Ewa z Zanzibaru: Codzienności bieżące

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Ewa z Zanzibaru: Codzienności bieżące

Fakt przybrania na wadze słusznie łączę z wysokim poziomem poczucia bezpieczeństwa i niemal ciągłej szczęśliwości na wyspie.

*

Ze spraw bieżących: odchudzam się.

Dzięki chrupiącemu, tłustemu czapati i obiadokolacjom późnymi wieczorami, jak również dzięki czipsom i orzeszkom, przytyłam parę kilo. Początkowo sądziłam, że to zwyczajna upalna opuchlizna, ale nie – w Serengeti i w Mwanzie, gdzie było chłodno (tylko wieczorami rzecz jasna), a my byliśmy na wspaniałych wakacjach – zobaczyłam, że mój brzuch, uda i ramiona pokrywają fałdy tłuszczu. Bez opuchlizny. Oczywiście fakt przybrania na wadze słusznie łączę z wysokim poziomem poczucia bezpieczeństwa i niemal ciągłej szczęśliwości na wyspie. Poza tym emigracja (zmiana nawyków żywieniowych, zmiana klimatu, zmiana czynności ruchowych itp.) w wielu przypadkach powoduje niekontrolowane przybieranie na wadze.

Ze spraw bieżących: zapuszczam włosy.

Przechodzę powoli i żmudnie czas ohydy ich odrastania. Trwa to już miesiąc i mam nadzieję, że nie spocznę i nie poddam się nożycom mojego hinduskiego fryzjera. Za rok – dredy. Śliczne, równiutkie blond rurki, które obiecała mi Gosia, afrykanistka z Nungwi o delikatnych i drobnych palcach i wielkiej wprawie w dredów kręceniu.

Ze spraw bieżących: jutro Sylwester (jedziemy do Nungwi) i dziś zamierzam zrobić tradycyjną, polską sałatkę. Aktualnie gotuję jaja i warzywa. Oddzielnie. Może nawet wyręczę Hasbenda (domowego cukiernika) i upiekę kruche ciasto ze śliwkami, jabłkami i migdałami.

Ze spraw bieżących (kategoria: HIT): Lola Obama jest w ciąży!

(Lola Obama to nasza kotka znaleziona w dniu wyboru Obamy na prezydenta USA).

Na początku wakacji, czyli tuż po Mikołajkach, pojechałam z Kajtkiem wypocząć do Nungwi. Lola była wtedy zwyczajnym, młodym kotem w emocjonalno-mentalnym stanie równającym się nastoletniemu. Po trzech dniach wróciliśmy do Stone Town i zastaliśmy Lolę w stanie żądzy, rui, chuci i seksualnej gorączki. Lola wypinała w górę tyłek, pragnęła pieszczot od każdego z nas na raz i po kolei – bynajmniej nie wiedząc, co się z nią dzieje. Co za cholera z tego weterynarza (fatalnie wyedukowanego w Słowacji) – klęłam – mówił, że na sterylizację Loli możemy poczekać do lutego! Że jeszcze jest czas! Do licha, nie wiedział, że w tropikach wszystko i wszyscy dojrzewają tak wcześnie, jak szybko!? Byliśmy bezradni wobez Loli Obamy – głaskaliśmy ją (po grzbiecie i za uszami), pozwaliliśmy spać w domu, współczuliśmy, ale to nie o to jej chodziło. Aż wreszcie znalazł się Lolowy wybawca, którego gromko przeganiałam precz, ale w noc poprzedzającą nasz wyjazd na wakacje do Serengeti, obudził mnie przeciągły miauk Lolinej rozkoszy. Wykopulowała sobie ciążę. Początkowo łudziłam się, że może koty – jak kobiety – nie zawsze zachodzą. Łudziłam się też, że może źle zinterpretowałam miauk. Ale Salama od początku wiedziała to, co ja: Lola Obama, nasza mała trzynastka (dziecko jeszcze!), jest w ciąży. Z tym, że Salama wiedziała więcej (nie wiem, skąd) – powiedziała mi, że Lola ma w brzuchu trójkę dzieci. Teraz Lola ma wilczy apetyt. I pije dużo mleka (krowiego). Ciąża kotek trwa 63 dni. Urodzi więc pewnie za półtora miesiąca. Czy ktoś chce małego kotka?

Ze spraw bieżących: bilans kotów waha się i utrzymuje w afrykańskiej równowadze. tydzień temu wyszedł z domu i nie wrócił Szczurek Edek, nasz drugi przygarnięty kotek. Zaginął. Przepadł. Smutno: gdzie on biedaczek się błąka po świecie. Co je? Gdzie śpi? Do kogo się tuli?

Ze spraw bieżących: mamy gościa.

Znienacka przyjechała przyjaciółka przyjaciela, czyli Kasia od Adama. Dziewczę odważne – rok temu spędziła 4 miesiące w Kongo, tym mniejszym, pracując dla endżiosów i przez cały ten czas ani razu nie zobaczyła białego człowieka. Wraz z Adamem zjechała pół świata: od Afganistanu przez Laos po Papuę. Podróżuje wyśmienicie (jak przystało anarchizującemu wrażliwcowi): dociera do lokalnych społeczności, nocuje u ludzi w domach, je razem z nimi – albo karmi się street foodem, wchodzi w głębokie relacje, pomaga, robi wywiady (interesuje ją polityka, obyczajówka, poziom życia, sposoby pozasystemowych aktywności, kółka samopomocowe). Teraz przyjechała na wakcje do Tanzanii. I mówi, że nie wyobraża sobie powrotu na Północ, do zimna, ciemna, ponura i – co najgorsze – do biurka z kompem. Siedziałyśmy wczoraj do późna w lokalnym barze, piłyśmy piwo i tani koniak, paliłyśmy tytoń, opędzałyśmy się od rasta żigolaków grających uroczo w bilard nieopodal, patrzyłyśmy na podekscytowanych turystów, których w mrok lokalnego rege baru przyprowadzili sowicie opłacani przewodnicy.

“My wszyscy – Kasia wskazuje na mnie, Hasbenda, adama i siebie, a ja potakuję intensywnie – należymy do plemienia, które rozsmakowało się w Global South. Rozpieśiły nas podróże w ciepłe i dobre kraje trzeciego świata. Nie ma już dla nas (łatwego) powrotu w schludny margines zręcznie okrojonej, cybernetycznej rzeczywistości. Nasze plemienne inicjacje wyekspediowały nasze ciała daleko od domu. W nowy, wspaniały świat. Żywy, kolorowy, zatłoczony. Ludzki.”

Ze spraw bieżących: księżyc powrócił z nowiu.

Przypływ oceanu jest po południu (pływamy na mksa). Oraz na wściekle czerwono kwitną wszystkie FLAME TREES w całej naszej Afryce. Flame Trees to takie akacje, których nazwę z tabliczki pod drzewem odczytaliśmy z Kajtkiem już we wrześniu, w parczku przy Mbweni Ruins. Nie mieliśmy jednak pomysłu, dlaczego ta akurat akacja jest flame – płomienna. Na początku grudnia geneza nazwy stała się jasna – kwiaty Flame Tree płoną żywym ogniem. Ponadto – w parczku przy Mbweni Ruins odnaleźliśmy smakowicie owocujące drzewko morwowe. A także akację Elephant Ear, drzewo chlebowe, Travellers Palm, Poison Fish Tree o bladoróżowych płatkach w kształcie cieniuteńkich pręcików i Red Sandawood Tree, które gubi (a ja zbieram) perliście czerwone nasionka – gotowe korale na naszyjnik.

Ze spraw bieżących: mogłam siedzieć i pisać, bo synek Kajtek biega dookoła domu z dziećmi Ismaila i Salamy: Abu, Asią i Mu, bawiąc się w najlepsze i wyśpiewując (doskonale wiedząc, co śpiewa): I wish you a merry Xmass, I wish you a merry Xmass, I wish you a merry Xmass AND HAPPY NEW EARS!

*

Kochani, w związku z powyższym życzymy Wam wszystkim jak najszczęsliwszych nowych uszu w nowym, 2009, roku!!! Afrykańskim i polskim! Globalnie południowo – północnym!

Ps.

Nam życzcie pomyślnego porodu Loli Obamy. I dużo twórczości. Z miłości. I do miłości.

Ps.

Osobiście dziś mocno – ale czasami tak po prostu wychodzi. Pozdrawiamy,

Madru Ew.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu