lekkiej formy, był zadziwiająco wciągający, a postacie świetnie zagrane.

Cdn.

Miłka Stępień

 Dokument bez tytułu