Jądro ciemności – o afrykańskim kinie grozy (1)

afryka.org Kultura Film Jądro ciemności – o afrykańskim kinie grozy (1)

Horror afrykański kojarzy się niestety przede wszystkim z wizjami z takich filmów jak „Shooting Dogs” (o wojnie w Rwandzie), dokumentów jak „Koszmar Darwina” (o strasznych ekologicznych, ekonomicznych i społecznych problemach takiego kraju jak Tanzania) czy pokazywanej niedawno na Warszawskim Festiwalu Filmowym produkcji nigeryjskiego reżysera Newtona I. Aduaka „Ezra” (o dzieciach wojny w Sierra Leone). Czyli realistyczne obrazy o okropnościach wojen, biedy i głodu w Afryce.

Film grozy to jednak całkiem inny nurt – horror jako forma sztuki kinematograficznej jest de facto rozrywką opartą na straszeniu wydarzeniami nadnaturalnymi i/lub jakimś niedookreślonym złem. Zło jako kategoria moralna nie zawsze musi być jakimś potworem, a potwór nie zawsze musi być zły, ale kontekst horroru jest dosyć ściśle określony i koniec końców opiera się na elemencie nierealności w konstrukcji świata. W dużej mierze horror definiuje czym jest zło, jako abstrakcja w danym ujęciu kulturowym i społecznym. Słowem kluczowym jest jednak rozrywka. Dobry horror ma przede wszystkim straszyć, a poprzez dawkowanie adrenaliny rozluźniać i bawić.

Z kolei kinematografia afrykańska cierpi ustawicznie na niedobór funduszy i w dużej mierze uzależniona jest od finansowania z publicznych środków np. francuskiego ministerstwa spraw zagranicznych. Stąd raczkujące kino afrykańskie skupia się na problemach społecznych i historycznych, celując często w stronę publiczności festiwalowej świata zachodniego, rzadko kiedy ocierając się o bardziej rozrywkowe, jakim jest niewątpliwie kino grozy. Przykładowym filmem z pogranicza jest przełomowy i zarazem wstrząsający film etiopskiego reżysera Haile Gerima pod tytułem „Sankofa” (1993). Afroamerykański model i tytułowy bohater obrazu zostaje przeniesiony w czasie do epoki niewolnictwa, gdzie jest maltretowany i torturowany przez europejskich handlarzy (trzeba przyznać, że w tym obrazie białym nieźle się dostaje i nic dziwnego, że sam reżyser został oskarżony o rasizm za ten względnie kontrowersyjny obraz). Film ma jednak przede wszystkim wydźwięk historyczny, a jedynie element fantastyczny podróży w czasie nieco na siłę pozwala na przypięcie mu łatki horroru.

Czymś na pograniczu horroru jest niedawny obraz awangardowego kameruńskiego reżysera Jeana Pierre-Bekolo. Film „Les Saignantes” (2006) miał swoją premierę podczas zeszłorocznego Festiwalu Filmowego w Toronto, gdzie z lekka zszokował nieprzygotowanych widzów, spodziewających się kolejnego społecznego obrazu z Afryki. Tymczasem zaserwowano im nakręconą z ręki niskobudżetową pornosatyrę polityczną sci-fi/horror w estetyce MTV. Reakcje na film były dosyć negatywne, ewentualnie z kategorii 'tak zły, że aż dobry'. Z drugiej jednak strony odnosi się wrażenie, że film jest wybitnie 'afrykański' pod względem tematyki i sposobu narracji. O ile w świecie zachodnim został on 'zjechany', w Afryce przyjęto go dosyć entuzjastycznie – otrzymał nawet szereg nagród na najważniejszym afrykańskim festiwalu filmowym FESPACO (zdobył trzy nagrody, podczas gdy zwycięzca Oskara Tsotsi nie otrzymał żadnej). Może to wynikać z tego, że film został nakręcony w konwencji Nollywoodu (patrz niżej) i wyraźnie skierowany był właśnie do publiki afrykańskiej.

Na szczególną wzmiankę zasługuje osobliwy (pokazywany podczas tegorocznego festiwalu AfryKamera) krótki film znanej afrykańskiej feministki i pisarki Tsitsi Dangarembga „Kare Kare Zvako: Mother's Day” (2006). Na pograniczu musicalu, przypowieści i horroru (kanibalizm i zmartwychwstanie, wszystko to przy akompaniamencie śpiewu i muzyki) reżyserka z Zimbabwe krytykuje ślepą i dozgonną wierność afrykańskich żon i matek wobec swoich mężów.

Typowe filmy grozy powstają właściwie tylko w dwóch regionach Afryki, czyli w Nollywoodzie oraz w RPA. Dla niewtajemniczonych Nollywood to ogromny przemysł filmów niskobudżetowych – koszt przeciętnego filmu to $20 000 – powstających głownie w Nigerii i w Ghanie. Rocznie wychodzi kilka tysięcy filmów (średnio ok. 50 w tygodniu) i dzięki tej taśmowej produkcji tytułów Nigeria stała się trzecim największym potentatem filmowym na świecie po Stanach Zjednoczonych i Indiach. Kręcąc filmy skierowane do afrykańskich mas Nollywood osiągnął to, czego "wielcy" reżyserzy kontynentu nie byli w stanie – spowodował, że Afrykanie zaczęli oglądać lokalne produkcje. Sam Nollywood jest obecnie tam, gdzie hinduski przemysł filmowy był z 30 lat temu i powstają głównie filmy kręcone z ręki kamerą cyfrową. I w tym ogromie tanich produkcji jest całkiem pokaźny i niezwykle popularny nurt filmów grozy. Dla tych czytających portal z Anglii zalecam wybranie się do lokalnego sklepu afrykańskiego i dla zaspokojenia własnej ciekawości kupienie pierwszego z brzegu nollywodzkiego horroru. Choć obrazy są estetycznie kiepskie i tandetnie nakręcone, dla miłośników obrazów klasy C i niżej powinna to być nie lada gratka. Przeciętny horror z Nollywoodu jest zresztą de facto komedio-horrorem – reżyserzy znając własne ograniczenia techniczne bawią się konwencją, a dorysowywane cyfrowo kreski, udające efekty specjalne, dodają mu humorystycznej wartości.

Nollywoodzkie horrory mają też jednak dodatkową wartość poznawczą. Europejskie i amerykańskie horrory oraz ich tematyka zdefiniowana jest przez kulturę i tradycję (literatura gotycka, wiara chrześcijańska czy mitologia pogańska). Podobnie japońskie czy koreańskie są w dużej mierze osadzone w miejscowej kulturze i wierze. Europejskie diabły zostają w tych obrazach zastąpione przez złe i niespokojne duchy o długich czarnych włosach i strach ma tam wyraźnie inne oczy. Przy całych niedoróbkach technicznych i scenariuszowych to właśnie nollywoodzkie horrory są najlepszym sposobem na dogłębniejsze poznawanie tradycyjnej kultury, mitologii i wiary tego regionu Afryki. W pewnym stopniu nollywoodzki horror to jeden z najoryginalniejszych wkładów Afryki w światową kinematografię. W szczególności w Ghanie horror ma dosyć długą tradycję teatralną i stąd też pochodzą najbardziej znane filmy tego nurtu (jak film „Abaddon” legendy ghańskiego horroru Richarda Quartey'a, który przypadkowo obejrzałem podczas wizyty w Londynie). Nollywoodzki film grozy pełen jest czarownic, czarowników juju (odpowiedników naszych "szalonych naukowców" i wampirów; w ramach ciekawostki dodam, że większość ghanijskich obrazów pokazuje plemię Ewe, dyskryminowanych w tym kraju jako odmieńcy, w roli złych czarowników), kanibali z pobliskiej wioski, duchów abiku (patrzcie też znakomita książka Ben Okri'ego „Droga bez dna”), rozzłoszczonych bogów czy – co ciekawe i wielce wymowne – lubujących się w rytualnym morderstwie bogatych biznesmenów. Wielce ciekawa jest też obserwacja, że o ile w frankofońskiej Afryce reżyserzy traktują tradycję i życie w wiosce z pewną czcią, nollywoodzkie horrory ukazują starą wiarę i poglądy jako źródło zła, a prostych wieśniaków jako pożeraczy ludzkiego mięsa. Nowoczesność staje się w tym kontekście 'dobra', a tradycja jest kojarzona ze złem.

Z drugiej strony kontynentu mamy osobliwość Południowej Afryki, gdzie większość filmów grozy tam powstających jest kierowanych wprost na rynki amerykańskie i europejskie. Zdarzają się wręcz filmy grozy, jak slasher movie pod wymyślnym tytułem „Slash” (2002), gdzie w obrazie w 100% nakręconym w Afryce umiejscawia się akcję w Stanach Zjednoczonych, a południowoafrykańscy aktorzy grają typowych amerykańskich nastol
atków i naśladują teksański akcent. Z rzadka pojawiają się filmy z RPA, których akcja rzeczywiście toczy się w Afryce, jak „Pure Blood” (2000) Kena Kaplana, obraz oparty na całkiem oryginalnym zamyśle, ale niestety o tragicznym poziomie realizacji. Jako horror o wampirach ociera się o historię polityczną RPA – tu krwiopijcy okazują się byłą elitą rządzącą krajem, odpowiedzialną za apartheid, a czarne masy zostały zniewolone właśnie jako tanie źródło stałej dostawy krwi. Innym przykładem jest dostępny także w Polsce i całkiem znośny obraz „The Bone Snatcher” (Porywacz kości) (2002). Akcja toczy się na niezwykle klimatycznych pustyniach Namibii, gdzie zmiennokształtny stwór z legend miejscowych o nazwie Esikhulu – będący w istocie kolektywem inteligentnych mrówek pożerających wszystko, co się rusza – morduje przypadkowych turystów (amerykańskich oczywiście). Brzmi pasjonująco, prawda?

Cdn. 

Przemysław Stępień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

 Dokument bez tytułu