Afrykański ruch zielonych Wangari Maathai

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Afrykański ruch zielonych Wangari Maathai

Wangari Maathai, kenijska działaczka, aktywistka ekologiczna i polityczna, założycielka partii zielonych w Kenii (Mazingira). Pierwsza kobieta z Afryki Wschodniej i Środkowej, która zdobyła doktorat na afrykańskiej uczelni. Laureatka pokojowej nagrody Nobla w 2004 r., głównie za swoją działalność w Ruchu Zielonego Pasa (Green Belt Movement), w ramach którego posadzono tysiące drzew, co znacząco spowolniło proces pustynnienia Kenii. W 2002 r. Wangari Maathai została parlamentarzystką w Kenii, osiągając nieprawdopodobny wynik: 98% głosów. Wywiad przeprowadzony w kwietniu 2009 r. w Nairobi przygotowali: Miłka Stępień i Frederic Piqueray.

– Jest pani pierwszą kobietą z doktoratem w Afryce środkowej i wschodniej. Jak się pani czuła, odbierając dyplom?

– Bardzo dziękuję. To naprawdę wielka przyjemność dzielić się tymi przeżyciami. Był to rok 1971. Moment był szalenie ekscytujący, nie tylko dlatego, że byłam pierwszą kobietą, która otrzymała doktorat, ale także dlatego, że dyplom wręczył mi nasz pierwszy prezydent – Kenyatta. Był bardzo popularny. Czułam się fantastycznie. Ale – co ciekawe – lokalne media w ogóle o mnie nie wspomniały. Być może dlatego, że przyjechał prezydent i wszystkie przekazy dotyczyły jego? Zawsze jednak myślałam, że to raczej typowe: kobiety są często ignorowane, nawet gdy osiągają coś ważnego.

– Proszę nam opowiedzieć o problemach ekologicznych w Kenii, które doprowadziły do utworzenia Ruchu Zielonego Pasa.

– Pracowałam wtedy nad doktoratem. Wkrótce po rozpoczęciu badań zdałam sobie sprawę, że coś niepokojącego dzieje się ze środowiskiem. Jednym ze wskaźników było brązowienie liści, szczególnie w porze deszczowej, oraz znikanie dobrej jakości gleb. Częściowo wynikało to z faktu, że w czasach kolonialnych usunięto z wielkich połaci ziemi pierwotną roślinność, przekształcając je w tereny rolnicze. Wycięto także nasz rodzimy las i posadzono eukaliptus i sosnę – egzotyczne gatunki drzew, pochodzące z półkuli północnej i południowej, które nie mają takich zdolności absorbcji wody oraz jej retencji. Prowadzi to do powodzi i wypłukiwania gleb.

W roku 1975 odbyła się pierwsza konferencja ONZ na temat kobiet. W czasie przygotowań do niej – tu, w Kenii – często spotykałam się z kobietami ze wsi. Narzekały na brak drewna opałowego, materiałów budowlanych, żywności. Zdałam sobie sprawę, że większość z nich pochodzi z obszarów, gdzie wprowadzono uprawy komercyjne, takie jak herbata czy kawa. W tym celu trzeba było oczywiście usunąć mnóstwo roślinności, szczególnie krzewów, które tradycyjnie dostarczały ludziom drewna opałowego oraz budulca. Pamiętałam z własnego dzieciństwa, że dawniej było tam mnóstwo drewna, które można było zbierać. I tak, łącząc te wszystkie obserwacje, zdałam sobie sprawę, że trzeba coś z tym zrobić. Podczas przygotowań do konferencji zaproponowałam innym uczestniczkom, czy nie mogłybyśmy sadzić drzew. Tak narodził się ten pomysł.

– Zasadą działania Ruchu Zielonego Pasa jest docieranie do zwykłych ludzi. Początkowo sama uczyła pani wiejskie kobiety sadzić drzewa. Dlaczego właśnie kobiety – i dlaczego sama? Czy to najlepsza metoda wprowadzania zmian?

– Współpracowałam wtedy, pod auspicjami Krajowej Rady Kobiet, z członkiniami rady pochodzącym głównie z terenów wiejskich. Po drugie – w tej części świata to głównie kobiety pracują w polu. Mężczyźni – tylko wtedy, gdy jest to praca najemna, za pieniądze. Taki jest tradycyjny model rodziny. Zależało mi, aby projekt się powiódł, dlatego zaangażowałam się w jego realizację osobiście. Stało się to dla mnie bardzo ważne. Zazwyczaj ludzie wykształceni nie angażują się w pracę na roli, wydaje mi się więc, że było to dla wieśniaczek zachęcające – widzieć, jak ja, kobieta wykształcona, na kolanach, brudnymi rękami sadzę drzewa w ich interesie. Pomimo więc, że nie było to z góry zaplanowane, okazało się bardzo dobrą strategią.

Dziś, patrząc wstecz, myślę, że rozwój Afryki powinien się odbywać właśnie w ten sposób. Większość ludzi jest u nas na tym poziomie. Pracują na roli i wciąż jest to produkcja na własne potrzeby. Rozwinięte rolnictwo jest drogie, potrzeba na nie dużo środków, kapitału. Niewielu na to stać, toteż większość pracuje tak, jak pracowało się trzydzieści lat temu. Jestem przekonana, że to właśnie tam należy inwestować, czyli w zwykłych ludzi. Edukować ich w ich lokalnych językach, dawać im umiejętności, zachęcać do pracy, a także przeciwstawić się kulturze, która stała się obecnie dominująca w Afryce: kulturze bierności i uzależnienia od pomocy zewnętrznej.

– Doświadczyła pani różnych form dyskryminacji przez te lata: wyrzucono panią z uczelni, później, kiedy w Nairobi walczyła pani o lokalny targ, pobito panią i wtrącono do więzienia… Co dało pani siłę, by mimo to kontynuować pracę?

– Myślę, że miałam dużo szczęścia, ponieważ kształciłam się w Stanach Zjednoczonych i Europie, w latach sześćdziesiątych. Był to czas wielkiej aktywności studenckiej, walki o prawa człowieka, o pokój, głównie za względu na trwającą wtedy wojnę w Wietnamie. Także – czas nasilonego ruchu praw obywatelskich, prowadzonego przez takich ludzi jak Martin Luther King. Miało to na mnie ogromny wpływ i kiedy wróciłam do Kenii, zapragnęłam zobaczyć tu lepszy, sprawiedliwszy kraj. Włączyłam się do działania. Z początku nie dostrzegałam związku polityki z ekologią, ale z czasem to właśnie Ruch Zielonego Pasa otworzył mi oczy na fakt, że za zniszczenie środowiska w dużym stopniu odpowiada złe zarządzanie. Nasz rząd nie respektował praw człowieka, kobiet czy środowiska, nie promował równości. Zamiast się bogacić, coraz więcej z nas biedniało, a tylko nieliczni stali się bogaci naprawdę. Pracowałam z ludźmi biednymi i starałam się dostrzec, w jaki sposób mogłabym poprawić ich jakość życia. Zrozumiałam, że to nie lenistwo, niechęć do pracy czy nauki, ale system polityczno-ekonomiczny, który stworzyliśmy, był odpowiedzialny za ich ubóstwo. I właśnie z biedy niszczyli środowisko, od którego byli zależni – chociażby wycinając ostatnie drzewa na opał, co tym bardziej nasilało erozję gleby.

Powiązałam dobre rządzenie i respektowanie praw środowiska ze zdolnością ludzi do tego, by żyć ze sobą w pokoju. System stworzył bowiem tak wielu biednych, tak wielu młodych bezrobotnych, iż w rezultacie Kenia stała się krajem bardzo niestabilnym. I choć przykro to mówić, sytuacja do dziś nie poprawiła się zanadto. Niewielki procent ludzi ma kolosalne majątki, a ogromna większość cierpi biedę. Ludziom brak poczucia bezpieczeństwa. Ta niepewność, dodatkowo nakręcana przez polityków, bywa bardzo niebezpieczna – mieliśmy okazję zaobserwować to w zeszłym roku, kiedy doszło do ulicznych rozruchów. Zginęli ludzie…

– Co uważa Pani za swoje największe osiągnięcie?

– Oczywiście wielkim sukcesem było nadanie mi przez Norweski Komitet Noblowski Nagrody Pokojowej. Czuję się niezwykle zaszczycona, że zostałam wybrana jako reprezentantka kwestii, której dotąd nie doceniano: związku między stanem środowiska a pokojem, na poziomie krajowym, regionalnym i globalnym. Od tego czasu wiele osób w Afryce zdało sobie sprawę, że mnóstwo konfliktów, które nas dręczą, ma swoje źródło w nieprzestrzeganiu przez polityków praw człowieka i w sposobie podziału zasobów kraju. To właśnie ci, którzy są dyskryminowani, marginalizowani, wykluczeni, zwykle odwołują się do przemocy, szukając sprawiedliwości. Rozsądnie zarządzając zasobami ziemi, sprawiedliwie dzieląc się nimi, jesteśmy w stanie zapobiec lokalnym konfliktom, które występują na całym świecie.

– Czy uważa Pani, że kwestie środowiskowe są ważniejsze dla kobiet niż dla mężczyzn? Dlaczego?

– Nie, nie sądzę. Ale… w naszej części świata to kobiety są bardziej zależne od podstawowych zasobów natury: gleby, lasu, wody w rzekach. Jeżeli na skutek zniszczenia środowiska występuje susza, cierpią kobiety. Kiedy brakuje drewna na opał, cierpią kobiety. Gdy ma miejsce klęska nieurodzaju, ponieważ ingerencja w środowisko była nadmierna, cierpią kobiety. Mężczyźni bowiem w poszukiwaniu pracy często emigrują do miast, a nawet za granicę; kobiety zwykle zostają same z dziećmi. Ale być może kobiety w krajach rozwiniętych, choć nie muszą się bać o elementarne przetrwanie, są bardziej wrażliwe na sprawy ekologii, ponieważ troszczą się o jakość życia?

Wszystkim powinno zależeć na środowisku, ponieważ każdy z nas oddycha tym samym powietrzem, pije tę samą wodę i je tę samą żywność. Myślę jednak, że dla wielu mężczyzn zasiadających przy stołach, gdzie ustala się budżety państw i decyduje, na co przeznaczyć wydatki, liczą się przede wszystkim kwestie obronności, biznes, ekonomia, a nie dbałość o środowisko. Spójrzmy na przykład na Afrykę – to kontynent, gdzie ma miejsce wiele konfliktów. Państwa są bardzo niespokojne, niepewne swojej pozycji, dlatego priorytetem są dla nich sprawy obronności. Znacznie łatwiej wydadzą pieniądze na armię i uzbrojenie niż na ochronę lasu, wód, przeciwdziałanie pustynnieniu gleby. Niedawno byłam na spotkaniu z uchodźcami z Darfuru, mieszkającymi obecnie w północnej części Czadu. Byłam zszokowana poziomem procesów pustynnienia tego kraju: coraz bardziej pochłania go Sahara. A jednak priorytetem Czadu nadal jest obrona. Znajduje się bowiem w stanie wojny z Sudanem, a uchodźcy nieustannie przekraczają granicę z jednej strony na drugą. Dla prezydenta czy rządu tego kraju ministerstwo obrony będzie ważniejsze niż ministerstwo środowiska. Pomimo że Sahara pochłonęła kraj i że jest to tragedia dla środowiska, a w konsekwencji – ludzi. Procesy ekologiczne są bardzo powolne i widoczne tylko dla niektórych z nas, najbardziej zainteresowanych i wrażliwych. I właśnie dlatego, że nie są tak widoczne i bliskie naszej codzienności jak gospodarka czy bezpieczeństwo, jesteśmy gotowi je poświęcić – i czasami poświęcamy, na własną zgubę. Zanim bowiem zdamy sobie sprawę, że przeżywamy katastrofę ekologiczną, bywa już bardzo zaawansowana. Tak jak teraz w Czadzie: ludzie umierają, zwierzęta hodowlane zdychają, źródła wysychają, pola nie obrodziły… To bardzo niefortunne, że zniszczone środowisko zabija powoli. Znacznie bardziej szokuje ludzi szybka śmierć na skutek wypadku, niż powolna, spowodowaną stopniową degradacją środowiska.

– Co oznacza być „zielonym” w Afryce? Czy – bardziej precyzyjnie – być afrykańską kobietą zainteresowaną sprawami środowiska?

– Cóż… Kiedy zaczynałam, sytuacja była dość dziwna, ponieważ nikt nie mógł zrozumieć, dlaczego wykształcona kobieta miałaby marnować czas z prostymi, niepiśmiennymi ludźmi i zachęcać ich do sadzenia drzew. Ale to miało miejsce we wczesnych latach siedemdziesiątych. W tej chwili znacznie więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że to, co robiłam, było niezwykle ważne. Poza tym jestem z wykształcenia biolożką, a biologia mówi o naturze, o tym, czym są systemy przyrodnicze, od czego zależy ich stabilność i zmiana, jakie są nasze z nimi powiązania, w jaki sposób jesteśmy od nich zależni, by przetrwać. Kiedy to zrozumiemy, bycie „zielonym” jest niemal naturalne. I równie naturalne było dla mnie – nawet jeśli nie określałam się jako „zielona”, ponieważ to określenie pojawiło się znacznie później.

Myślę, że wielu ludzi inspiruje dziś to, co zrobiliśmy przez ostatnie 30 lat. Spotykam się z mnóstwem młodych osób, mężczyzn i kobiet, którzy bardzo się przejmują sprawami środowiska i aż się palą, aby coś robić. Szczególnie chętne i wrażliwe są kobiety. Nareszcie ludzie rozumieją, ze nie zwariowałam, że to sprawa ważna dla nas wszystkich.

– Czy jest coś szczególnego, co chciałaby Pani przekazać ludziom w Polsce?

– Kilka miesięcy temu byłam w Poznaniu na konferencji COP dotyczącej zmiany klimatu. Pokochałam Poznań – to piękne miasto. Tuż przedtem zostałam zaproszona przez byłego prezydenta Lecha Wałęsę, który również jest laureatem Nobla. Nie zdołałam skorzystać z zaproszenia, ale było to bardzo ekscytujące – znaleźć się w Polsce, gdzie ruch Solidarności zapoczątkował procesy, które zaowocowały upadkiem muru pomiędzy Wschodem i Zachodem. Nam, którzy walczyliśmy o bardziej demokratyczne państwa tu, w Afryce, dodawało to wówczas siły i pomagało realizować nasze własne marzenia. Wiem, że gdyby nie Lech Wałęsa, gdyby obywatele Polski nie dołączyli do Solidarności i nie powiodłoby się otwarcie Wschodu na demokrację, pewnie do tej pory byśmy walczyli, gdyż byliśmy częścią tej konfrontacji między Wschodem a Zachodem. Dlatego z sentymentem wspominam tamte wydarzenia. Obecnie miałam możność odwiedzić Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, byłam na Wydziale Biologii, rozmawiałam z ludźmi w Collegium Biologicum… Było to dla mnie bardzo miłe przeżycie i z wielką sympatią myślę o Polsce i Polakach. Wiem, że zimy są u was mroźne i jesteście bardzo zależni od węgla, by móc ogrzać swoje domy, ale bardzo się staracie zmniejszyć emisję CO2. Wiem również, że staracie się chronić lasy. Choć w Polsce jest ich wiele, nadal prowadzi się kampanię sadzenia drzew; powiedziano mi, że stanowi to część Kampanii na rzecz Miliarda Drzew na Świecie. Walczymy więc razem! W przyszłym roku w Kopenhadze spróbujemy wspólnie zająć się problemem ochrony lasów. Szczególnie ważne są lasy Kongo – wraz z tymi w Amazonii i w południowo-wschodniej Azji tworzą pas lasów tropikalnych niezwykle istotny dla rozwiązania problemu globalnego ocieplenia. Musimy też zwrócić się w stronę nowoczesnych, odnawialnych źródeł energii, tak by nie emitować tylu gazów cieplarnianych do atmosfery. Trzeba przekonać do tego ludzi, pokazać im alternatywę: nie powinni się bać, że stracą miejsca pracy. Oto więc moje przesłanie dla ludzi w Polsce: podziwiamy was, dziękujemy wam za pracę, szczególnie za Solidarność. I mamy nadzieję, że nie przestaniecie wspierać walki z globalnym ociepleniem.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiali Miłka Stępień i Frederic Piqueray, przedruk za zgodą Zielonych Wiadomości. Wywiad przygotowany w ramach działań Zielonych 2004 www.zieloni2004.pl.

 Dokument bez tytułu