Ewa z Zanzibaru: Pieniądze braci, kuzynów i ojców

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Ewa z Zanzibaru: Pieniądze braci, kuzynów i ojców

W maju ubiegłego roku inwestorzy powiedzieli tak. Zaproponowali Hasbendowi pensję w zamian za doglądanie Projektu. Pensja pokrywa wynajem domu – tysiąc baksów za miesiąc – i utrzymanie jednego auta. Dom wynajmujemy od bogatego Zanzibarczyka, który na stałe mieszka w Anglii. Jest nim pan Nasser. Ani ja, ani Hasbend nigdy go nie widzieliśmy. W razie kłopotów, na przykład, gdy trzeba zamówić porządnego fundi bomba, czyli hydraulika, bo zepsuła się pompa do wody albo przeciekają – nie działają – spłuczki w toaletach, co jest notorycznym i powszechnym zjawiskiem na Zanzibarze – spotykamy się z zarządcą domu, panem Karamą, gładkim i eleganckim człowiekiem, władającym biegle angielskim.

Kilka ładnych, europejskich domów wyrosło w Mbweni za pieniądze braci, kuzynów i ojców pracujących za granicą, którzy wybudowawszy wille i wyznaczywszy opiekunów majątku, tłoczą się w londyńskim Brixton, gotują w maleńkich, zimnych kuchniach pilau (ryż z przyprawami), pracują bóg wie gdzie i tęsknią do świeżych kokosów – za nic w świecie nie chcąc jednak wrócić do domu.

Często są potomkami możnowładców omańskich, których wykurzyła z Zanzibaru rewolucja w 1964 roku. Albo zanzibarskimi Hindusami z linią życia (przodków) tak zawiłą, jak zawiłe są relacje między indyjskimi bóstwami, szczególnie dla Europejczyka z Mazowsza sprzed półwiecza, co to nosa poza miedzę i wierzbę płaczącą nie wyściubił, bo jego życie i życie jego dziadów sprowadzało się do piędzi ziemi, na której stoi święta figurka Matki Boskiej Zielnej z Dzieciątkiem (lub bez) w cieniu akacji lub samotnego dębu.

Mogą też być garstką szczęściarzy (dnia dzisiejszego), do niedawna posiadaczy zgrabnego kawałka plaży odsprzedanego za parę setek dolarów białym rękom Wazungu (szczęściarzom dnia jutrzejszego). Za garść dolarów kupili bilet lotniczy i w zachodnich stolicach Europy plują sobie w przerzedzone, muzułmańskie brody, że stracili wielką szansę na długotrwały dobrobyt swoich dzieci. Wystarczyła odrobina czasu, żeby ich ojcowizna zyskała na wartości nie dziesięciokrotnie, nie stukrotnie, ale tysiąckrotnie. Prawdziwa twarz biznesu rzadko bywa miłosierna i sprawiedliwa.

*
Obecnie każdej większej transakcji między tuziemcami a ludźmi o różnych kolorach skóry posiadającymi kapitał, powinno towarzyszyć zaspokojenie potrzeb wioski (lub społeczności), do których zalicza się wybudowanie i wyposażenie szkoły, przychodni lekarskiej, meczetu. Poza tym w nowo powstających ośrodkach powinno zatrudniać się ludzi z okolicznych wiosek: przyuczać ich, szkolić i kształcić. I od nich kupować ryby, mięso, warzywa. Oraz rękodzieło plus rzemiosło. W rzeczywistości dobro ogólne zależy od rady starszych i od pojemności serca (lub rozumu) kapitalisty. Pieniądze, które (w jakiejś wierze) popłynęły z konta inwestora na cele społeczne, mogą trafić do kieszeni wpływowej rodziny naczelnika i nikt we wsi, poza trzema żonami, dwudziestką dzieci i pięćdziesiątką wnucząt, ich nie zobaczy. Pieniądze mogą nie wypłynąć z konta inwestora, ale za to w postaci gotówki trafić pod stołem do jednego z decydentów w urzędzie przyznającym wszelkie pozwolenia hotelarsko-budowlane. Wtedy nawet najbardziej gospodarny sołtys nic nie wskóra. Chyba, że lokalny mganga (czarodziej) rzuci klątwę i przywoła Popo Bawę, potężnego shetani, który nasika na kamień węgielny powstającego resortu, uruchamiając tym samym lawinę nieszczęść, mającą spaść niebawem na krnąbrnego kapitalistę, szafującego łapówkami zamiast należnym wkupnym. Pieniądze mogą też wypłynąć z konta inwestora, trafić do wielu rąk wioskowej starszyzny (oraz do rąk urzędnika łapówkarza, bo bez niego ani rusz) i jak sól rozpłynąć się w Oceanie Indyjskim, pozostawiając szkołę, przychodnię lub meczet w stanie mirażu spolegliwych europejskich biznesmenów, głęboko zawiedzionych takim obrotem sprawy – jeśli – jeśli upierdliwy nadzorca projektu, jakim jest Hasbend, nie będzie na bieżąco kontrolował kosztorysu, ksiąg rozchodowo – rachunkowych, planu i postępów budowy.

Niniejszym pomijam kwestię kontroli i prowadzenia Projektu, czyli budowy właściwej, jaką jest budowa fajnego hotelu dla podduszonych zamkniętymi i sztucznie wentylowanymi biurami Hiszpanów, Włochów, Anglików, Austriaków i Holendrów, spragnionych dwóch tygodni (w roku) wakacji (w raju). Powiem tylko, że być może wkrótce zasadzimy pierwszą cegłę w miękkim, jasnym koralowym piachu najpiękniejszej plaży świata. I ruszy cegła za cegłą. Bungalow za bungalowem. Basen za basenem. Inszallach.

madrugada ew

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu