Koniec Francji w Afryce Zachodniej? (2)

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Koniec Francji w Afryce Zachodniej? (2)

Kiedy w styczniu 2008 roku prezes Arevy Anne Lauvergeon i Mamadou Tandja uroczyście podpisali w Niamey umowę na czterdziestoletnią ekspolatację największej w Afryce i drugiej na świecie kopalni uranu w Imouraren, wydawało się, że wszystko będzie po staremu i nic w najbliższym czasie nie zagrozi pozycji Francji w jej byłej kolonii. Tymczasem, w połowie kwietnia zdarzyła się rzecz świadcząca o tendencji wręcz odwrotnej.

Gruchnęła wiadomość, że jedną z pozostałych pięciu koncesji, które rząd Nigru ustnie obiecał Arevie, otrzymała konkurencja. Areva zaczęła więc chyba powoli rozumieć, że będzie jej coraz trudniej utrzymać pozycję monopolisty wobec rosnącej aktywności firm z Chin, Kanady, Republiki Południowej Afryki i innych krajów zainteresowanych uranem. A o tym, że nie chodzi tutaj tylko o zwykłą na wolnym rynku konkurencję niech świadczy fakt, że ambasador RPA, która nie miała do tej pory swojej reprezentacji w Nigrze, w wielkim pośpiechu przygotowuje się do rozpoczęcia urzędowania, a 11 maja, podczas organizowanego przez Hiszpanię Spotkania Kobiet Afrykańskich, wicepremier María Teresa Fernández de la Vega uroczyście otworzy ambasadę królestwa w Niamey.

Drugie symptomatyczne wydarzenie miało miejsce dwa miesiące wcześniej w Kapsztadzie, kiedy prezydent Nicolas Sarkozy niespodziewanie ogłosił podczas swojej oficjalnej wizyty w RPA, że “Francja nie ma zamiaru bezterminowo utrzymywać swoich sił zbrojnych w Afryce”. I chociaż nikt nie spodziewa się, że natychmiast znikną francuskie bazy wojskowe w takich strategicznych punktach, jak Dakar, Libreville, czy Dżibuti – Francja jako jedyny kraj pozafrykański utrzymujący nieprzerwanie od lat 60-tych swoje oddziały w Afryce (amerykańska baza w Dżibuti istnieje od niedawna) jest, mimo wszystko, ważnym czynnikiem stabilizacji kontynentu – to coraz szybsze zmniejszanie się francuskiej dominacji ekonomicznej i militarnej w Afryce jest faktem. Kto i w jaki sposób zajmuje miejsce Francji?

Zmiana układu sił

Kraje afrykańskie powoli stają się jednym z ważniejszych partnerów strategicznych Stanów Zjednoczonych, które od kilku już lat sprowadzają więcej ropy naftowej z Afryki, głównie z Nigerii i Angoli, niż z Środkowego Wschodu. Rząd USA interesuje się również uranem, jednak bardziej niż na zdobyciu koncesji zależy mu na kontroli listy odbiorców tego surowca. Chcąc mieć pewność, że nie dostanie się on w ręce Irańczyków, Hindusów czy Pakistańczyków, jest gotowy nawet na wspieranie monopolu Francji na wydobycie uranu w Nigrze.

Paryż i Waszyngton mają również wspólne interesy w polityce bezpieczeństwa, szczególnie po zamachach z 11 września. Amerykańskie służby wywiadowcze bardzo uważnie przyglądają się krajom strefy Sahelu w przekonaniu, że łatwo mogą stać się świetną kryjówką dla organizacji powiązanych z al Kaidą, jak algierska Baqmi, która – według informacji francuskiego wywiadu – prowadzi szkolenia wojskowe na pustyni, skupiając około 400 uzbrojonych ludzi w kwaterze głównej w Algierii, oraz 100 kursujących nieustannie między Mauretanią, Mali i Nigrem. Po wybuchu rebelii na północy Mali i Nigru sytuacja staje się poważniejsza, ponieważ istnieje ryzyko, że ukształtuje się trwały sojusz między Baqmi a Tuaregami, którzy tradycyjnie, nie zważając na granice państwowe, zajmują się handlem transsaharyjskim, obecnie coraz częściej przybierającym formę przemytu narkotyków, broni, paliwa i nielegalnych emigrantów z Czarnej Afryki.

Waszyngton prowadzi więc szeroko zakrojoną politykę mającą na celu zapewnienie bezpieczeństwa i stabilizacji w Zachodniej Afryce. Z jednej strony, amerykańscy woluntariusze Peace Corps, bardzo liczni w całym regionie (Burkina Faso – 91 osób, Mauretania – 110, Gambia – 122, Niger – 127, Mali – 147, Senegal – 177), zajmują się edukacją i wspieraniem rozwoju społeczności wiejskich, ale też – mieszkając dwa lata w wioskach i miasteczkach oddalonych często o dziesiątki lub setki kilometrów od większych centrów administracyjnych – są źródłem bezcennych informacji na temat lokalnych stosunków oraz ryzyka powstania ruchów mogących zagrozić stabilizacji w regionie. Z drugiej strony, Pentagon podejmuje inicjatywy militarne stawiające sobie za cel utrzymanie politycznego status quo. Po pierwsze, szkoli na potęgę i dostarcza wsparcie logistyczne armiom Mali i Mauretanii walczącym z buntownikami i organizacjami oskarżanymi o działalność terrorystyczną. Po drugie, myśli długofalowo o amerykańskiej obecności militarnej na kontynencie, co pokazuje stworzenie w lutym zeszłego roku dowództwa amerykańskiej armii do spraw Afryki, Africa Command (Africom). Kwatera główna Africom mieści się teraz w Sztutgarcie, ale Amerykanie zabiegają o przeniesienie jej do jednego z krajów afrykańskich, mimo sprzeciwu regionalnych mocarstw Nigerii i RPA. To zagadnienie było jednym z głównych przedmiotów wizyty w kilku krajach kontynentu zastępcy sekretarza stanu USA Johna Negroponte w listopadzie 2007 roku i prezydenta George’a Busha w lutym bieżącego roku.

Wydawać by się mogło, że amerykańska polityka nie zagraża bezpośrednio francuskim interesom w Afryce, a nawet w wielu punktach jest z nimi zgodna, ale w rzeczywistości prowadzi ona do umocnienia pozycji USA na tym kontynencie i wyłonienia się siły zdolnej konkurować z Francją w jej tradycyjnej strefie wpływów. Istnieje jednak jeszcze jeden rywal, zdecydowanie bardziej niebezpieczny, którego niepohamowany apetyt na surowce naturalne sprawia, że Afryka leży w samym centrum jego polityki energetycznej. Chodzi, oczywiście, o Chińską Republikę Ludową, której obywateli na Czarnym Lądzie mieszka już około 150 000 i liczba ta stale rośnie. Chińskie firmy zbudowały wszystkie instalacje na ogromnych polach naftowych w El-Muglad na południu Sudanu i rurociąg łączący je z Port Sudan nad Morzem Czerwonym, oraz skupują ponad połowę wydobycia ropy w tym kraju i prawie jedną trzecią w Angoli. Odkąd zamknięto ostatnie chińskie kopalnie uranu w prowincji Hebei, Pekin interesuje się również koncesjami na wydobycie tego surowca w Nigrze. I będzie o nie zabiegał coraz intensywniej, skoro niedawno ogłosił, że do 2020 roku zamierza wybudować 40 nowych elektrowni atomowych. Chiny sprowadzają także surowce z innych krajów i szukają nowych rynków zbytu dla swoich produktów, najczęściej tych najniższej jakości, praktycznie na całym kontynencie. W zamian, udzielają afrykańskim rządom tanich kredytów bez pytania o cel, na jaki te pieniądze będą przeznaczone, budują drogi i mosty, dostarczają specjalistów, sprzedają, wbrew międzynarodowym zakazom, broń do Sudanu i Zimbabwe oraz blokują w Radzie Bezpieczeństwa ONZ próby nałożenia embarga na zbrodniczy reżim w Chartumie. Przymykają także oko na pewne elementy polityki zagranicznej swoich afrykańskich partnerów handlowych, które nikomu w innych częściach świata nie uchodzą na sucho – są w świetnych układach z Czadem, który oficjalnie uznaje Republikę Chińską na Tajwanie. Głośno przy tym podkreślają, że ich polityka w Afryce jest obustronnie korzystna, respektuje suwerenność poszczególnych krajów i nie ma nic wspólnego z aroganckim neokolonializmem europejskim i półocnoamerykańskim.

Jak więc widać, Francja nie odgrywa tej roli w Afryce Zachodniej, której jeszcze 20 lat temu nikt nie odważyłby się zakwestionować. Od dłuższego już czasu czuje na plecach oddech dwóch wielkich rywali – Stanów Zjednoczonych i Chin, a także mniejszych potęg, które – jak Japonia, Kanada, Niemcy, Hiszpania i RPA – próbują coś ugrać na zamieszaniu wynikającym z postępujących zmian w układzie sił. Wydaje się, że główni zainteresowani rozwojem wydarzeń, czyli rządy afrykańskie, też mogą wiele zyskać w tej grze, skoro wraz ze wzrostem liczby współzawodników łatwiej będzie im uzyskać lepszą pozycję negocjacyjną. O końcu neokolonializmu nie ma jednak w najbliższym czasie co marzyć.

Michał Świetlik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu