Afrykańskie drogi po Oskary

afryka.org Kultura Film Afrykańskie drogi po Oskary

Nie ma co ukrywać. Być może prestiż takich festiwali jak w Cannes i Toronto, czy Berlinale i Sundance jest dużo wyższy, ale w ostatecznym rozrachunku najbaczniej obserwuje się nagrody wręczane podczas hucznej i tandetnej gali oskarowej. O ile świadomość o zwycięzcach innych nagród filmowych jest dosyć nikła (podejrzewam, że mało kto kojarzy ostatnich trzech Palme d'Or z Cannes), to zdobywców Oskara za Najlepszy Film zna wielu przypadkowych kinomanów.

W pewnym sensie, ze wszystkich nagród rozdawanych podczas gali w Los Angeles, najwyższym prestiżem w środowisku krytyków cieszy się Oskar za Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Zapewne po części dlatego, że jest to jedyna nagroda, gdzie kinematografia z reszty świata może konkurować; po części dlatego, że wybory w tej kategorii wydają się często trafne. Nagrodę za 2006 rok wygrał niemiecki obraz „Życie na podsłuchu”, a wśród zwyciezców ostatnich lat mamy kanadyjski „Inwazja barbarzyńców” czy hiszpański „W stronę morza”. Prawie każdy nominowany film jest obrazem światowej klasy i, jak się zdaje, selekcjonerzy rzadko kiedy błądzą.

Procedura zgłoszeń do Oskara jest specyficzna. Nie każdy może wytypować obraz, tylko robi to stowarzyszenie filmoznawców właściwe dla danego kraju i może ono zgłosić jeden film. Oczywiście jest to dobrowolne, ale powoduje w niektórych krajach klęskę urodzaju (szczególnie dotkliwa przypadłość kina hiszpańskiego, brazylijskiego czy koreańskiego w ostatnich latach).

Temat Afryki na Oskarach pojawia się ostatnio bardzo często, wręcz można mówić o jego popularności; dla przykładu: „Nigdzie w Afryce”, „Hotel Ruanda”, „Babel”, „Ostatni Król Szkocji” czy „Wierny Ogrodnik”. Ale i sama kinematografia afrykańska regularnie zaczęła się ostatnimi czasy pojawiać, właśnie w kontekście nagrody dla filmu obcojęzycznego.

Pierwszym dziełem w historii kinematografii afrykańskiej, które zdobyło nominację i jednocześnie pierwszego „afrykańskiego” Oskara jest film „Z”. Nakręcony co prawda za algierskie pieniądze w Algierii, ale „de facto” to obraz greckiego reżysera Costa Gavras. Dramat polityczny umiejscowiony najprawdopodobniej w Grecji w latach 60-tych jest pierwszą oskarową zdobyczą kontynentu w dużym cudzysłowie. Od tego czasu filmy afrykańskie zaczęły być zgłaszane dosyć często, przy czym regularnie robiły to głównie państwa Afryki Północnej. Idąc dalej, Egipt od 1971 roku typuje filmy średnio raz na dwa lata, ale jeszcze nigdy nie został uhonorowany. Często startuje po nominacje Algieria, nieco rzadziej Maroko czy RPA. Pojedyncze obrazy zgłaszały też Czad („Abouna”), Kamerun („Notre Fille”), Burkina Faso („Yaaba”), Tunezja („Le Magique” oraz „The Magic Box”) i Tanzania („Maangamizi: The Ancient One”).

Drugi film wytypowany przez państwo afrykańskie powtórzył sukces „Z” i wygrał Oskara. Obraz „Czarno biały w kolorze” został zgłoszony przez Wybrzeże Kości Słoniowej w 1976 roku, ale tak naprawdę był to debiut Francuza Jean Jacques-Annaud (znanego później, m.in. z „Imię róży”, „7 lat w Tybecie” czy „Wróg u bram”). W odróżnieniu jednak od „Z”, film jest niezwykle afrykański w wymowie i dotyka problematyki francuskiego kolonializmu.

Trzecim, i jak dotychczas ostatnim filmem z Afryki (a zarazem jedynym w pełni „miejscowym”), który zdobył statuetkę, jest znany także z ekranów polskich kin „Tsotsi” (2005) w reżyserii Południowoafrykańczyka Gavina Hooda. Sporymi sukcesami w zakresie Oskarów może poszczycić się czołowy algierski reżyser Rachid Bouchareb, którego obrazy czterokrotnie zgłaszano do tej nagrody, a dwukrotnie zdobywał nominacje za filmy „Poussières de vie” (1996) i „Indigenes” (2006). Pozostałe nominacje otrzymywały dzieła z Algierii („The Ball” w reżyserii Włocha (!) Ettore Scola (1983)) i z RPA („Yesterday”, reż. Darrell Roodt (2004)).

Jak widać, dorobek afrykańskiego filmu jest dosyć skąpy, tym bardziej jeśli pominąć obrazy pseudoafrykańskie nakręcone przez „zamiejscowych”. Z drugiej strony, jako kontynent statystycznie wypada znakomicie – na 7 nominacji 3 wygrane. W ostatnich latach zaznaczył się pewien trend i od 2004 roku Afryka ma zawsze jednego reprezentanta w finałowej piątce, co rokuje nieźle na przyszłość.

Mimo niedawnych sukcesów afrykańskie filmy są wciąż niechętnie zgłaszane do wyścigu oskarowego. Do walki o trofeum za rok 2007 przystąpiły 63 kraje, ale nie ma wśród nich żadnego filmu z RPA ani z Maroka. Stojąc w szrankach z argentyńskim „XXY”, czeskim „Obsługiwałem angielskiego króla”, francuskim „Persepolis”, rumuńskim „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, hiszpańskim „Sierociniec” i oczywiście polskim filmem „Katyń” może i ciężko liczyć na sukces. W szczególności jednak dziwi brak zgłoszeń ze strony Tunezji dla filmu „La Graine et le Mulet” Adbel Kechiche i chociażby symbolicznego historycznego akcesu Nigerii w postaci obrazu „Ezra” Newtona A. Iduaki, najciekawszego nigeryjskiego reżysera młodego pokolenia. Na odwagę zdobyli się tylko Egipcjanie, którzy wystawili do boju „Fi shaket Masr El Gedeeda” (angielski tytuł „In the Heliopolis Flat”) czołowego reżysera Mohameda Khana. Ostatnimi czasy artysta nie miał dobrej prasy – krytykowano go za komercjalizację i odejście od poważnej kinematografii na rzecz ckliwych melodramatów. I jego najnowszy film jest właśnie… „ckliwym melodramatem”. Jednak tym razem Khan – niczym egipski Fellini – stworzył znakomitą i wciągającą symboliczną opowieść o miłości, w której nie boi się dotykać tematów ogólnospołecznych. Krytycy nie zostawiający dotychczas suchej nitki na reżyserze dość zgodnie ogłosili obraz najlepszym egipskim filmem roku – niezwykły w swej zwykłości i przez niektórych przyrównywany do klasycznego już obrazu Wong Kar-Wai'a „Spragnieni miłości”.

Trudno powiedzieć, czy dramat romantyczny to materiał oskarowy, ale biorąc pod uwagę, że Hiszpanie zgłosili horror, Norwegowie komedię romantyczną, Francuzi bajkę, a Urugwajczycy komedię o tytule "Toaleta Papieża”… może tym razem Egipcjanom się poszczęści.

Przemek Stępień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

 Dokument bez tytułu