Jerusalema, czyli Scorsese w Afryce…

afryka.org Kultura Film Jerusalema, czyli Scorsese w Afryce…

Ralph Ziman to złote dziecko południowoafrykańskiego przemysłu filmowego. Chwytając za kamerę jako osiemnastolatek, już w wieku 22 lat wyemigrował do Wielkiej Brytanii, gdzie rozchwytywany zaczął pracować nad teledyskami. Galeria sław, która przewinęła się przed kamerą Zimana jest imponująca: Faith No More (w tym sławny „Epic”), Michael Jackson, Rod Stewart, Ozzy Osbourne, Iron Maiden czy Toni Braxton. Jest więc w pełni akcjonariuszem pokolenia MTV.

Dorobek pełnometrażowy ma dosyć skromny, ale tu w pełni znajduje się potwierdzenie, że jakość i ilość nie chodzą parami. Debiut z 1996 roku to powrót reżysera do RPA i realizacja filmu na bazie własnego scenariuszu o nazwie „Heart and minds”. Film pozostał w dużej mierze niezauważony zarówno w RPA, jak i na Zachodzie, pomimo tego, że to jeden z najmocniejszych obrazów lat 90-tych z Afryki, odważnie rysujący obraz kraju wkraczający powoli w logikę permanentnej wojny domowej, bez zbędnego romantyzmu czy „samo poklepywania” siebie po plecach. Realizując osobisty obraz za własne pieniądze zaznaczył jednak swoją obecność wśród wąskiego kręgu krytyków (magazyn „Variety” pisała o „wielkim dziele”), tym samym stał się jednym z tzw. obiecujących twórców. Na drugi obraz Zimana przyszło czekać ponad 5 lat, kiedy ukazał się jego kolejny obraz „The Zookeeper”, m.in. z Samem Neillem, w Polsce dystrybuowany pod nazwą „Opiekun”. W „Opiekunie” Ziman przenosi się z akcją do naszej części Europy, gdzie eks-komunista uciekając przed wojną domową, kończy jako opiekun zwierząt w miejskim zoo. Obraz został mniej entuzjastycznie przyjęty, niż debiut, w szczególności w naszym regionie Europy, przekonując autora filmu, że być może lepiej skupić się na znanych mu regionach świata.

Trzeci film Zimana „Jerusalema” miała swoją premierę na tegorocznym Berlinale i był jednym z jasnych punktów inaczej dosyć bezbarwnego festiwalu. Nie wszyscy krytycy rozpływali się w zachwytach nad filmem, ale niewątpliwie obraz wprowadził nowego ducha do południowoafrykańskiego przemysłu kinematograficznego, tak skupionego na kwestii rasy i pojednania, że zapomina o bieżących problemach kraju, czy nawet o zwykłej rozrywce, czy eksploracji artystycznej. A tym bardziej o połączeniu jednego z drugim.

W przepełnionej przemocą i brakiem perspektyw Południowej Afryce jedyną szansą na szybki dorobek jest życie przestępcze. Zwykły pracownik stacji benzynowej w Soweto, Lucky Kunene, pragnie prostych rzeczy: dom z powszechnym dostępem do wody, piękna żona i BMW. Tankując paliwo nie ma szans na realizację swoich marzeń, a próba dostania się na studia kończy się porażką. Zdesperowany materialnym pożądaniem dóbr decyduje się na przyspieszenie swojego awansu społecznego i oddaje się wraz z kolegą Zakes lukratywnemu zawodowi złodzieja samochodów. Sukces szkodzi jednak w tym interesie i zmuszeni do ucieczki osiedlają się w slumsach Hillbrow.

Lucky i Zakes trafiają do mieszkania z prostytutkami, narkomanami i nielegalnymi imigrantami. Spragniony pieniędzy Lucky wpada na pomysł prowadzenia ciemnych interesów w nieruchomościach. Robiąc zrzutkę ze współmieszkańcami otwierają agencję nieruchomości, która w dużej mierze dzięki brutalnym metodom perswazji staje się wielkim sukcesem. Lucky odnalazł swoją żyłę złota i wkrótce staje się wielkim bossem podziemia…

Tymczasem miejscowy detektyw Blakkie Swart wkracza do Hillbrow celem ujęcia niesławnego już „Gangstera z Hillbrow”, podczas gdy szef nigeryjskiej mafii Tony Nyu próbuje przejąć władzę nad miastem. Gangi przestępcze i policjant zmierzają do ostatecznego pojedynku. Niechybnie Lucky i Zakes znajdą się w samym środku wojny…

Ralph Ziman ze swoim ugruntowanym już dorobkiem w branży muzycznej pozwolił sobie na mały eksperyment. W pewnym sensie reżyser nie dokonał niczego nowego, tylko żywcem czerpiąc inspiracje z filmów gangsterskich z Hong Kongu, wraz z domieszką Quentina Tarantino. Martina Scorsese i Johna Woo zrealizował porządny, a zarazem wciągający film akcji z subtelną domieszką humoru.

Aktorzy to praktycznie sami naturszczycy, ale można też rozpoznać parę znajomych twarzy z obrazów, jak „Krwawy diament” czy „Tsotsi”. Jakość gry aktorskiej jest znakomita, podobnie, jak praca kamer czy muzyka. Zgodnie z wszystkimi współczesnymi standardami tego rodzaju kina. Sama jednak lokalizacja akcji – odmienność otoczenia, kultury i bohaterów – powoduje, że produkt teoretycznie znany i zużyty staje się świeży, wręcz odkrywczy.

Nawet jeśli nie uznamy filmu za wielkie osiągnięcie jednego nie można mu odmówić: wspaniałej budowy napięcia w epickim wręcz obrazie, który śmiało może pretendować do miana odpowiedzi RPA na takie filmy, jak „Hardboiled” z Hong Kongu czy amerykańskie „Infiltracja”. Istnieje duża szansa, że z powodu wysokich walorów mainstreamowych filmu prędzej czy później trafi on co najmniej na dystrybucję DVD.

Przemek Stępień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu