Afro-Ameryka 2011: “Song of Freedom”

afryka.org Kultura Film Afro-Ameryka 2011: „Song of Freedom”

Ten film jest wyjątkowy z kilku powodów. Po pierwsze z powodu głównego bohatera, Johna Zinga, zagranego przez niezwykłego afro-amerykańskiego śpiewaka i solistę, Paula Robesona. Powód drugi, scenariusz, który wymagał, po raz pierwszy w dziejach takich produkcji, akceptacji ze strony czarnego aktora. Nie była to zresztą praktyka częsta nawet w przypadku białych gwiazd kina.

Fabuła filmu „Song of Freedom” koncentruje się wokół losów wspomnianego Zinga, wnuka Afrykanina, który musiał zbiec ze swojej rodzinnej wsi i znalazł się w transporcie niewolników do Wielkiej Brytanii. Po wielu latach poznajemy bohatera, który już nie jako niewolnik, ale pracownik fizyczny pracuje w londyńskich dokach. To co jest wyjątkowe w filmie z 1936 roku, to fakt, że czarny aktor występuje w roli równego wobec białych. Razem z nimi pracuje fizycznie. Spędza z nimi wolny czas w pubie. Wreszcie zostaje odkryty przez Giovanniego Donizzetiego, i robi zawrotną karierę na teatralnych scenach, jako solista.

Przypadek sprawia, że Zinga dowiaduje się od jednego z widzów o swoim prawdopodobnym pochodzeniu. W ten sposób odżywa w nim nadzieja na odnalezienie ziemi przodków. Co więcej dowiaduje się o swoim królewskim pochodzeniu, o którym ma świadczyć jego medalion. Rusza zatem z misją pomocy swoim współbraciom. Jednak jego misja spotyka na opór ze strony miejscowej społeczności. Jest utożsamiany ze światem białych, więc nie zasługuje na zaufanie. Dopiero po wielu trudnych doświadczeniach dochodzi do dramatycznego finału, w którym Zinga zostanie uznany królem, a pomoże mu w tym pieśń. Pieśń, którą on sam wielokrotnie śpiewał, ale nie wiedział, jakie było jej źródło.

Film „Song of Freedom” nie jest jednak pozbawiony stereotypowych wyobrażeń. Znajdziemy w nim sceny z Afryki, w których Afrykanie są portretowani, jako dziki lud, któremu zdobycze białej cywilizacji mogą pomóc, ale oni w swoim zacofaniu je odrzucają. Jednak to co różni od kolonialnej propagandy film z Robesonem, jest osoba, która pomaga wyjść Afryce z zacofania. To nie biali, ale Afro-Amerykanie, a w tym filmowym przypadku postać Afro-Brytyjczyka, są tymi, którzy niosą tę pomoc. Jest w tym odwołanie do ruchu powrotu do Afryki, o którym głośno było w latach 20. w Stanach Zjednoczonych za sprawą Marcusa Garveya. Zinga stał się bowiem modelowym przykładem postawy promowanej przez Garveya – jest przedstawicielem afrykańskiej diaspory, który pomaga swojemu kontynentowi stać się znów wolnym i silnym. W tym przypadku niezwykle wymowna jest scena z mieszkania Zinga w Londynie. Jeszcze przed rozpoczęciem kariery i późniejszym wyjazdem do Afryki, razem z żoną staje on przed mapą Afryki i kreśli na niej prawdopodobne miejsca, z których może pochodzić jego rodzina.

A dlaczego warto obejrzeć „Song of Freedom”? Chociaż akcja filmu i sposób jego montażu odpowiadają konwencji współczesnych temu filmowi czasów, to sam film potrafi zaangażować nawet współczesnego widza. Jednak największym atutem tego filmu jest Robeson i jego niezwykły głos.

Robeson zagrał w „Song of Freedom” samego siebie. Też poszukiwał i przyznał się do swoich afrykańskich korzeni. Też zrobił karierę solisty. Nie wyjechał jednak, aby zamieszkać na stałe w Afryce. Działał za to na rzecz wyzwolenia afrykańskiej diaspory i Afrykanów, walcząc o ich prawa przez prawie całe życie.

Zobacz stronę Afro-Ameryka 2011!

 Dokument bez tytułu