Afryka w Rotterdamie

afryka.org Kultura Film Afryka w Rotterdamie

Afryka od jakiegoś czasu była bardzo popularna w Rotterdamie i zawsze można było zobaczyć sporo filmów z tego kontynentu. Jednakże w tym roku jest niezwykle ubogo – jeszcze na poprzednim Festiwalu było kilkanaście produkcji, teraz program przewiduje ich o połowę mniej i żaden nie jest nominowany do głównej nagrody. Wśród zaproszonych obrazów znalazł się jeden z RPA oraz kilka z Północnej Afryki. Zaskakującym jest brak propozycji ze środka kontynentu. Nie wliczam tu niezwykle mocnego i wzruszającego filmu o Ruandzie w reżyserii Koreańczyka Lee Isaac Chung "Munyurangabo", który można było zobaczyć w Polsce na Festiwalu „Ale Kino” w listopadzie ubiegłego roku.

Wśród afrykańskich propozycji największą ciekawość na tegorocznym Festiwalu w Rotterdamie wzbudza "Zimbabwe" w reżyserii nominowanego do Oskara Darrella Roodta. Temat niezwykle nośny ze względu na ciągnącą się agonię polityczną i gospodarczą w tytułowym kraju oraz fakt, że dotychczas brakowało poważnej próby zmierzenia się filmowców z jednym z najdotkliwszych problemów Afryki XXI wieku. "Zimbabwe" nie bezpośrednio opowiada o schedzie po Mugabe, a poprzez nielegalną imigrację do RPA. Tym samym łączy w jedno zapaść polityczno-gospodarczą Zimbabwe i jej wpływ na mieszkańców z szerzej pojmowaną problematyką migracji o charakterze uchodźczej.

Za kamerą stał chyba najbardziej "nierówny" południowoafrykański reżyser, który potrafi zrealizować znakomite i wzruszające obrazy jak "Yesterday" czy "Cry, the Beloved Country", tylko po to, by za chwilę wydać "chałę", jak "Dangerous Ground" z Ice Cube'm czy "Faith's Corner". Roodt ma problem z tonowaniem emocjonalności, zbyt łatwo przekraczając granicę między melodramatem a zwykłym kiczem. Nie wspomnę o świadomym 'rozmienianiu się na drobne' realizując horrory czy filmy science-fiction klasy B ("Dracula 3000" czy "Sumuru"). Akceptacja filmu w ramach Festiwalu w Rotterdamie daje nadzieje, że "Zimbabwe" to akurat jeden z jego udanych obrazów.

W Rotterdamie będzie można zobaczyć szaloną egipską komedię z nutką opery mydlanej "Heya Fawda" (tytuł miedzynarodowy "Chaos") w reżyserii Khaleda Youssefa i Youssefa Chahine'a (ostatni jest laureatem specjalnej nagrody w Cannes za dorobek artystyczny). Wielkobudżetowa produkcja pary popularnych i lubianych reżyserów trafiła do Rotterdamu po złamaniu kilku lokalnych rekordów kinowych w Egipcie. Dzielnicę Kairu o nazwie Choubra kontroluje twardą ręką policjant Hatem. Odwagę, aby sprzeciwić się skorumpowanemu oficerowi ma jedna kobieta, Nour, w której Hatem jest bezgranicznie zakochany. Jej serce należy jednak do Sheriff, uczciwego miejscowego prokuratora. Między trójką bohaterów dochodzi do starcia i dzielnicą zawładnął Chaos… Mam nadzieję, że macie ochotę na nieco egipskiego mydła…

Pozostałe trzy obrazy afrykańskie w Rotterdamie pochodzą z Maghrebu. Wśród najciekawszych znalazł się neorealistyczny algierski obraz "La maison jaune" (Żółty domek) w reżyserii Amor Hakkar. Życie berberskiej rodziny – matki, ojca i ich trzech córek – zostaje wywrócone do góry nogami po śmierci jedynego syna. Po trudach związanych z pogrzebem próbują odnaleźć się w nowej sytuacji. Wszystko opowiedziane w poetycki sposób, gdzie jednym z bohaterów jest algierska przyroda.

Do tego na Festiwalu odbędą się dwie premiery marokańskich filmów: "Marrakech Inshallah" braci Pierce oraz "Nûba of Gold and Light" Izza Genini. Ten ostatni to produkcja muzyczna w reżyserii królowej marokańskiego dokumentu. Opowiada o nûba, XIV-wiecznej arabsko-andaluzyjskiej muzyce, znanej też pod nazwą El Ala. Genini prowadzi widzów przez świat nûby, przedstawiając występy orkiestry i koncertów ulicznych, gdzie muzycy grają głosem, na skrzypcach i lutniach.

Zainteresowanych zachęcam do odwiedzenia strony.

Festiwal trwa od 23 stycznia do 3 lutego. Gdzie? Oczywiście w Rotterdamie.

Przemek Stępień

 Dokument bez tytułu