„Czarno na białym”

afryka.org Bez kategorii „Czarno na białym”

Najsłynniejszy niemiecki dziennikarz Günter Wallraff wcielił się w fikcyjnego Somalijczyka, by „dowiedzieć się, jak żyje się czarnoskóremu w Niemczech”. Jego film „Czarno na białym” wszedł właśnie na ekrany niemieckich kin.

Kwame Ogonno nie ma w Niemczech lekko. Ten niemłody Somalijczyk uciekł przed wojną domową w rodzinnym kraju i z wyuczonym w instytucie Goethego niemieckim próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Próba wynajęcia mieszkania kończy się jednak fiaskiem. Wobec następnego – niemieckiego – interesanta właścicielka mieszkania przyzna, że „przez telefon nie widać, jak człowiek wygląda”, a ten, czyli Ogonno, był „całkiem czarny”. Nie lepiej idzie mu na kempingu, gdzie zgodnie z rozpowszechnionym w Niemczech zwyczajem chciałby wynająć dla siebie i rodziny miejsce pod przyczepę na cały rok. Pan w recepcji długo kluczy, by w końcu wydusić, że „problemem jest kolor skóry”. Niemieckiemu turyście recepcjonista później tłumaczy: jeśli przyjmie Cyganów albo im podobnych, wyniosą się stali bywalcy.

W kolońskiej knajpie Somalijczyk wręcza młodej Niemce bukiet kwiatów i prosi ją do tańca. Za chwilę otacza go wianuszek mężczyzn, a właścicielka baru wyprasza Ogonno z lokalu. Bohater dokumentalnego filmu „Czarno na białym”, który w zeszłym tygodniu wszedł na ekrany niemieckich kin, takich doświadczeń zbiera na pęczki. „Wszystko, co poza kolorem skóry stanowi o człowieczeństwie, jest w przypadku czarnego kwestią poboczną” – podsumowuje jego perypetie dziennikarz Günter Wallraff w jednej z końcowych scen filmu. Dopiero wtedy okazuje się, że Kwame Ogonno i Günter Wallraff to jedna i ta sama osoba. 67-letni dziennikarz wcielił się w rolę fikcyjnego Somalijczyka, by „dowiedzieć się, jak żyje się czarnoskóremu w Niemczech”. Swoje doświadczenia filmował kamerą ukrytą w guziku koszuli. Przed każdą sesją zdjęciową przez dwie godziny wizażystka pomagała mu przeistoczyć się w kogoś innego. Dla Wallraffa, legendy niemieckiego dziennikarstwa, to nie pierwszyzna. Wybitny dziennikarz śledczy Hans Leyendecker napisał o nim, że jest „żywą kamerą nadzorującą niemieckie społeczeństwo”, które zmienił swoimi tekstami jak nikt inny. Od czterdziestu lat Wallraff jest niezmordowanym tropicielem społecznych niesprawiedliwości. Wcielał się w bezdomnego, pracownika call center czy robotnika w fabryce. Bestsellerem stał się „Wstępniak” (Der Aufmacher, polskie wyd. 1982), reportażowa opowieść o dziennikarskich szwindlach w redakcji prawicowej „Bild-Zeitung”, w której Wallraff w burzliwych latach 70. spędził ponad trzy lata.Działał nie tylko w Niemczech. 10 maja 1974 roku przykuł się do latarni na jednym z głównych placów Aten – rozdawał ulotki, w których piętnował terror rządzącej wtedy Grecją wojskowej junty. Policja pobiła go na miejscu, potem w głównej kwaterze greckiej bezpieki poddano go torturom. Skazany na 14 miesięcy ciężkiego więzienia wyszedł na wolność dopiero po upadku wojskowej dyktatury. Opisał to w książce „Nasz sąsiedzki faszyzm” wydanej w 1975 r.Jest jednym z najsławniejszych dziennikarzy wszech czasów. Czasownik „wallraffować” (wallraffen) trafił do słownika języka szwedzkiego jako określenie odkrywania nieprawidłowości przez dziennikarzy, twórca tej metody znalazł naśladowców we Włoszech czy w Chinach, a najgłośniejsza książka Wallraffa „Na samym dnie” – o jego doświadczeniach jako tureckiego gastarbeitera – w latach 80. w Polsce służyła jako jeden z dowodów na moralną zgniliznę kapitalizmu. Przed kilkoma laty Wallraffa oskarżono o współpracę ze Stasi: od wschodnioniemieckich służb miał otrzymywać materiały, które wykorzystywał np. do demaskowania byłych nazistów w RFN-owskiej służbie publicznej. Ale zarzuty, że był także donosicielem, zostały oddalone przez sąd. Postępowy rasizmPremiera najnowszego filmu Wallraffa (w reżyserii Pagonisa Pagonakisa i Susanne Jäger) odbyła się w momencie, gdy całe Niemcy żyły skandalem wywołanym wypowiedziami członka zarządu Bundesbanku na temat imigrantów. W wywiadzie udzielonym elitarnemu pismu „Lettre International” Thilo Sarrazin mówił o Turkach i Arabach: „Nie muszę szanować nikogo, kto żyje na koszt państwa, państwo to odrzuca, nie dba o sensowne wykształcenie swoich dzieci i bez przerwy produkuje nowe małe dziewczynki w chustach”.

Sarrazin został zdegradowany i napiętnowany w mediach, choć znalazł też wpływowych zwolenników – konserwatywna „FAZ” broniła go jako odważnego demaskatora rzekomego tabu. Ciekawsze były jednak reakcje zwykłych obywateli. Jörg Lau, publicysta „Die Zeit”, który przy tej okazji postawił pytanie, dlaczego imigrantom tak trudno przynależeć do społeczeństwa niemieckiego, został zasypany lawiną listów, a pod jego tekstem pojawiły się w internecie setki nieprzychylnych komentarzy. Te wypowiedzi – pisał tydzień później Lau – „graniczą z postępowym rasizmem”, którego „nie można zbyć jako zwykłego resentymentu ludzi ze społecznego marginesu”. W określeniu „postępowy rasizm” chodzi o pogardę dla przegranych procesu modernizacji i zapóźnionych cywilizacyjnie, reprezentujących inną kulturę, której wyraz dał Sarrazin, a niekoniecznie – jak niegdyś – o kwestie rasowe. To nie żadni ekstremiści – konkluduje Lau – „lecz środek społeczeństwa kipi wściekłością i to nad tym zjawiskiem należy się zastanawiać”. O tym, że ksenofobia nie jest domeną warstw niższych, już przed trzema laty pisali autorzy badań zrealizowanych na zlecenie Fundacji Friedricha Eberta. Według nich aż 40 procent Niemców uważa, że w ich kraju jest zbyt wielu obcych. Socjolog Wilhelm Heitmeyer z Bielefeld, który co roku analizuje poziom wrogości do obcych, twierdzi że 53 procent Niemców ze wschodu i 37 procent Niemców z zachodu zgadza się z wypowiedziami o charakterze ksenofobicznym. Czy takie postawy można jednak mierzyć w słupkach i procentach? Badania Heitmeyera krytykowano, bo za jeden z przejawów ksenofobii uznawał sprzeciw wobec stwierdzenia, że „islam wydał wspaniałą kulturę”. Tym większe jest znaczenie filmów takich jak Wallraffa, które codzienny rasizm pokazują z pierwszej ręki, „czarno na białym”.Winni są „inni”Wallraff vel Kwame Ogonno nie znalazł, o dziwo, poklasku w stowarzyszeniach Afrykanów w Niemczech, którzy zarzucili mu, że na ich nieszczęściu zbija kasę i pławi się w sławie. Po co właściwie cała ta maskarada z przebieraniem się za Somalijczyka? Czy nie wystarczyłoby opisać doświadczenia prawdziwych czarnoskórych (żyje ich w Niemczech około 300 tysięcy)? Ci w filmie niemal w ogóle nie dochodzą do głosu, a postać Ogonno sprawia wrażenie wyciętej z karykatury. Na głowie afro, czarne okulary, kolorowa koszula, przykrótkie spodnie i adidasy, w ręku plastikowa reklamówka: chcąc zdemaskować rasizm Wallraff wpadł zdaniem wielu w pułapkę własnych stereotypów. Recenzent konserwatywnej „Die Welt” pisał: „To, jak Wallraff robi z siebie stracha na wróble po to, by udawać Somalijczyka, ma w sobie coś perfidnego i pozbawionego smaku”.

Niemcy i czarny z kamerą w guziku
Piotr Buras, Berlin
2009-10-30, ostatnia aktualizacja 2009-10-29 17:47


Afro, kolorowa koszula, przykrótkie spodnie i ukryta kamera – tak Günter Wallraff udawał Somalijczyka, by „dowiedzieć się, jak żyje się czarnoskóremu w Niemczech”
Fot. Everett Collection / Everett Col
Najsłynniejszy niemiecki dziennikarz Günter Wallraff wcielił się w fikcyjnego Somalijczyka, by „dowiedzieć się, jak żyje się czarnoskóremu w Niemczech”. Jego film „Czarno na białym” wszedł właśnie na ekrany niemieckich kin.

 



Fot. Everett Collection / Everett Col
Kwame Ogonno Wallraff jako niemłody Somalijczyk, który uciekł przed wojną…


Ali Levent Sinirlioglu „Obcokrajowiec, silny, szuka pracy, wszystko jedno…


Hans Esser W1977 r.Wallraff zatrudnił się wredakcji „Bild-Zeitung”, by…
var rTeraz = new Date(1256947217508); function klodka (ddo) { if (rTeraz.getTime()>=ddo.getTime()) document.write(‚<‚+’img src=”/i/szukaj/k2b.gif” width=20 height=18 border=0 align=”absmiddle”‚+’>’); }
ZOBACZ TAKŻE

putBan(34);
Kwame Ogonno nie ma w Niemczech lekko. Ten niemłody Somalijczyk uciekł przed wojną domową w rodzinnym kraju i z wyuczonym w instytucie Goethego niemieckim próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Próba wynajęcia mieszkania kończy się jednak fiaskiem. Wobec następnego – niemieckiego – interesanta właścicielka mieszkania przyzna, że „przez telefon nie widać, jak człowiek wygląda”, a ten, czyli Ogonno, był „całkiem czarny”. Nie lepiej idzie mu na kempingu, gdzie zgodnie z rozpowszechnionym w Niemczech zwyczajem chciałby wynająć dla siebie i rodziny miejsce pod przyczepę na cały rok. Pan w recepcji długo kluczy, by w końcu wydusić, że „problemem jest kolor skóry”. Niemieckiemu turyście recepcjonista później tłumaczy: jeśli przyjmie Cyganów albo im podobnych, wyniosą się stali bywalcy.
putBan(62);google_protectAndRun(„ads_core.google_render_ad”, google_handleError, google_render_ad);
REKLAMY GOOGLE

W kolońskiej knajpie Somalijczyk wręcza młodej Niemce bukiet kwiatów i prosi ją do tańca. Za chwilę otacza go wianuszek mężczyzn, a właścicielka baru wyprasza Ogonno z lokalu. Bohater dokumentalnego filmu „Czarno na białym”, który w zeszłym tygodniu wszedł na ekrany niemieckich kin, takich doświadczeń zbiera na pęczki. „Wszystko, co poza kolorem skóry stanowi o człowieczeństwie, jest w przypadku czarnego kwestią poboczną” – podsumowuje jego perypetie dziennikarz Günter Wallraff w jednej z końcowych scen filmu. Dopiero wtedy okazuje się, że Kwame Ogonno i Günter Wallraff to jedna i ta sama osoba. 67-letni dziennikarz wcielił się w rolę fikcyjnego Somalijczyka, by „dowiedzieć się, jak żyje się czarnoskóremu w Niemczech”. Swoje doświadczenia filmował kamerą ukrytą w guziku koszuli. Przed każdą sesją zdjęciową przez dwie godziny wizażystka pomagała mu przeistoczyć się w kogoś innego. Dla Wallraffa, legendy niemieckiego dziennikarstwa, to nie pierwszyzna. Wybitny dziennikarz śledczy Hans Leyendecker napisał o nim, że jest „żywą kamerą nadzorującą niemieckie społeczeństwo”, które zmienił swoimi tekstami jak nikt inny. Od czterdziestu lat Wallraff jest niezmordowanym tropicielem społecznych niesprawiedliwości. Wcielał się w bezdomnego, pracownika call center czy robotnika w fabryce. Bestsellerem stał się „Wstępniak” (Der Aufmacher, polskie wyd. 1982), reportażowa opowieść o dziennikarskich szwindlach w redakcji prawicowej „Bild-Zeitung”, w której Wallraff w burzliwych latach 70. spędził ponad trzy lata.Działał nie tylko w Niemczech. 10 maja 1974 roku przykuł się do latarni na jednym z głównych placów Aten – rozdawał ulotki, w których piętnował terror rządzącej wtedy Grecją wojskowej junty. Policja pobiła go na miejscu, potem w głównej kwaterze greckiej bezpieki poddano go torturom. Skazany na 14 miesięcy ciężkiego więzienia wyszedł na wolność dopiero po upadku wojskowej dyktatury. Opisał to w książce „Nasz sąsiedzki faszyzm” wydanej w 1975 r.Jest jednym z najsławniejszych dziennikarzy wszech czasów. Czasownik „wallraffować” (wallraffen) trafił do słownika języka szwedzkiego jako określenie odkrywania nieprawidłowości przez dziennikarzy, twórca tej metody znalazł naśladowców we Włoszech czy w Chinach, a najgłośniejsza książka Wallraffa „Na samym dnie” – o jego doświadczeniach jako tureckiego gastarbeitera – w latach 80. w Polsce służyła jako jeden z dowodów na moralną zgniliznę kapitalizmu. Przed kilkoma laty Wallraffa oskarżono o współpracę ze Stasi: od wschodnioniemieckich służb miał otrzymywać materiały, które wykorzystywał np. do demaskowania byłych nazistów w RFN-owskiej służbie publicznej. Ale zarzuty, że był także donosicielem, zostały oddalone przez sąd. Postępowy rasizmPremiera najnowszego filmu Wallraffa (w reżyserii Pagonisa Pagonakisa i Susanne Jäger) odbyła się w momencie, gdy całe Niemcy żyły skandalem wywołanym wypowiedziami członka zarządu Bundesbanku na temat imigrantów. W wywiadzie udzielonym elitarnemu pismu „Lettre International” Thilo Sarrazin mówił o Turkach i Arabach: „Nie muszę szanować nikogo, kto żyje na koszt państwa, państwo to odrzuca, nie dba o sensowne wykształcenie swoich dzieci i bez przerwy produkuje nowe małe dziewczynki w chustach”.
Sarrazin został zdegradowany i napiętnowany w mediach, choć znalazł też wpływowych zwolenników – konserwatywna „FAZ” broniła go jako odważnego demaskatora rzekomego tabu. Ciekawsze były jednak reakcje zwykłych obywateli. Jörg Lau, publicysta „Die Zeit”, który przy tej okazji postawił pytanie, dlaczego imigrantom tak trudno przynależeć do społeczeństwa niemieckiego, został zasypany lawiną listów, a pod jego tekstem pojawiły się w internecie setki nieprzychylnych komentarzy. Te wypowiedzi – pisał tydzień później Lau – „graniczą z postępowym rasizmem”, którego „nie można zbyć jako zwykłego resentymentu ludzi ze społecznego marginesu”. W określeniu „postępowy rasizm” chodzi o pogardę dla przegranych procesu modernizacji i zapóźnionych cywilizacyjnie, reprezentujących inną kulturę, której wyraz dał Sarrazin, a niekoniecznie – jak niegdyś – o kwestie rasowe. To nie żadni ekstremiści – konkluduje Lau – „lecz środek społeczeństwa kipi wściekłością i to nad tym zjawiskiem należy się zastanawiać”. O tym, że ksenofobia nie jest domeną warstw niższych, już przed trzema laty pisali autorzy badań zrealizowanych na zlecenie Fundacji Friedricha Eberta. Według nich aż 40 procent Niemców uważa, że w ich kraju jest zbyt wielu obcych. Socjolog Wilhelm Heitmeyer z Bielefeld, który co roku analizuje poziom wrogości do obcych, twierdzi że 53 procent Niemców ze wschodu i 37 procent Niemców z zachodu zgadza się z wypowiedziami o charakterze ksenofobicznym. Czy takie postawy można jednak mierzyć w słupkach i procentach? Badania Heitmeyera krytykowano, bo za jeden z przejawów ksenofobii uznawał sprzeciw wobec stwierdzenia, że „islam wydał wspaniałą kulturę”. Tym większe jest znaczenie filmów takich jak Wallraffa, które codzienny rasizm pokazują z pierwszej ręki, „czarno na białym”.Winni są „inni”Wallraff vel Kwame Ogonno nie znalazł, o dziwo, poklasku w stowarzyszeniach Afrykanów w Niemczech, którzy zarzucili mu, że na ich nieszczęściu zbija kasę i pławi się w sławie. Po co właściwie cała ta maskarada z przebieraniem się za Somalijczyka? Czy nie wystarczyłoby opisać doświadczenia prawdziwych czarnoskórych (żyje ich w Niemczech około 300 tysięcy)? Ci w filmie niemal w ogóle nie dochodzą do głosu, a postać Ogonno sprawia wrażenie wyciętej z karykatury. Na głowie afro, czarne okulary, kolorowa koszula, przykrótkie spodnie i adidasy, w ręku plastikowa reklamówka: chcąc zdemaskować rasizm Wallraff wpadł zdaniem wielu w pułapkę własnych stereotypów. Recenzent konserwatywnej „Die Welt” pisał: „To, jak Wallraff robi z siebie stracha na wróble po to, by udawać Somalijczyka, ma w sobie coś perfidnego i pozbawionego smaku”.
Krytykom, którzy wytykają – nie po raz pierwszy – Wallraffowi, że swoimi akcjami sam prowokuje naganne zachowania, trudno odmówić racji. Czy za dowód rasizmu uznać można odmowę wpuszczenia 70-latka z wąsami do młodzieżowego klubu nocnego? Czy pot na plecach sprzedawczyni, kiedy niechlujny czarnoskóry facet w trampkach wchodzi do sklepu jubilerskiego i chce obejrzeć złoty zegarek, to naprawdę tylko skutek rasistowskich uprzedzeń? Czasami Wallraff idzie na łatwiznę. Np. wsiada do pociągu pełnego znanych z neonazistowskich sympatii kibiców klubu Dynamo Drezno i wchodzi z podpitymi chuliganami w polemikę na temat niemieckości. Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach – biały czy czarny – zdobyłby się na takie szaleństwo? Przed pobiciem Wallraffa ratują policjanci, a widzowie wiedzą po tej scenie tyle co wcześniej: neonaziści nie lubią czarnych. To być może największa słabość tego filmu – pokazuje rasizm i ksenofobię głównie tam, gdzie moglibyśmy się ich spodziewać. „Działkowcy, treserzy psów i fani piłki nożnej zachowują się dokładnie tak, jak się tego od brzydkiego Niemca oczekuje. Ci, którzy sami uważają się za otwartych, mogą wskazywać palcem „innego”, by podkreślić własną tolerancyjność” – krytykowała Wallraffa lewicowa „die tageszeitung”. Zjawisko „postępowego rasizmu klasy średniej”, tak ciekawe w dzisiejszych czasach, na dobrą sprawę nie znajduje w filmie Wallraffa odbicia. Gdy Ogonno w eleganckim garniturze trafia do jubilera w Düsseldorfie obsługiwany jest ze wszystkimi szykanami. Ale czy to kręcenie nosem na „metodę Wallraffa” nie idzie jednak trochę zbyt za daleko? Przejawy rasizmu, które udało mu się udokumentować, są oburzające. Szczególnie, jeśli pomyśleć, że pokazywane na wizji osoby musiały wyrazić zgodę na upublicznienie swojego wizerunku i wypowiedzi. Znakomita większość nie miała z tym żadnego problemu. A Wallraff, doskonale znający zasady funkcjonowania medialnego światka, wiedział, że jego skandalizujący reportaż spotka się z żywszym odzewem niż zwykła historia z życia jakiegoś prawdziwego Kwame Ogonno.

„Der Tagesspiegel” nie bez racji napisał: „Przy całej krytyce marka „Wallraff” nie straciła swojego powabu. Nie stanie się to tak długo, jak długo głośniej krzyczy się o tym, że jako czarny wsiada do pociągu pełnego kiboli, niż o samym fakcie, że są w Niemczech takie pociągu, do których czarnemu lepiej nie wsiadać”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *