Z cyklu: Mój dzień w Polsce – cz. 5 – Catherine Kasima Kanda

afryka.org Czytelnia Czytelnia Z cyklu: Mój dzień w Polsce – cz. 5 – Catherine Kasima Kanda

Nazywam się Catherine Kasima Kanda i urodziłam się 16 lipca 1985 roku w Gdańsku. Mam wspaniałą rodzinę, którą bardzo kocham: moja mama jest Polką, a mój tata pochodzi z Demokratycznej Republiki Konga. Mam też dwie młodsze siostry. Imię Catherine otrzymałam dlatego, bo Mama z Tatą rezolutnie przewidzieli, że łatwiej mi będzie w Polsce z tym imieniem, jeśli zdecydowałabym się spędzić tutaj resztę życia, niż gdziekolwiek indziej z imieniem Katarzyna, gdybym jednak zamierzała wyjechać .

Od najmłodszych lat rodzice tłumaczyli mi, że mieszkając w Polsce muszę szczególnie uważać na swoje postępowanie ponieważ będąc tu jestem odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale za to, jak ludzie będą postrzegać Afrykańczyków. „Kasiu” mówili „Ludzie o wiele łatwiej zauważają różnice niż to, co łączy. Ty dla nich nie jesteś Kasią, tylko Afrykanką. Oni patrząc na Ciebie wierzą, że taka jest przeciętna Kongijka i tworzą sobie opinię na temat mieszkańców Konga i Afryki. To co robisz jest obserwowane uważniej niż ci się wydaje.” Zawsze podświadomie wierzyłam w te słowa ale nie od razu wiedziałam co chcieli mi w ten sposób przekazać. Dopiero teraz, z perspektywy czasu widzę, jak zdeterminowały one to kim jestem. Z nich też wypływa moja duma, którą niektórzy poczytują za zarozumiałość. I tak samo postępuję w Polsce, będąc Kongijka, jak gdziekolwiek indziej, będąc Polką.

Gdy miałam dwa i pół roku całą czteroosobową rodziną wyjechaliśmy do Konga. Nie zawsze jestem w stanie odróżnić od siebie wydarzenia, których byłam świadkiem, od tych które znam tylko z opowiadań innych. Kiedy zaczynam myśleć o tamtym okresie przed oczami powstają niewyraźne obrazy, które bardziej wydają mi się snem bądź moją fantazją, niż tym, co zdarzyło się naprawdę.

I tak, zgodnie z jedną z zasad, że człowiek pamięta najlepiej to, co wzbudziło w nim największe emocje, bez problemu mogę przypomnieć sobie na przykład swój pierwszy dzień w szkole Les petits agneaux w Kinszasie. Zajęcia w niej odbywały się pod gołym niebem. Miałam wtedy pięć lat i byłam bardzo zdenerwowana, ale i podekscytowana i dumna ze swoich książek (które oczywiście już wszystkie wcześniej przeczytałam, jak tylko nauczyłam się czytać) i białej bluzki z niebieskimi guzikami. Nauczyciel był surowy, ale stawiał dobre stopnie, więc go… lubiłam.

Zajęcia odbywały się po francusku, który jest językiem urzędowym w Kongo. U mnie w domu też mówiło się po francusku, to znaczy mój tata i my, a mama mówiła po polsku. Teraz jest podobnie, ale tylko tata mówi po francusku, a my i mama odpowiadamy po polsku. Może to wygląda zabawnie, ale dla mnie to, że w domu słychać jednocześnie dwa różne języki, które się ze sobą przeplatają to najnaturalniejsza rzecz na świecie. Najważniejsze, że wszyscy się rozumiemy. I kochamy. „Jesteśmy jak naczynia połączone” powtarzała Mama. „I dopóki będziemy naprawdę razem, jesteśmy w stanie pokonać wszystkie przeciwności”.

Był też kiedyś okres, że ja z Anią, moją siostrą, gdy rozmawiałyśmy, mieszałyśmy ze sobą trzy języki, oprócz polskiego i francuskiego jeszcze lingala, którym posługuje się w Kongo większość ludzi. Mama, aby nas zrozumieć musiała czekać do powrotu taty. „Sylwuś” – mówiła. – „Nawet nie wiesz jakie to jest uczucie dla matki nie rozumieć tego co mówią jej własne dzieci”. Ale ta niezręczna sytuacja trwała niedługo, bo wkrótce i mama radziła sobie z lingala.

Na naszym podwórku rosły drzewa mango, a smak jabłek był dla mnie nieznany. Za to codziennością były komary, ich roje, które wieczorami kąsały bezlitośnie tak, że wszyscy spaliśmy pod moskitierami. Pewnego wieczora moi rodzice postanowili zrobić zawody w łapaniu komarów, w jednym pokoju mama pozbawiła życia około pięćdziesięciu czy siedemdziesięciu o ile dobrze pamiętam i tata podobnie. A teraz nawet jeden w nocy nie daje mi zasnąć.

To co odróżnia afrykański krajobraz od tego, do którego przywykłam w Polsce to niesamowita przyroda, potężna i tętniąca życiem. Moje wspomnienia pełne są zieleni, drzew, śpiewu ptaków, palącego słońca i ciepłego deszczu. I przypominam sobie też rzekę i ludzi płynących na barkach, których ujrzałam pewnego dnia…

Nie wiedziałam dlaczego moi rodzice zdecydowali, że wracamy do Polski w 1991 roku. I dlaczego tylko mama, ja i moje siostry, a tata musiał jeszcze zostać. Jedyne co jestem w stanie przywołać w pamięci to fakt, że nasz wyjazd był kilkakrotnie przekładany z nieznanych mi powodów i że byłam bardzo podekscytowana czekającą mnie daleką podróżą do Polski, o której tyle przecież słyszałam a nigdy nie wiedziałam czym jest dokładnie. Tak bardzo chciałam zobaczyć ten śnieg, którego nie umiałam sobie nawet wyobrazić.

Po przyjeździe do Polski osiedliliśmy się w Białymstoku, gdzie mieszkała moja babcia. Ona to dopiero nie rozumiała co mówiłam. Poszłam do szkoły do klasy zerowej i już wtedy zauważyłam, że jestem z jakiegoś powodu wyjątkowa, tyle tylko, że nie wiedziałam, na czym ta wyjątkowość dokładnie polega. Dzieci przyglądały mi się uważnie i z ciekawością. Czułam się dziwnie. W końcu jeden chłopiec podszedł do mnie i zaproponował, że się ze mną pobawi. To mi dodało trochę pewności siebie, ale i tak widziałam jak inne dzieci szeptały coś pod nosem wskazując na mnie palcem. Pod tym względem dzieci są szczególnie brutalne. Nie dają ci zapomnieć że jesteś inna. Dorośli to przynajmniej stwarzają pozory.

Kiedy byłam w czwartej klasie szkoły podstawowej pani kazała dzieciom na lekcji napisać list do osoby, z którą siedzimy w ławce. Ze mną siedziała Emilia od której dostałam następujący list. Mam go jeszcze w pudełku:

Cześć Kasiu!

Chcę Ci powiedzieć, że gdy Cię poznałam na początku roku szkolnego już wiedziałam, że spodoba się Tobie nasza klasa. I tak się stało, polubiłaś naszą klasę a my polubiliśmy Ciebie.

Na wszystkich lekcjach gdy ze mną siedzisz czuję się jakoś dziwnie nie dlatego, że masz inny kolor skóry ale chyba dlatego, że jesteś nowa ale powoli przyzwyczajam się do tego.

Myślę, że zostaniesz moją przyjaciółką na zawsze i że będziemy żyć w zgodzie. Teraz gdy siedzimy i uczymy się razem w jednej ławce myślę, że będziemy zawsze razem bawić się z innymi dziećmi.

Do jutra Kasiu
Twoja przyjaciółka Emilia

To był pierwszy raz, gdy ktoś mi otwarcie powiedział że mam inny kolor skóry. Miałam wtedy dziesięć lat.

Kiedy kończyłyśmy szkołę podstawową koleżanka zapytała mnie kiedyś, czy nie mam kłopotów z tożsamością? Czy czuję, że mam dwie ojczyzny? A może nie mam żadnej? Musiałam się zastanowić, żeby jej odpowiedzieć. To prawda że mam czasami nieodparte uczucie wiedzieć jak to jest być takim jak inni. Zupełnie niczym się nie wyróżniać – bo ani w Polsce ani w Kongo nie miałam okazji tego doświadczyć. Jak to jest przejść sobie ulicą wiedząc że nikt nie zwraca na ciebie uwagi, a raczej ty nie zwracasz uwagi? Ale doszłam do wniosku, ze wcale nie muszę się z niczym utożsamiać. Mam korzenie zapuszczone na obu kontynentach, a moja ojczyzna jest tam, gdzie moje serce. A moje serce jest zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie.

Catherine Kasima Kanda 

Przeczytaj:

cz. 1 cyklu – Inedes Alryne Mabounda Ntsiomo z Konga-Brazzville
cz. 2 cyklu – Maame Abena Sarfoah Bonsu z Ghany
cz. 3 cyklu – Pedro Lwitu Brás Kabanje z Angoli
cz. 4 cyklu – Rosetta Iquo Edet z Nigerii 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *