Kto po ojcu?

afryka.org Kultura Film Kto po ojcu?

Rok temu umarł król. Ousmane Sembene, nazywany ojcem kina afrykańskiego. W Polsce ten fakt przeszedł chyba jednak niezauważenie, ale zamierzamy o tym przypomnieć organizując przegląd wybranych filmów z jego twórczości podczas kwietniowej AfryKamery. Poza znanym już w Polsce „Moolaade” pokażemy inne ważne jego obrazy, jak „Camp du Thiaroye” czy „Guelwaar”.

Po mistrzu pozostała wielka pustka, którą nie wiadomo kim zapełnić. Na dzisiaj nie wiadomo, czy jakikolwiek inny reżyser przejmie rolę Sembene.

Grono reżyserów, które inspiruje i wyznacza nurty, jest w Afryce dosyć wąskie. Należy do tej grupy zapewne pochodzący z Burkina Faso Idrissou Ouedraogo, jedyny zdobywca Głównej Nagrody Jury w Cannes w historii kina afrykańskiego (za obraz „Tilai” w 1990 roku), choć najlepszym obrazem w twórczości Ouedraogo jest subiektywnie rzecz biorąc „Yaaba” (1989). Reżyser ten jednak od dawna nie tworzy znaczących filmów, a ostatni jego zauważalny wyczyn reżyserski to przekomiczna etiuda o poszukiwaniu Osamy w ramach „11'09'01”.

Największe nadzieje pokłada się w jednym twórcy średniego pokolenia oraz dwóch młodego. Najbardziej zauważalne osiągnięcia ma obecnie Mauretańczyk Abderrahmane Sissako, który obecnie dzierży tytuł „największego” twórcy z Afryki. Podobnie jak Sembene nauki jako reżyser pobierał w Związku Radzieckim, stąd też wielce zauważalna jest tamtejsza estetyka, jednakże z każdym kolejnym filmem czuje się, jak jego obrazy nasiąkają czymś specyficznym i lokalnym. Obrazy „Życie na ziemi” i „Czekając na szczęście” to wspaniałe symboliczne pejzaże, które stały się wizytówką Sissako. Jego najnowszy obraz „Bamako” to z kolei eksperymentalny atak na światowy porządek polityczno-gospodarczy. Twórca przesiąknięty potrzebą wyszukiwania symboliki w obrazach nie dla wszystkich jest przystępny, ale dotychczasowe osiągnięcia pozwoliły mu zdobyć status „jednego z wielkich” współczesnego kina. Jakby dowodem tego jest udział reżysera w projekcie „8”, gdzie współpracuje u boku takich twórców, jak Wim Wenders, Gus van Sant, Gaspar Noe czy Mira Nair.

Kolejną zasługą Sissako jest jego udział w odkrywaniu talentów w Afryce. Dzięki niemu powstał film pełnometrażowy Sudańczyka Mahamet-Saleh Harouna pod tytułem „Abouna”, który pozwolił temu twórcy zaistnieć na świecie (film dystrybuowany był m.in. w Polsce przez SPInka). Drugi obraz „Daratt” („Susza”) zdobywał już szereg nagród m.in. w Wenecji i w Ouagadougu i pokazuje olbrzymi potencjał Harouna. Obraz w sposób prosty, ale daleki od banalności, opowiada o zemście i przebaczeniu w kontekście życia po zakończonej wojnie domowej. Porusza te kwestie dużo lepiej niż Południowoafrykańczycy próbujący opowiadać o schedzie po apartheidzie.

Kolejnym odkryciem jest Malijczyk Salif Traore, niegdyś asystent Souleymane Cisse, a później własnie Abderrahmane Sissako. Zeszłoroczny debiut Traore „Faro, bogini wód” („Faro, la reine de eaux”) pokazywano w Cannes, gdzie zbierał znakomite recenzje i szybko wpadł w obieg festiwalowy. Tematycznie silnie osadzony w nurcie „village cinema” realizowanym przez twórców jak Ouedraogo, Cisse czy Dani Kouyate, jest dużo lepiej przystosowany do oczekiwań europejskich odbiorców. Historia względnie prosta jest wspaniale zagrana przez umiejętnie poprowadzonych naturszczyków, a pod względem zdjęć i muzyki należy do czołówki afrykańskiego kina. Reżyser wciąż jeszcze chyba nie odkrył własnego głosu i wyraźnie inspiruje się nurtem zdawałoby się już odchodzącym w zapomnienie. Tym niemniej warto bacznie się przyglądać kolejnym jego obrazom.

Przemek Stępień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

 Dokument bez tytułu