Czytelnia: “Sudan”

afryka.org Kultura Książki Czytelnia: „Sudan”

Afrykańska trawa ma ostre źdźbła. Wygląda zwyczajnie. Ale te trawy to dom, schronienie przed słońcem, poduszka i koc. W tych trawach biegło ich życie i tam się kończyło. W czasie, kiedy część sióstr karmiła dzieci i dorosłych, inne mniszki wyszukiwały tych, którzy do miasta nie zdołali dotrzeć. Szukały ich legowisk w buszu, które były jak kryjówki zwierząt. Odnajdowały istoty pogrążone w letargu lub w agonii. Potem trzeba było ciało zawinąć w koc i zanieść do lekarza. Zwykle do prywatnych lekarzy, bo rząd islamistów nikogo tu nie przysłał. Jedynie UNICEF, trochę organizacji pozarządowych oraz Kościół pomagali wygaszać kataklizm.

Znalezieni długo leżeli w kocach zanim zostali zbadani. Były ich setki, a lekarzy tylko kilku. Zakonnice pochylały się i sprawdzały, czy szkielet jeszcze żyje. Mierzyły tętno, starały się wyczuć oddech. Jeśli żył, wtedy wołały doktora, oni musieli być dla żywych. Czasami odchodziły myśląc, że ktoś umarł, a potem ten ktoś się budził i otwierał oczy albo poruszał dłonią. Śmierć była niejednoznaczna. Trudna do uchwycenia granica, to przejście z istoty żywej do trupa.
Układano ich wszędzie. Na werandach, na piasku, a nawet w trawach, z których wyszli. Później dostawiali kroplówki. Wieszano je na oknach, drzewach, gdziekolwiek się dało. Dzielnice Wau porosły lasy plastikowych butelek, które lśniły jak srebrzyste owoce.

***
Przez okrągłe okienka widać tylko wodę. Płynę drugą klasą, pod pokładem. Miejsce w sam raz dla biedaków i szczurów – gdyby tu były. Nie ma żadnych owadów, chrząszczy, muszek. Nic nie fruwa, nie gryzie. Nawet żal mi tego braku życia. Wszystko zajęte przez ludzi, każdy centymetr kwadratowy pokładu, każda najmniejsza plama cienia.

Druga klasa ma plastikowe ławki, podobne do tych w polskich pociągach podmiejskich, z wąskimi i ciasnymi półkami na bagaż. Każdemu przysługuje niespełna trzydzieści centymetrów pod sufitem. Ktoś z obsługi statku robi obchód, krzyczy, żeby nic nie leżało na podłodze. Odpowiada mu cisza albo raczej bezruch i niemoc, bo gdzie mają spocząć tysiące paczek z pilotami do telewizorów, herbatnikami, czarnymi chińskimi kapciami, klapkami, przeciwsłonecznymi okularami, kocami z wyhaftowanym psem Pluto i innymi bohaterami kreskówek? Gdzie upchnąć roboty kuchenne, przeżarte kurzem kostki starych komputerów?
– Ludzie wszędzie czegoś do życia potrzebują – mówi Nasir.
Czego najbardziej? Według niego – blendera albo sokowirówki, ale przede wszystkim żywności: soku z mango, guawy, piwa bezalkoholowego. Maleńkie sklepiki Dongoli czy Karimy zapełnią się egipskimi sokami, ciastkami o dacie przydatności do spożycia w nieskończoności, mleczną czekoladą z zamrażarek.
– Migające kolorowe diody na plastikowym pasku, które można przyczepić do samochodu albo nad drzwiami domu, też się dobrze sprzedają – dodaje Nasir.
Wszyscy koledzy Nasira są z Wad Medani, miasta na południe od Chartumu. Setki kilometrów stąd.

Pokład powoli się zapełnia. Statek zaczyna się lepić. Ocieka płynami, jakie wtłaczają w niego mechanicy. Wyciekają smary, oleje, benzyna. Spływają po stopniach, po oknach kabin.
A my czekamy. Najpierw kilka godzin i znów kilka, potem mija dzień, a statek przechyla się coraz bardziej w kierunku nabrzeża. Przez okrągłe okienko widzę dachy ciężarówek. Podjeżdżają jedna za drugą. Tragarze w granatowych drelichowych kurtkach wnoszą szkliste słupy lodu, skrzynki czerwonych pomidorów, śnieżnobiałe ryby, makaron.
Nie wiem, czy byłem kiedyś tak intymnie blisko arabskiej kobiety jak pod pokładem tego statku. Siedzimy kolano w kolano, dłoń w dłoń, pierś w pierś. Patrzę na młodą dziewczynę. Chusta swobodnie ześlizguje się po jej włosach, zatrzymując się na wełnistym koku. Potem dziewczyna ją poprawia – więc patrzę – nasuwa głęboko na czoło i wiąże, ale to nie jest takie sobie zwykłe wiązanie. Każde załamanie musi być na swoim miejscu. Wszystko powoli, delikatnie, bez pośpiechu, bo przecież patrzę. Nie – wszyscy patrzą, patrzy pół pokładu. Nasir nie odrywa oczu. To najbardziej erotyczny sygnał, na jaki może sobie pozwolić kobieta w świecie islamu. Każdym ruchem mówi: „Zobacz, jaka jestem piękna. Nic nie rób, nie możesz, ale patrz”.
W ten zalotny sposób chusty zawiązują wolne dziewczęta. Mężatki, które najczęściej już kilka miesięcy po ślubie są w ciąży, pozwalają sobie co najwyżej na zaciekawione spojrzenia.
Nie tylko Nasir, ale wszyscy chłopcy z Wad Medani cmokają zauroczeni.

Te nasze niespotkania, nierozmowy, nieopowiedziane historie. Ten drzemiący rejs, to towarzyszenie sobie w półśnie, w półjawie, jakbyśmy dryfowali, przemierzali to jedną, to drugą cywilizację. Co nam się śni tej nocy, kiedy leżymy owinięci kocami na pokładzie, w przejściach, na ławkach? Budzę się co chwilę i słucham z otwartymi oczami.

– Znasz ten żart? – ktoś zwraca się do mnie, gdy widzi, że nie śpię. Kręcę głową, że nie znam. Więc opowiada. „Pewnego razu Sudańczyk pyta Egipcjanina, skąd jest. Urodziłem się w Kairze – odpowiada Egipcjanin. W której części? – dopytuje się Sudańczyk. Urodziłem się tam w całości – odpowiada Egipcjanin”.
Ktoś za naszymi plecami wybucha śmiechem zagłuszanym przez szum maszyn.

Dwadzieścia cztery godziny rejsu. Płyniemy, a pod nami spoczywają zalane przez wody Nilu domy, cmentarze, pola uprawne. W oddali wysokie brzegi Wielkiej Tamy Asuańskiej.
– Chcesz, opowiem ci o życiu w Chartumie.
Leżymy na pokładzie, jest majowa noc.
Kiwam głową, że chcę. Zresztą nie mamy nic do roboty, więc on może opowiadać, a ja słuchać. Ma okrągłą głowę, równo przystrzyżoną brodę, a jego angielski jest krystalicznie czysty, bez żadnego akcentu.
– Your true soul and body appear before me. They stand forth out of affairs, out of commerce, shops, work, farms, clothes, the house, buying, selling, eating, drinking, suffering, dying. Whitman!
– Whitman?
– Skończyłem literaturę angielską na uniwersytecie w Omdurmanie. Pracuję w warsztacie. Reperuję skutery, bo dla filologów nie ma pracy w Sudanie. A poszedłem studiować literaturę, bo kocham język Josepha Conrada i Emily Dickinson.
– A życie?
– Mój ojciec ma sklepik w Chartumie. Woził towary z Kairu. Na pokładzie tego statku poznał pewnego Egipcjanina. Przyjaźń to nie byle co. Co można dać najcenniejszego swojemu przyjacielowi…? Siostrę.
Silnik perkocze, jakby był oddzielony od statku i unosiło go coś daleko w te czerwone, surowe skaliste brzegi, które obserwowałem za dnia.

– I tak ja się urodziłem. Jestem pół Egipcjaninem, pół Sudańczykiem, a właściwie pół Egipcjaninem, a reszta to nie wiadomo co. Bo czy jest ktoś taki jak Sudańczyk? – zastanawia się na głos. – Jestem Arabem. Pochodzę z plemienia z północnego Darfuru, ale nie jesteśmy stąd. Przywędrowaliśmy z Nigerii, mówimy językiem hausa. Więc nie wiem, kim jestem w tej połówce. A ty wiesz, kim jesteś?
– Chawadżat – odpowiadam.
– Ja też jestem biały!
– Biały? Chyba tylko dla Nuerów – śmieję się.
Więc zastanawiamy się nad czernią, nad esencją koloru. Ale nie ma w tej naszej rozmowie afirmacji czerni, bo obaj czujemy się biali.
– Egipcjanie są biali, a ludzie Sudanu czarni, zapamiętaj. Niech ci będzie, jestem w połowie czarny. Ty jesteś jak mleko, a ja jak sudańska herbata albo jak Czarna księga!
– Księga?
– W Czarnej księdze napisano, że jesteśmy wielkim narodem, większym niż Amerykanie, Francuzi. Ale to kłamstwa, wszystko brednie i bajki. Jeszcze tego nie wiesz, lecz jedziesz do kraju rządzonego przez największych oszustów i hipokrytów.
s. 10-14

Znaleźć się u schyłku nocy w Chartumie to jakby umrzeć. Wiozą cię przez downtown – taksówki są tutaj żółte, miasto ciche. Naprawdę ciche. Nigdy nie byłem w bezdźwięcznym arabskim mieście. To przecież arabskie miasto, które tylko udaje, że jest kosmopolityczne.
Żarzą się stacje benzynowe, przy których się zatrzymujemy, aby zapytać o drogę. Czuję wilgoć i lepkość wytracające się z tego milczenia i ze słów Welcome to Chartum, słów, które pachną znajomo etyliną 95, ale nic nie znaczą. Jedziemy dalej, bo gdziekolwiek byśmy się zatrzymali, to jest to samo miejsce. Ten sam skwer, ta sama stacja benzynowa, to samo Welcome to Chartum. Wszystkie domy są podobne, pokryte piaskiem, który osiada nie tylko na budynkach, samochodach, ale jest też w powietrzu, nasyca skórę, oczy, serca, języki. Może dlatego arabskie słowa są takie gardłowe I-la aj-nah an-tum za-hi-boon? Dokąd idziemy? Boże, ale dokąd może iść obcy? Donikąd? Obcy zawsze idą donikąd.
Przewiewa nas tylko z miejsca na miejsce i mamy nadzieję, że ktoś spotkany w podróży nas zapamięta. Pewien Anglik, który od roku mieszkał w Chartumie i mniej więcej raz w tygodniu wieczorem szedł do baru przy Central Hotel kupić ćwiartkę kurczaka z limonką, za każdym razem słyszał Welcome to Chartum. Po kilku miesiącach, gdy ten sam sprzedawca powiedział mu znów Welcome to Chartum, zapytał:
– Czy ty mnie naprawdę nie pamiętasz?
– A byłeś tu wcześniej?
– Co najmniej raz w tygodniu coś od ciebie kupuję – odparł Anglik.
Kiedy odwiedził sprzedawcę po kilku dniach, usłyszał znajome Welcome to Chartum.

Moja próba rozróżnienia czegokolwiek w Chartumie, choćby najmniejszych znajomych kształtów, form, spełza na niczym. Byłem w takich afrykańskich aglomeracjach niejeden raz, ale zawsze czuję się zagubiony.

Idę ulicą Al-Jami. Odczuwam pustkę. Migają ławice świateł, wszystkie sklepy są otwarte. Złocą się, srebrzą. To rozgwieżdżone niebo. Otaczają mnie dziesiątki ludzi i czuję lęk, bo jestem nie z tego świata. Poza tym Arabowie wierzą w Boga znacznie skuteczniej niż ja. Mijam sklepy ze złotem, te latarnie morskie arabskich miast. Jest w nich niezliczona ilość pierścionków, naszyjników, wisiorków, kolczyków. Przypłynęły z Bahrajnu, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich i połyskują jak złociste ryby – liny, karasie, orfy. Nie liczy się kunszt zdobnika ani wyszukany wzór. Płaci się za gram. Płaci się za światło. Złoto wylewa się z witryn. To struga ciekłego ognia, który płynie jak rzeka magmy. Otacza okoliczne budynki i sunie pośród ścieków.

Czasami z tych sklepów wychodzą szczęśliwe kobiety. Te, które ktoś pokochał, bo w Sudanie za miłość daje się złoto, dużo złota. Na ich rękach brzęczą ciężkie bransolety, a one idą dumne. Przesuwają się w mroku jak iskry zimnych ogni, rozpryskują wzdłuż ulic, aż zgasną w oddali.
s. 65-66

Co noc patrzę, jak zasypia zmęczony i udręczony upałem Chartum. Miasto, od którego szumi w głowie. Biedne, ale nie nędzne. Niedożywione, ale nie głodne. Zalęknione, ale nie przerażone. Zasypia dziś na weekend. Słucham, jak kierowcy wygaszają silniki minibusów. Tych niestrudzonych żuków toczących swój żywot na Jakson Station. Ileż tam jest pojazdów, ilu ludzi! Ten ruch, te ciągłe zmiany kierunków, nieustanne trąbienie. Komunikacyjny absurd. Ulice pompują niezliczoną ilość pojazdów: ciężarówek, autobusów, motoryksz, taksówek, rowerów, dwukołowych wózków. Jadą w każdym kierunku, w przód i w tył, z prądem i pod prąd. Zmysły na Jakson Station wariują. Nie sposób się domyślić, dokąd udają się setki autobusów i do którego należy wsiąść. W mieszkańcach Chartumu jest ogromny pośpiech, dużo większy niż w Europie.

Tym razem mieszkam w zwykłej lokandzie. W lokandach śpią imigranci, wędrowni sprzedawcy, włóczędzy z całego Sudanu. Tanie noclegownie to w tej chwili najlepszy biznes. Każdy, kto ma niewielkie pomieszczenie, wstawia do niego kilka łóżek i zamienia je w niby-hotel. Wszyscy ciągną do Chartumu do pracy.
W Khalil jest przestronnie. Wspólna toaleta, prysznic. Na lokandę przerobiono ogromne mieszkanie. Budynek pamięta czasy brytyjskiej okupacji. Niestety cała kanalizacja też. Woda jest tylko kilka godzin dziennie. Żyjemy tu wszyscy na kupie. Już przed świtem w łazience stoi kolejka młodych, umięśnionych mężczyzn przygotowujących się do pracy. Potem Khalil pustoszeje. Nocami nikt nie śpi w pokojach, upał nie pozwala zmrużyć oka. Nawet nowe chińskie wiatraki nie mają siły rozruszać nagrzanego powietrza. Więc wynosimy na ulicę, co kto ma – łóżko, materac, koc. Zadaszony skwer przed budynkiem zapełnia się śpiącymi.

Robotnicy kładą się tam, gdzie pracują. Piekarze przed piekarniami, jeszcze przed wschodem słońca ktoś na zielonym dywanie rozłoży ciepłe placki. Na ziemi spoczną dziesiątki paczek arabskiego chleba zapakowanego w torebki foliowe. Inni zasypiają na dachach. Rozmawiają przed snem. Pytają się nawzajem, ile zarobią. Stawka jest ta sama. Tyle, ile Allach uzna za stosowne.
Nocni stróże sprzed butików ze złotem czyszczą broń, ale ci nie zasypiają nigdy. Zasypia mężczyzna, który zaczepił mnie na ulicy i dukał: „Ty żaden problem. Nawet z policją. Ty do mnie dzwoń. Byłem w Niemczech. Przywiozłem stamtąd mercedesa. Miałem kobietę, ale nie chciała w Sudanie mieszkać”.
Noc jest łaskawa, noc jest chłodna. Noc to zdrowie. Daje tyle samo sił co modlitwa.

Na chartumskiej ulicy czuję się bezpiecznie. Bezpieczniej niż w jakimkolwiek innym zaułku w Afryce. Może poza tymi w Mauretanii. A już na pewno bezpieczniej niż na słynnej River Road w Nairobi, która nie daje o sobie zapomnieć, nawet kiedy się ją dawno opuściło.
River Road, jedyna ulica, którą w Kenii zapamiętałem od razu i na której wszyscy podróżujący po Afryce musieli być chociaż raz. Płynie nią rzeka samochodów, drewnianych wózków, tragarzy. Pełna jest gęstego, lepkiego brudu. W malutkich sklepikach sprzedają płyty i kasety. Muzyka nagle wybucha z wystawionych na jezdnię głośników. Przechodzące obok dzieci ulicy przerywają przy nich swoją codzienną wędrówkę po River Road i czasem zaczynają tańczyć. Kołyszą się w jakimś dziwacznym pląsie przy dźwiękach piosenki Céline Dion, Michaela Jacksona albo Madonny. Ubranie każdego dziecka ma taki sam kolor i ten sam fason, jakby to był szkolny mundurek. Bez formy, faktury. Nie jest ani czarne, ani szare, żadnych odcieni, barw, każdy skrawek materiału, każda nitka ma jednolity kolor ulicy. Nocą dzieci kładą się na chodniku na River Road. Układają sobie posłania, nakrywają się kawałkami tektury i gazet. Ten żywy organizm, jakim jest ulica, powoli je trawi, pochłania, aż w końcu stają się niewidoczne.
s. 85-87

Piątkowa pustka jest tu taka sama jak nasza w niedzielne popołudnie. Panuje spokój, jakby nic nie mogło się wydarzyć. Gdyby jednak się coś stało, dowiemy się o tym dopiero następnego dnia. W piątek w Omdurmanie wszystko gdzieś przeczekuje, zapada w letarg, zbiera siły.

Gdzie się wszyscy podziali, gdzie ukryło się całe to życie? Kiedy zdążyły opustoszeć place? Zabrano owoce – mango, arbuzy, jabłka z drewnianych spróchniałych bud na bazarze. Wiatr porywa torebki i przykleja je do ogrodzenia na cmentarzu Hamad al-Nil. Przeskakuję przez dziurę w siatce i już jestem po drugiej stronie. Jak iść? Gdzie można stawiać stopy, skoro tu nie ma żadnych ścieżek, alejek? Wzdłuż i wszerz ciągną się cienkie nitki śladów oplątujących groby. Ledwo widoczne, jak błękitne żyłki pod skórą.
To niemal płaski plac z niewielkimi wzgórkami. Gdzieniegdzie widać nowy zwyczaj: na wbitych w ziemię patykach sterczą małe tabliczki z wypisanymi flamastrem nazwiskami.
Kilka dni temu widziałem pogrzeb. Około dwudziestu mężczyzn niosło zmarłego na łóżku. Było masywne, prosta drewniana rama. Zmarłego zawinięto w płótno. Umarł na łóżku i nieśli go tak, jak odszedł. Szli w pośpiechu, z jakąś gwałtownością, jakby nie chcieli być z nim zbyt długo. Jakby bali się zabrać z sobą do domów niewidzialne fatum towarzyszące śmierci. Stałem przy bramie, bo nie chowali go daleko od ogrodzenia. Modlitwa, kilka słów, trochę kamieni i wracali rozluźnieni, jakby zdjęto z ich ramion nie tylko ciało, ale o wiele większy ciężar.

– Smakuje ci? Takich u was nie ma, prawda?
Przyglądają mi się bacznie, czekając na odpowiedź. Przytakuję. Przecież każdemu narodowi wydaje się, że stworzył coś unikalnego, jedynego w swoim rodzaju. Częstują mnie więc tymi słodkimi, puszystymi racuchami i zachwycają się ich smakiem. Brakuje na nich cukru pudru, jak na pączkach, ale tuż obok jest modlitwa, słodka i gorąca.
Siedzę na skrawku koca, na cmentarzu. Jemy racuchy. Pijemy czarną herbatę. Może właśnie po to się żyje. Żeby siedzieć na skraju koca, słuchać zbierających siły derwiszów i próbować im powiedzieć, że ktoś już kiedyś robił dla mnie takie racuchy. Była niedziela, późny wrzesień, gdy podano je na okrągłej tacy. Stół z białym obrusem. Piliśmy herbatę i jedliśmy do tego kruche ciastka z cukrem. Tak samo moczyliśmy je w herbacie. I nic nie zostało z tamtej rozmowy, bo wystarczyło, że po prostu byliśmy. Tak jak teraz na cmentarzu Hamad al-Nil.

Abdel Meajed Abdalla Musa Ahmed, Fur (z plemienia Furów, Darfur oznacza po prostu Dom Furów), siedzi obok mnie na wysokim murku otaczającym gubbę. Obaj chcemy zobaczyć ceremonię zikr. On dziesiątki razy widział te ekstatyczne modły i taniec na cześć Boga, ale wciąż obserwuje je z podziwem. Proszę go, aby zapisał mi swoje imię. Skrobie na kartce. Próbujemy nie dać się porwać tłumowi. Słońce się kładzie i ruszają pierwsi derwisze, niosąc zielone sztandary. Najpierw wszyscy wchodzą do gubby. To grób szejcha protoplasty, o imieniu Hamad al-Nil. Okrążają pokryty zielonym materiałem sarkofag i biorą w dłonie piasek, jakby nabierali wody. Abdel prowadzi mnie do zakratowanego bocznego okienka. Nacierają tym piaskiem czoła, piersi, usta. Na uboczu stoi młody mężczyzna, który modli się gorliwiej niż inni. Posypuje się mocniej, gwałtowniej, jakby każde ziarno miało wydobyć z niego to, co utkwiło w jego ciele. Jakby obmywał się cudowną wodą ze świętego źródła i wymawiał uzdrawiające słowa. Abdel mówi, że jest ciężko chory. Wieczorami ma gorączkę, krwawi, i że to jakaś choroba z buszu. Wierzy, że Hamad al-Nil może go uleczyć.

– Zdejmij buty. Nie można tańczyć dla Allacha w butach – starzy derwisze pouczają młodych. Ktoś się cofa ze wstydem i zrzuca sandały. Cmentarz ogarnia szaleństwo. Piasek ubija się od skaczących. Ziemia wydaje się chwiać i wyginać. To fale, kręgi, słowa unoszące ludzi w górę, aż do Boga. W tłumie jest kilkudziesięciu chorych psychicznie. Kiwają się, kołyszą, cieknie im ślina, wybałuszają oczy. Wszystkich wypełnia Najwyższy. Kiedy pytałem Allę, co czuje, gdy tańczy, mówił, że Bóg w nim wzbiera. Im dłużej tańczy, tym więcej w nim świętości. Jest w każdej części jego ciała. W dłoniach i w sercu, ale najwięcej jest go w głowie. Jakbyś potrząsał butelką wody – tłumaczył.

Taniec wydaje się nie mieć końca. Kiedy oddalamy się z Abdelem, po całej dzielnicy niesie się długie, rytmiczne la ilaha illa’llah, subhana llahi, al-hamdu li-llahi, Allahu Akbar.
Kupuję dwa stimy w plastikowych butelkach, tych nieodłącznych towarzyszy rozmów, i siadamy na skrzyżowaniu, tuż przy stercie chińskich klapek. Wszystkie są w miniaturowym rozmiarze.
– Wojna w Darfurze to rasistowska wojna – mówi Abdel, przełykając ślinę. Skrzyżowanie ulicy prowadzącej do Chartumu jest pełne ludzi. – Kilka lat temu było tu bardzo niebezpiecznie. – Abdel wskazuje na szereg zrujnowanych bud. – Byli biedni i nienawidzili wszystkich.
– Kto?
– Ludzie. Zwykli ludzie. Tak samo jest teraz w Darfurze. Wiesz, o co jest ta wojna? O to, że Sudan jest czarny. A oni nie chcą, żeby był czarny. Chcą, aby był biały i arabski. Nasz kraj mówi tyloma językami, ale jak nie znasz doskonale arabskiego, to zatrzyma cię policja, nie dostaniesz dobrej pracy w Chartumie – wylicza. – Wiesz, że leczę się u chrześcijanina. On kieruje nas do innych, nauczycieli, lekarzy, którzy chcą pomagać czarnym. Ludzie w Chartumie mówią, że tu nie ma podziałów, ale to nieprawda. Im jesteś ciemniejszy, tym trudniej ci żyć. My, z Darfuru, Kordofanu, i ci z Południa, zawsze będziemy second class (to second class powtarza kilka razy). Wczoraj na jakiś konkurs naukowy zagranicą miało jechać kilku studentów – opowiada. – Grupa była mieszana. Wybrano jednego ciemnoskórego chrześcijanina, dwóch z Darfuru i resztę z Chartumu. Profesor wytypował najlepszych. Potem pozbierano dokumenty, żeby im wyrobić paszporty. Tych dwóch z Darfuru od razu aresztowano. Profesor zachował się bardzo porządnie i powiedział, że nie pojedzie, dopóki nie zostaną wypuszczeni. Za co ich aresztowano? Tylko za to, że są z Darfuru.
s. 108-111

Kiedy przyjeżdżam do nieznanego miasta, w pierwszym momencie wydaje mi się obce i nieprzyjazne. Spogląda wrogo, bo zaburzam rytm i harmonię, w której żyje. Dopiero po kilku dniach skłonne jest mnie wchłonąć, zaakceptować, ale nie tyle żyjący tu ludzie, ile krajobraz – domy, ulice, roślinność. Być może gdyby minęło jeszcze kilka tygodni, a ja bym tu został, mieszkańcy powoli przestaliby mnie zauważać. Moje ciało wyglądem przystosowałoby się do otoczenia, a obcy, którzy tak jak ja przybyliby do Kosti, braliby mnie za jaśniejszego Araba, moją białą skórę zaś za pozostałość po rozpustnych Brytyjczykach. Spotkałem takiego człowieka. Pozostał w tym mieście zbyt długo i chcąc nie chcąc, z zapuszczoną brodą, opalenizną, grubą warstwą kurzu stopił się w jedno z Sudańczykami.

W każdej podróży przychodzi pora na długie, samotne spacery po ulicach mniejszych miast. Tych, które nie mają godnych zapamiętania nazw, nie mają ponumerowanych ulic ani wartych zobaczenia zabytków. Pretekstem są poszukiwania sklepów, restauracji, ale tak naprawdę szuka się rozmowy z drugim człowiekiem. Z kimkolwiek – kierowcą taksówki, kelnerem. To są długie godziny, gdy niczego nie można dotknąć, bo dla tego miasta jest się obojętnym. Niczego nie można zostawić ani niczego zmienić. Nie odciskasz żadnych śladów ani one nic nie pozostawiają w tobie.

Chciałem się czegoś dowiedzieć o wydarzeniach na świecie, ale w miejscowych gazetach niewiele piszą o Europie czy Ameryce. Ledwie parę akapitów o kryzysie w Stanach. Nikogo tutaj nie obchodzi, co się dzieje na kontynentach, których miejscowi nie potrafią sobie nawet wyobrazić. My nie znamy ich polityków, a oni nie znają naszych. Większość świata interesuje się tylko sobą. Kiedy podróżujemy, odmienne kultury traktujemy jak lustro i szukamy w nich odbicia własnej. Tu, w Kosti, Europa, Stany, cały świat zachodni jest tak absurdalnie daleko, że aż trudno w niego wierzyć.
Dlaczego siedzę właśnie w tym miejscu? W holu Nil Hotel? Nie wiem. Aziz, który się do mnie przysiadł, twierdzi, że to przeznaczenie. Jest muzułmaninem, Sudańczykiem. Jego rodzice przywędrowali tutaj przed laty z Nubii. To nie przypadek, że opis zaczynam od tego, jakiego jest wyznania. Gdyby był Europejczykiem, powiedziałby mi najpierw, jakiej jest narodowości, z jakiego miasta pochodzi, jaki ma zawód. Dopiero po dłuższej znajomości usłyszałbym, że jest protestantem, katolikiem, baptystą albo że nie lubi papieża. W Sudanie, na granicy dwóch wielkich religii, jest inaczej.
– Jestem muzułmaninem – mówi i patrząc mi głęboko w oczy, czeka na moją reakcję. Ta informacja ukierunkowuje naszą rozmowę. Od razu na samym wstępie zarysowuje się oś podziału. Granica, która nie pozwoli nam poznać się lepiej.
Aziz ma naście lat i czas, bo jest piątek. Zresztą gdyby to był inny dzień, też by go miał, bo poza modlitwą nie ma wielu zajęć. Zabiera mnie na spacer nad Nil. W południe jest parno. Wszystkie żywe istoty zapadają w letarg. Krew w żyłach robi się gęsta, oleista i nie dostarcza wystarczającej ilości tlenu. Przechadzam się nad Białym Nilem. Aziz dziwi się, gdy mówię, że są takie miejsca na świecie, gdzie nie ma islamu. Że oprócz chrześcijaństwa i islamu są też hinduizm, buddyzm, konfucjanizm, taoizm i wiele innych. Kiwa głową, ale nie wierzy, bo jak tu wierzyć, gdy jest się otoczonym przez wielki, potężny, bezkresny, wszechobejmujący, cierpliwy, ponadczasowy, miłosierny ocean islamu.

Kilka lat wcześniej w Burkina Faso w Wagadugu spotkałem Marię, kelnerkę w jednej z restauracji. Nie był to w żadnym razie lokal najwyższego sortu, ot, hotelowy bar, w którym podawali niezłe omlety i kawę. Początkowo sądziłem, że Maria jest właścicielką tego miejsca, dzierżawi je albo jest chociaż jego kierowniczką, ale nie, pracowała jako zwykła kelnerka. Była samotną białą kobietą i uważała, że jest zbyt stara, aby wracać do Francji i zaczynać życie na nowo.
– Trudno tu żyć. Spróbuj pożyczyć pieniądze, będąc białym, wziąć coś na kreskę w sklepie, gdy zabraknie ci cukru czy mąki. Jesteś bez szans. Nie potrafią przyjąć, że jesteśmy już jednymi z nich. Czasem tak samo biedni albo tak samo chorzy – mówiła.
Któregoś dnia, podając mi kawę, zapytała, czy jestem Polakiem i czy wiem, że dziś umarł Jan Paweł II.
– Umarł? Jak to umarł? – spytałem.
Przecież tu, w Burkina, ani telewizja, ani prasa nie donosiły, że Jan Paweł II choruje, że umiera. Sprawdziłem maile. Skrzynka zasypana była informacjami od przyjaciół. Pisali o Bogu, że go nie dostrzegamy, że się za bardzo spieszymy. Przysłano mi tysiące cukierkowych pocztówek z zachodami słońca. Kiedy wyszedłem, w Wagadugu temperatura sięgała czterdziestu stopni. Dzieci jak co dzień sprzedawały na ulicy zapałki po dziesięć sztuk, a stojący przed hotelami żebracy wyciągali ręce po jałmużnę.
Miejscowa telewizja nie poświęciła transmisji z pogrzebu wiele uwagi, a sama informacja o śmierci papieża była dopiero trzecią lub czwartą wiadomością dnia. Tuż za nią podano news o przyjaźni lwicy i koziołka z Masai Mara. Rzecz była w istocie niezwykła i warta pokazania. Oto młoda, trzyletnia lwica straciła swoje potomstwo i adoptowała kilkumiesięcznego koziołka. Przed świtem, gdy szła na polowanie, malec chował się w wysokiej trawie. Wychodził z ukrycia, kiedy wracała najedzona, z zakrwawionym pyskiem, i wołała go groźnym mruknięciem. W południe, w najgorętszej porze dnia, gdy sawanna zamiera, wypoczywali w cieniu drzew kiełbasianych albo baobabów. Koziołek skubał trawę lub spał między jej ogromnymi łapami. Nocą chodzili razem do wodopoju.
s. 120-123

Ze wszystkich kierunków, z różnych części Bahr al-Ghazal wypływały małe strumyki głów i łączyły się w jeden wielki potok prący do Wau. Szli gęsiego. Nigdy obok siebie. Po to, aby nikt się nie zgubił, aby można było czuć oddech idącego z tyłu, a przed sobą bliskość innego ciała. W pochodzie nie było przemyślanej strategii, ale instynkt, który nigdy Afryki nie opuścił. Nawet potem, w mieście, gdy już byli bezpieczni, kiedy musieli tylko przenieść się z jednego pomieszczenia do drugiego i szło ich dwoje albo troje, nigdy nie maszerowali chaotycznie obok siebie, ale natychmiast formowali kolumnę, jeden za drugim.
Te odbywane w milczeniu podróże zaczęły się w 1998 roku i trwały od maja do sierpnia. W Wau jeszcze dziś mówią, że wielu z nich podczas tej wędrówki już nie żyło. Nie pracowały im serca, płuca, wątroba, ale szli. Tłum wielkoludów. Ludzi po metr dziewięćdziesiąt, a nawet po dwa metry wzrostu. O okrągłych głowach i zapadniętych oczach. To mrowie pchała jakaś niezwykła siła, która sprawiała, że umierali dopiero, gdy kładli się na noc.
Wieść o nich dotarła do Wau, zanim jeszcze pierwsza kolumna pojawiła się na jego obrzeżach. Miasto zaczyna się chaosem glinianych chat, tabunami dzieci i domostwami producentów łodzi, którzy dzień i noc łupią, strugają drewniane kadłuby. Mieszkańcy Wau wypatrywali ich. Wiedzieli, że przyjdą, bo nie był to ani pierwszy, ani ostatni taki marsz.

– Siostro Tereso, siostro Tereso! – wołanie słychać było w całym budynku. Ktoś krzyczał z dołu, z kuchni. – Z Wau dzwonią!
Siostra przebiegła przez ogród pełen ogromnych glinianych donic. Kiedyś odkryły, że sudańska ziemia jest tak spragniona wody, że aby ją napoić, potrzeba całego Nilu. Dlatego wszystkie ich kwiaty, zieleń, cała soczystość wyrasta z donic.
Podniosła słuchawkę. Wydawało jej się, że słyszy odgłosy wojny, jakby trzaskanie karabinów na łączach. Zawsze miała takie odczucie, gdy dzwonili do niej stamtąd. W Chartumie jest ciężko, ale na Południu to dopiero nicość, ogromna otchłań. Mimo to zakon ma tam dwie szkoły.
– Siostro! – mówił ktoś z tamtej strony. – Mnóstwo wychudzonych ludzi przychodzi do miasta. Są ich setki. Boimy się, że nie damy rady. Wymierają nam w trawach.

To był czas napięć w Sudanie, rok 1998. Pora okropieństw i przemocy. Jak się teraz dostać do Wau? – myślała. – Linia kolejowa nie działa, drogi nieprzejezdne. Pozostaje tylko transport lotniczy. Okazało się, że jeden z księży, Polak z pochodzenia, miał załadować samolot cargo lekami i jedzeniem. Mieli jedno wolne miejsce. Wybłagała, aby mogła jechać z nimi.
– Siostro, musisz czekać – tłumaczył ksiądz. – Dam znać. Może dziś polecimy, może jutro, a może nigdy.
Roszkowska spędzała teraz wiele godzin na rozmowach z misją w Wau. Mieli wszystko – jedzenie, leki – ale brakowało im rąk do pracy. Muzułmanie rządzący w Chartumie nie chcieli wydawać pozwoleń na pobyt w południowych prowincjach.
– Przychodzą, już przychodzą. Pierwszego dnia były ich dziesiątki, dziś już nie zliczę. Tysiące. Nie myślałyśmy, że będzie aż tak źle – donosiły zakonnice z Wau.
Po kilku dniach zadzwonił ksiądz.
– Mamy samolot! Siostro, niech siostra natychmiast przyjeżdża na lotnisko! Ale to już! Jest tylko jeden problem – podkreślił ksiądz. – Musi siostra wziąć z sobą kamień.
– Jaki kamień? – zapytała zaskoczona.
– No, zwykły – odparł. Głos księdza brzmiał śmiertelnie poważnie. – Siostro, oni wierzą, że samotna kobieta przynosi nieszczęście. Na pokładzie będą sami mężczyźni. Według ich wierzeń kamień to druga połowa siostry. Nic nie poradzimy, ale musi być jakiś głaz, otoczak, cokolwiek, bo inaczej nie wystartują.
Roszkowska miała już przygotowane bagaże. Dostała też pozwolenie na kilkumiesięczny pobyt. W godzinę dotarła taksówką na małe trawiaste lotnisko pod Chartumem.

– Kamień?! Siostro, kamień jest?
– No nie ma. Nigdzie nie było – tłumaczyła się Roszkowska. Glina, wszędzie tylko glina i błoto, bo to przecież Sudan, a przynajmniej tam, gdzie mieszkają, jest tylko piasek i muł.
– Spróbujemy z tym – rzucił ksiądz i wyciągnął z klombu pomalowany na biało ubłocony głaz.
Ale samolot i tak tego dnia nie poleciał. Nie poleciał też następnego ani następnego. Dopiero po kilku dniach na pokład zabrał ją UNICEF.

Kiedy wylądowała, w Wau – zazwyczaj soczystym od zieleni – trawy były dziwnie wyschnięte. Długie, wysokie źdźbła łamały się na wietrze. Gdy tylko weszła na teren zakonu, uderzył ją specyficzny zapach. Dyspensarium urządzono na dużym placu. W budynkach ludzi nie było. Siostry uznały bowiem, że nie ma sensu ciągnąć ich do środka. Każdego trzeba byłoby dźwignąć, przenieść, położyć. Nie dałyby rady. Poza tym muzułmańskie władze i tak kazały chorym opuszczać dom zakonny na noc, a za złamanie zakazu groził areszt.
Szła między ludźmi. Zauważyła, że ktoś wpadł na pomysł, aby układać ich według stopnia wygłodzenia. „Jak siostry to robią, skoro wielu z nich ledwie oddycha?”, zastanawiała się. Część chorych leżała, część siedziała pochylona, a inni kucali na rudej ziemi.
Tylko dzieci leżały w rzędach. Ktoś przysyłał do misji plastikowe prześcieradła.
– Te prześcieradła to prawdziwy dar Boży – mówiły jej potem siostry. – Są praktyczne, bo wystarczy przetrzeć mokrą szmatą i można kłaść następnego człowieka. Nie potrzeba łóżek.
Doszła do pierwszych szeregów. Tu leżały najbardziej wygłodzone małe truchełka. Wyglądały, jakby ktoś narzucił na nie dodatkową skórę albo jakby urodziły się ze skórą zbyt luźną. Niektóre nie reagowały na dotyk. Kończyny miały wiotkie, pocięte przez trawy. Gdy siostry otwierały im usta, były obojętne. Wtłaczały im strzykawką roztwór leków mających pobudzić żołądek do pracy, a one nie reagowały. Człowiek czuje się wtedy tak, jakby karmił lalkę. Jedne nigdy nie otwierały czarnych oczu, inne miały je otwarte cały czas. W drugim rzędzie leżały maluchy w lepszym stanie. Takie, które mogły dostawać ciasteczka wysokokaloryczne. Kolejny rząd mógł jeść już dwa ciastka naraz. Następny trzy.
Szybko się nauczyła, że najpierw trzeba ocenić, ile w nich życia. Nie można się pomylić i dać za dużo albo nakarmić dwa razy. To może skończyć się śmiercią. Podczas posiłków trzeba bez przerwy chodzić między rzędami i obserwować, czy każde z dzieci zjadło. Silniejsze wyrywały jedzenie słabszym. Było pięć grup. Dalej leżeli starcy. Plac szkieletów ciągnął się aż do bramy.
W tym mieście i jego okolicach zmarło wtedy ponad siedemdziesiąt tysięcy ludzi.

Z każdym dniem przybywało ich coraz więcej. Najpierw zajmowali ulicę, potem teren do najbliższych zabudowań, a następnego dnia kolejka zakręcała i ginęła gdzieś w obłokach rudego pyłu. O świcie pokryte rudą gliną postacie siedziały przed zamkniętą bramą. Kiedy Roszkowska otwierała drzwi, aby wpuścić ludzi, nie wiedziała, czy widzi parujące ciała czy ulatujące dusze. W tych dniach parowało całe Wau, jakby pokrywały je mgły znad Nilu. Nie wszyscy mieli siłę, aby wejść do środka, i zostawali przed bramą. Ale u nich na placu – co siostra mocno podkreśla – nie umarł nikt.
s. 128-132

Po Dżubie rozniosła się wieść, że krowy Ambororo są przeklęte. Klątwa była silna. Mówiono o niej w urzędach, nawet na najwyższych szczeblach, na Custom Market, mówiono w szkołach i w szpitalach. Ci szczupli mężczyźni i kobiety Ambororo – o jaśniejszym nieco niż u miejscowych odcieniu skóry, innych rysach twarzy, innych zwyczajach – są wędrowcami. Przemierzają Afrykę ze stadami dzikich krów. Bo krowy Ambororo są tylko w połowie oswojone. Nie da się do nich podejść, a tym bardziej pogłaskać. Trudno je ukraść. Inaczej niż leniwe, długorogie krowy Nuerów czy Dinków, które mogą należeć do wszystkich. Krowy Ambororo mogą należeć tylko do nich.
Czasem widać, jak z obozowisk Ambororo płyną w górę iskry ognia i gasną nagle jak atak serca. Słychać jękliwą muzykę, ale nikt z miejscowych do nich nie chodzi. Bo tamci są z innego świata, muszą być samotni. Ale i plemieniu Ambororo przyjaźń z miejscowymi nie jest potrzebna. Kiedy są w jakiejś osadzie, sprzedają mleko, sery i mięso, a potem zawijają tylko swoje kolorowe, miękkie chusty wokół głowy i idą dalej. Plemię Ambororo to esencja nomadyzmu, wędrówki, podróży. Sprzedawca z Dżuby, który całymi dniami siedział na krzesełku przy ogromnej białej zamrażarce mówił mi, że oni idą, aby nie umrzeć.
– Widziałeś kiedyś, żeby ktoś umarł, idąc? Wszystko jest w ruchu, krew, serce. Serce bije nieustannie. Są jak gazele, które nigdy nie przestają biegać. Ich wędrówka z miejsca na miejsce to nieustanne przemierzanie Sudanu, to czysto fizjologiczna potrzeba. Kiedy każesz Ambororo się osiedlić i uprawiać rolę, marnieją, gasną w oczach i zaczynają kraść. Pewnie ten osiadły tryb życia, to siedzenie w jednym miejscu wywołuje choroby. Tak – mój rozmówca pokiwał głową – Ambororo dobrze wiedzą, dlaczego wędrują.

Może więc potrzeba podróży jest niczym innym jak instynktem nomadów? Nie ma w pragnieniu podróżowania nic więcej, żadnej metafizyki, magii, tylko zwykły rytm życia, ruchu, bicia serca. Tak jak u Ambororo.

Ale klątwa rzucona na plemię była silna. Głosiła, że każdy, kto zje mięso ich krów, napije się ich mleka albo krwi natychmiast przemieni się w wyleniałą, starą hienę, w to najpodlejsze ze zwierząt.
Rozmawiałem kiedyś o klątwach z pewnym mężczyzną, uczniem znanego marabuta z Dżenne w Mali.
– Czar w ciebie wsiąknie, przeniknie twoje ciało. Któregoś ranka poczujesz, jakbyś miał malarię, ale nie będzie gorączki. Gdybyś mógł tego nie wiedzieć, byłbyś szczęśliwy, ale ty będziesz wiedział, że to masz, że jest w tobie – mówił z wiarą.
Podobnie było tu. Uwierzyli wszyscy. Urzędnicy i handlarze, dzieci i dorośli. Plemieniu Ambororo zajrzał w oczy głód, w końcu żyli ze swoich krów. Nikt nie chciał kupować ani ich mleka, ani mięsa.
W kilka dni po informacji o klątwie mężczyźni Ambororo przywieźli do szpitala ciężko chorą kobietę. Była umierająca. Posadzili ją na krześle w poczekalni i poprosili o pomoc. Nikt do niej nie wyszedł. Lekarze odmówili udzielenia pomocy. Nie wiadomo, czy kierowała nimi nienawiść, czy lęk przed klątwą. Wkrótce kogoś z Ambororo pobito, gdzieś wybuchła strzelanina. We wsiach, przez które wędrowało plemię, zaczęto mówić, że trzeba ich wreszcie przepędzić, że przynoszą nieszczęście, że należy z nimi zrobić porządek.
– Czary, których się nie zdejmie, stają się coraz silniejsze – mówił człowiek z Dżenne.

Pod naciskiem organizacji międzynarodowych SPLA odprowadziła Ambororo do granicy stanu. Kiedy znikli na koniach za horyzontem, wieśniacy odetchnęli i zażądali od FWP rekompensat za to, że krowy Ambororo przeszły przez ich pola.
Mniej romantyczną wizję plemienia przedstawił doktor Justin Ambago Ramba. W „Sudan Tribune” pisał, że to plemię włóczęgów świetnie uzbrojonych w AK-47 i zaliczył ich do największych wrogów pokoju w Ekwatorii Zachodniej. Stawia Ambororo na drugim miejscu po bandytach z LRA. Według publicysty rolnicy z tego stanu muszą sami bronić swojej ojczystej ziemi przed diabłami z LRA i tymi nieznośnymi nomadami. Czaru z krów Ambororo nikt nie zdjął, przecież oni za rok znów się zjawią.
s. 223-225

Dżuba już dawno nie śpi, kiedy Urszula Świerczyńska jedzie do pracy. Wcześnie rano opuszcza oenzetowskie domki, ogrodzone wysokim murem, drutem kolczastym i osłonięte od zewnętrznego świata szczelną metalową bramą. Zostawia swoją małą, spokojną twierdzę. A potem, podobnie jak setki innych pracowników organizacji charytatywnych mieszkających w stolicy Południa, mija „architekturę” Dżuby stworzoną tylko ze szmat i trawy.

W biurze najpierw musi się opłukać z tego żelazistego pyłu, który natychmiast osiada tu na każdej istocie, bo nie wystarczy zamknąć szyby w samochodzie i włączyć wewnętrzny obieg. Drobiny piasku wdzierają się zewsząd, niczym owady. Po kilku minutach człowiek czuje się brudny.
Kiedy w pracy słyszy ciche brzęczenie komputerów, te wszystkie odgłosy cywilizacji: sygnały przychodzących e-maili, esemesów, szelest papieru, szum drukarki – czuje się bezpiecznie.
– W Sudanie nigdy nie wiesz, co się wydarzy za chwilę – mówi Świerczyńska, gdy wieczorem siedzimy w ich twierdzy. Przygotowała domowy obiad i wytrzasnęła skądś butelkę białego wina. Śmiejemy się, żartujemy, rozmawiamy o wszystkich smutkach i radościach Sudanu.
– Kiedy coś się zaczyna dziać, cała populacja Dżuby wylega na ulicę, a kiedy są na niej ludzie, to zaraz zjawiają się czołgi. Tak jak wtedy, gdy umarł John Garang – przypominają sobie.
Jak każdy pracownik agendy, ona też ma w domu specjalny plecak. W środku: wysokoenergetyczne jedzenie, latarka, nóż i coś do rozpalania ognia. Kiedy przyjdzie polecenie, w ciągu piętnastu minut muszą opuścić dom. Nie wolno im nic zabrać, oprócz tego jednego plecaka.
– Niczego nie powinniśmy też posiadać – mówi Ula, prezentując niewielką kostkę. – Do żadnej rzeczy się nie przyzwyczajać, nawet do zwierząt. Chyba szczególnie do zwierząt i ludzi. Wcześniej czy później przecież będziesz musiał to zostawić – wyjaśnia. – Dlatego pracownicy organizacji pomocowych często nie mają bliskich. Nie wszyscy, ale zdecydowana większość – podkreśla Urszula. – W tym biznesie samotność to jedno z kryteriów przyjmowania do pracy – żartuje. – Czasem biali mężczyźni wiążą się z miejscowymi kobietami, ale już związek białej kobiety z tubylcem jest źle widziany. – Urszula na chwilę milknie i zastanawia się. – Nie wiem, ale to chyba wynika z roli kobiety, która w tej kulturze podporządkowuje się mężczyźnie – wyjaśnia.

Któregoś dnia obserwowała zza biurka, jak młoda Murzynka stoi w drzwiach ich pokoju. Pracowała w tej samej firmie, ale na innej posadzie. Wszyscy byli czymś zajęci, stukali w klawiatury, przeglądali prasę. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Dziewczyna czekała w drzwiach. Dziesięć minut, dwadzieścia.
– Słuchaj, czemu ona tak stoi, a nie wejdzie do środka? – Ula pochyliła się i cicho zapytała współpracownika. Mężczyzna podniósł głowę i skinął w jej stronę. Kobieta weszła i przedstawiła swoją prośbę.
– Nie mogę ich tego oduczyć. Wchodzą dopiero, kiedy mężczyzna im pozwoli – rzucił szeptem, gdy wyszła.
– O prawach człowieka mówi się w Sudanie bardzo chętnie i dużo. Oni lubią znać swoje prawa, lubią mieć hasła – human rights. Tyle że wielu uważa, że prawa człowieka dotyczą tylko mężczyzn – tłumaczy Świerczyńska. – Gdy w zagrodzie jest facet, to kobieta, żeby wejść do tukul, glinianej chaty, musi go spytać o pozwolenie. To samo musi zrobić, jeśli chce się umyć. Szczególnie dotyczy to intymnych części ciała. Jeśli mąż odkryje, że zrobiła to bez jego pozwolenia, to może to oznaczać, że coś ukrywa. No i na pewno go zdradziła. A coś takiego może się skończyć biciem.

Prasa pisze dziś o jednym z pierwszych wyroków za pobicie kobiety. Mężczyzna wyjechał za granicę i zostawił żonę z trójką dzieci. W czasie nieobecności nie przysyłał jej żadnych pieniędzy. Zdesperowana kobieta znalazła więc jedyne zajęcie, jakie mogła. Zaczęła robić i sprzedawać piwo. W Sudanie jest to zajęcie hańbiące. Kiedy mąż wrócił, niewiele się zastanawiając, zaczął jej wymierzać karę, na bazarze. Przewrócił ją, kopał, zdarł z niej ubranie i publicznie stłukł. Sąd skazał go co prawda za pobicie, ale sędzia wydał wyrok dość łagodny, bo, jak zaznaczył, żona nie powinna bez zgody męża pędzić alkoholu.
– Jeśli mówimy o jakichkolwiek prawach kobiet, to tylko w Dżubie. Wystarczy wyjechać dziesięć kilometrów za miasto, żeby zobaczyć, jakie są naprawdę ich prawa – tłumaczy Urszula. – Kobieta znaczy tu tyle co dziesięć krów.

nie pytaj Sudanek o miłość

Urszuli udało się namówić kobietę z Wau na rozmowę o seksie. Usiadły w tukul jak kobieta z kobietą. Właściwie było ich kilka. Świerczyńska poczęstowała je cukierkami. Słońce prażyło gliniane ściany. Zapytała, jak im jest z tymi ich facetami. Czy czerpią przyjemność z seksu? Co jest dla nich zakazane, a co nie? Co lubią? Rozmowa nie była łatwa, bo nie potrafiły zrozumieć po co chawadżat pyta je o przyjemność. Ale chawadżat dociekała.
– To mało istotne, czy odczuwamy przyjemność, czy nie, bo tu o wszystkim decyduje facet – tłumaczyły jej Sudanki. – Ma kilka żon i czy on do ciebie przyjdzie w poniedziałek, czy w środę, czy w piątek, nie zależy od ciebie. Ani to, czy masz ochotę tego dnia, czy nie, ani jak długo to będzie trwało. Na to też nie masz wpływu.
Kobiety się zaśmiewały i wcale im się to nie wydawało smutne. Pytanie uznały za bezsensowne.
– Po co myśleć o przyjemności? – odpowiedziały po dłuższym zastanowieniu. – Nie mieszkamy z mężem w jednym domu. Każda kobieta ma tu własną zagrodę albo mieszka razem z innymi kobietami. A do kogo on na noc pójdzie, co to dla nas za różnica? – tłumaczyły. Mówiły jej to prostym językiem, a ona przekładała sobie na język własnej kultury.

Sudańczycy z Południa żyją we wspólnotach. Są tak blisko siebie, że dzieci często nie wiedzą, która z kobiet jest ich matką. Potomstwo wychowują razem. Kobiety, z którymi rozmawiała Ula też nie wiedziały, czy dzieci biegające wokół tukul są ich biologicznymi potomkami, czy może urodziła je siostra lub inna żona. Przecież to bez znaczenia – zapewniały ją.
Jedyną i nadrzędną funkcją kobiety w Sudanie jest rodzić dzieci, wydać na świat jak najwięcej potomstwa. Zaczynają wcześnie. Niektóre nawet w wieku dwunastu lat. Jak mówi Świerczyńska, co bardziej uświadomieni Dinkowie lubią mówić: „Miałem z nią dzieci od pierwszego do ostatniego jajeczka”.
Reguły są surowe. Jeżeli żona nie urodzi dziecka w ciągu dwóch lat od ślubu, mężczyzna może się z nią rozwieść. Pozbawiona środków do życia kobieta utrzymuje się wtedy z prostytucji lub produkcji i sprzedaży piwa. Czy zatem przyjemność może mieć jakieś znaczenie? Skoro od rodzenia dzieci zależy ich życie? Chawadżat nie spytała ich już o miłość.
A jaką rolę pełnią mężczyźni Dinka? Oprócz prowadzenia wojen i pasania krów – z goryczą zauważa Świerczyńska – zajmują się głównie piciem piwa pod drzewami i słuchaniem radia.

Więcej w książce wydanej nakładem wydawnictwa W.A.B., autorstwa Konrada Piskała, “Sudan. Czas bezdechu”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu