Cobra Verde – studium Europejczyka w Afryce

afryka.org Kultura Film Cobra Verde – studium Europejczyka w Afryce

Werner Herzog zdążył mnie przyzwyczaić do filmów z udziałem Klausa Kinskiego. Do bohaterów z obłędem i obsesją pożądania wypisanych na twarzy. W tropikalnej puszczy, na rzece, która zdaje się nie mieć końca, wszędzie tam pojawia się człowiek ogarnięty chęcią posiadania wszystkiego, czego tylko zapragnie. Taki jest też Cobra Verde.

Pastuch, który pomyślał, że w Brazylii odnajdzie fortunę i szczęście, morduje wspólnika i trafia na plantację, gdzie nadzoruje pracę niewolników. Staje się niewygodny, więc właściciel majątku postanawia wysłać Cobra Verde do Afryki. Verde nie wie jeszcze, że miał tam płynąć po śmierć. Nie znajduje jej, pomimo życzeń mocodawcy. Co więcej odbudowuje ufortyfikowaną placówkę i zaczyna wysyłać niewolnicze statki na zachód.

Gdybym patrzył na film Herzoga jak na fikcję literacką zaczerpniętą z książki Bruce’a Chatwina, nie zapamiętałbym tego obrazu. Gdybym nie spotkał Europejczyków, którzy przyjeżdżają do Afryki, nie pomyślałbym, że Cobra Verde jest jednym z nich. O tych przybyszach pisał już V. S. Naipaul. I pisał bardzo dosadnie: Przyjeżdżają tu i przywożą swoje choroby psychiczne.

Misjonarz o wątpliwej reputacji, który korzystając z braku pozorów społecznej kontroli zachowuje się w sposób jawnie uwłaczający powołaniu. Wraz z gromadką swoich „wiernych” tworzy „dwór”, jakich wiele nawet dziś w Afryce. Ta scena przypomina mi spotkanie z polskimi księżmi w Togo, wołającymi z ambon w Polsce o pomoc, a mającymi świadomość, że nikt nie sprawdzi tego co czynią daleko poza ojczyzną. I na co ta pomoc jest często przeznaczana.

Może dlatego ten film ma tak bardzo osobisty wydźwięk. Bo jest ustawiczną konfrontacją zachowań galerii postaci, napotkanych na mojej drodze. Właśnie w Afryce.

Cobra Verde to żądza władzy. Kolonialne poszukiwanie kolejnego Elodrado. To film nie o Afryce i jej mieszkańcach. Ale o nas. O przybyszach z daleka, stawiających stopę na tym kontynencie i popadających w stany, o których istnieniu żaden z nas nie wiedział wcześniej. A może nawet nigdy nie zda sobie sprawy.

Polecam i film Herzoga i jego literacki pierwowzór pióra Chatwina "The Viceroy of Ouidah".

Paweł Średziński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu