afryka.org Czytelnia Poznaj Afrykę! Choubra

Kiedy po raz kolejny przyjechałem do Kairu, zatrzymałem się na misji katolickiej w dzielnicy Choubra. Do kościoła świętego Marka prowadziła wąska ulica, którą codziennie podążałem w kierunku stacji kairskiego metra. Owa ulica, czyli sharia El Besa zawsze zaskakiwała mnie swoją zmiennością, jakby czyniła to wbrew pozorom panującej monotonii.

Na El Besa czuło się nieprzyjemny zapach z lokalnej ubojni i pobliskiego sklepu mięsnego. Kwaśny odór był obecny przez siedem dni w tygodniu. Był na tyle silny, że nie zdołałem się do niego przyzwyczaić. Zatykał nos, kazał oddychać ustami. Z czasem zmieniłem trasę moich spacerów, przynajmniej tych wieczornych i przeciskałem się przez rząd drewnianych straganów na tutejszym targu.

Na El Besa wiecznie trwały roboty drogowe. Właściwie El Besa, podobnie jak większość ulic w dzielnicy nie była utwardzona. Ale służby odpowiedzialne za jej utrzymanie, wytrwale grzebały się w pyle wymieszanym ze śmieciami, które zalegały na całej długości El Besy. Zwłaszcza pewnego wtorkowego przedpołudnia. Otóż dokładnie na środku ulicy, ktoś wykopał dziurę. Owego przedpołudnia, również ktoś, postanowił kopać dalej.

Kopała jedna osoba. Oczywiście robiła to na zmianę ze swoimi kolegami po fachu. A było ich siedmiu. Rozsiedli się na hałdzie, wokół kłopotliwej dziury i patrzyli. Patrzyli tak godzinę, dwie, trzy, aż minął cały dzień. Patrzyli na swojego kolegę, który nie bez trudu, ale na pewno bez pośpiechu, obracał łopatą. Rozmyślali – tak to bardzo ciężka praca, i dzielili się własnymi spostrzeżeniami z tym, który w danym momencie przebywał na dole. Patrzyłem i ja. Dzień, dwa,… Minął tydzień. Zrozumiałem, że pośpiech jest zbędnym balastem, z którym żyjemy i pracujemy w Europie. Tak naprawdę najważniejsze jest spotkać się i porozmawiać z innymi. Podzielić rozmową. I nie gnać przed siebie, w bliżej nieokreślonym kierunku.

Tuż za bramą kościoła świętego Marka znajdował się warsztat samochodowy. Każdego dnia, przed tym zakładem napraw, stały, te same, trzy samochody. Właściciel warsztatu zajmował się przede wszystkim wulkanizacją. Kilka miesięcy temu stracił wielu stałych klientów. Za to wiedział bardzo dużo o zachodnim świecie, ponieważ oglądał telewizję satelitarną.

Kilka lat temu zakochał się w kobiecie. Pochodziła ze Stanów Zjednoczonych i pracowała jako stażystka w Białym Domu. To prawda, zakochał się w Monice Levinsky. Niestety, nigdy jej nie spotkał na sharia El Besa. Poznał ją za pośrednictwem szklanego ekranu. I chociaż telewizor rozdrapał ranę w jego sercu, to pomagał mu zapomnieć o nieszczęśliwej miłości. Zwłaszcza w nocy, w godzinach emisji „Różowej Landrynki” na… Polsacie.

Do kościoła świętego Marka przychodziło niewielu wiernych. Kościół koptyjski ma znacznie dłuższy staż w dziejach Egiptu, więc siłą rzeczy, wspólnota katolicka nie należała i nie należy do najliczniejszych w kraju nad Nilem. Podobnie jest w dzielnicy Choubra, uchodzącej za dzielnicę chrześcijańską, pomimo że, i tutaj, muzułmanie nie są mniejszością. Znacznie więcej osób pojawiało się wieczorem. A to za sprawą przykościelnego placu, który po zachodzie słońca, zamieniał się w ulubione miejsce spotkań katolików z Choubry.

Pod kościołem świętego Marka można było usiąść w cieniu drzewa mango, wypić colę, zagrać w piłkę nożną. Rodzice dyskutowali o polityce, pracy, sukcesach i niepowodzeniach, zaś ich dzieci spotykały się przy okazji wspólnej zabawy. Z kolei młodzi Egipcjanie przyglądali się uważnie śniadym dziewczynom, o wyzywająco wymalowanych twarzach. Jednak flirt ukrywał się za zasłoną krótkich spojrzeń, porozumiewawczych uśmiechów i nagłych wybuchów radości. Gruby makijaż stanowił sygnał, ale przyszli mężowie zdawali się nie zwracać uwagi na kobiece umizgi, ponieważ wiedzieli, że ostatnie słowo będzie należeć do rodziny.

Pod kościołem świętego Marka Robert zobaczył Monę. Robert pochodził z Polski. Kiedyś chciał zostać księdzem misjonarzem. Nie wyszło. Później studiował w Holandii, tak modne dziś zarządzanie. Pewnego lata odbywał praktyki w Kairze. Mieszkał dokładnie tam, gdzie ja, w domu parafialnym na El Besa. Wkrótce poznał Monę. Po paru dniach znajomości postanowił zaręczyć się z ukochaną. Wiadomo, małżeństwo to poważna sprawa. Rodzice Mony byli szczęśliwi z faktu, iż najmłodsza córka znalazła wyjątkowego kandydata na pana młodego. Z tej okazji zorganizowali wielką uroczystość.

Po raz pierwszy spotkałem Monę w Amsterdamie. Przyjechała, żeby odwiedzić narzeczonego. Przyjechała z bratem, który występował w roli przyzwoitki. Potem Robert wyjechał do pracy w jednym z hoteli w Dubaju. Zapomniał o Pawle z Polski, zapomniał o Monie.

W wigilię rozpadu związku Roberta z Moną znalazłem się na El Besa. Dowiedziała się o tym Mona i przybiegła do mnie, zasypując kłopotliwymi pytaniami. Gdybym znał odpowiedź. Nie wiedziałem, że Robert ściska już zdjęcie innej kobiety. Póki co, starałem się uspokoić zmartwioną dziewczynę. Niestety na próżno.

Mona była przesympatyczną młodą osobą, o nieprzeciętnej urodzie. Bardzo ją polubiłem. Wreszcie jako znajomy Roberta zostałem zaproszony do jej domu.

Rodzina Mony mieszkała dwie przecznice dalej, na ostatnim piętrze zaniedbanego domu. Domu, jakich wiele w Kairze. Na dachu, obok ludzi, żyły kozy i kury, pilnowane przez dwa psy. Psy były pasją brata Mony, takim rodzinnym hobby. Znów usłyszałem – Co dzieje się z Robertem. Dlaczego jego telefon odbiera kobieta – i szczerze żałowałem Mony.

Przyjemnie upływał czas w domu państwa Latif. Rozmowa ciągle obracała się wokół Roberta. I nadszedł koniec wizyty, chociaż gospodarze nie zamierzali mnie wypuścić. Musiałem jechać na spotkanie z uchodźcami z Sudanu. Wtedy brat Mony zapytał:

„Czy jesteś żonaty? Czy masz dziewczynę?”

Zrozumiałem…

Nigdy więcej nie miałem okazji odwiedzić domu Mony. Spotkałem ją tuż przed samym wyjazdem, jeszcze uśmiechniętą, bo nieświadomą nadchodzącej przyszłości. Kilka miesięcy później Robert oficjalnie zerwał zaręczyny. Tak skończyła się historia jednej znajomości, o jaką bardzo łatwo w Kairze.

***

Kiedy wypowiadam słowo Choubra, kiedy myślę o tamtych dniach spędzonych na ulicy El Besa, przypominam sobie pewien szczegół, który kojarzy mi się wyłącznie z tą dzielnicą. Jest to ściana walącego się budynku. Owa ściana, pomalowana na zielono, to nic innego jak tylko reklama. Reklama środków dezynfekujących. Biegały po niej ogromne karaluchy, naniesione czarną farbą na uspokajające barwy tła. Poniżej billboardu znajdowała się ubojnia i sklep mięsny. Kwaśny odór był obecny przez siedem dni w tygodniu. Był na tyle silny, że nie zdołałem się do niego przyzwyczaić. Zatykał nos, kazał…

Kofi

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu