Marek Garztecki pyta: Soweto String Quartet

afryka.org Kultura Muzyka Marek Garztecki pyta: Soweto String Quartet

Po prostu do Afryki – odpowiada Reuben Khemese, wiolonczelista Soweto String Quartet (SSQ), na pytanie do jakiego świata: klasyki, jazzu, czy popu należy tworzona przez zespół muzyka. Jego brat, pierwszy skrzypek i lider kwartetu, Sandile Khemese uzupełnia – Wykorzystujemy wszystkie wpływy do tworzenia nowej formy muzyki. Istotne jest, że nie natrafia ona na barierę pokoleniową, lubią ja tak młodzi jak i starsi.

Mamy wykształcenie klasyczne, ale wykorzystujemy to, że jesteśmy Afrykańczykami. Afrykańskość można wyczuć niezależnie od tego co gramy – klasykę, jazz czy fusion music. Stosujemy dużo improwizacji. Wiele rzeczy na „Zebra Crossing” powstało w studio zupełnie spontanicznie. Album ten jest syntezą wszystkich tych wpływów. Wiele osób na całym świecie miało kłopoty z jego sklasyfikowaniem. W Australii byliśmy jednocześnie na pierwszym miejscu listy klasycznej i na szesnastym listy pop.

Na które skoczyliśmy z pozycji 86 – dodaje Reuben, kontynuując. – Niewielu by sądziło, że zaaprobuje naszą muzykę Yehudi Menuhin, a przecież powiedział to publicznie. Luciano Pavarottiego, który przyszedł na nasz koncert porwało do tańca. Podobnie było, gdy występowaliśmy w Berlinie w czasie wizyty Nelsona Mandeli. Kiedy przyłączył się do nas na estradzie i zaczął tańczyć sala dosłownie oszalała. Mieliśmy równie entuzjastyczne przyjęcie w Hong Kongu jak i na Światowym Forum Ekonomicznym w Szwajcarii.

Jesteśmy – wtrąca Sandile – jedynym zespołem południowoafrykańskim, który zdobył uznanie na całym świecie, bowiem wnieśliśmy coś nowego, coś czego przedtem nie było.

Osobę, która nigdy uprzednio nie miała do czynienia z muzyka południowaafrykańską, „Zebra Crossing”, będąca płytowym debiutem SSQ zaskoczy swą różnorodnością. Niewielu bowiem Europejczyków zdaje sobie sprawę z tego, że na obszarze obecnej RPA kształtowały się wpływy kultur afrykańskich z angielską, holenderską, hinduską, a nawet malajską w sposób analogiczny do tego jak stało się to w rejonie Morza Karaibskiego i południa Stanów Zjednoczonych. Bardzo istotna jest tradycja południowoafrykańskiej muzyki religijnej gospel i oryginalnego, miejscowego jazzu, który był bodaj pierwszą multi-etniczną muzyką Afryki.

Gdy zaostrzające się rasistowskie restrykcje położyły w połowie lat 60-tych kres współpracy Czarnych i Białych muzyków, zmuszając najwybitniejszych z nich jak Dollar Band, chris McGregor czy Hugh Masakella do emigracji, powstałą próżnię wypełniła muzyka kwela będąca ujazzowioną formą lokalnego folkloru. Zepchnięci do townships – getta tworzone na obrzeżach „etnicznie” oczyszczonych białych metropolii – Afrykańczycy tworzyli własną muzykę popularną jak township jive czy mbaqanga. Jej centrum stał się największy township zwany Soweto. Dla większości, nawet tych utalentowanych muzycznie, głównym źródłem kontaktu z muzyką był kościół. Studia w konserwatorium były poza zasięgiem możliwości.

Nasi rodzice byli muzykami – wspomina Reuben. – Zanim jeszcze zostali małżeństwem należeli do tego samego chóru. Po ślubie, w 1957 roku, ojciec założył własny chór przy kościele Metodystów a matka w nim śpiewała. Wyrastaliśmy w kulturze muzycznej. Obaj śpiewaliśmy w chórze ojca, podobnie jak i reszta rodzeństwa. Nasze siostry są w nim po dziś dzień. Nasz wuj był pierwszym w Soweto, który uczył się gry na skrzypcach. Później założył własną szkołę muzyczną. Kiedy mamy spotkania rodzinne wtedy razem śpiewamy i muzykujemy. To coś, co tkwi w nas głęboko.

Pierwsza wersja Kwartetu, jak wspomina Sandile, powstała w 1978 roku. Rok później przyszło zaproszenie na Międzynarodowy Festiwal Orkiestr Młodzieżowych w Aberdeen w Szkocji. Jego rezultatem było czteroletnie stypendium i studia dyplomowe w Manchesterze. Powrót w 1986 roku do Afryki Południowej, mocno jeszcze tkwiącej w okowach apartheidu był dla Sandile bolesną lekcją. Jako „Czarny” nie był w stanie znaleźć zatrudnienia w białych orkiestrach symfonicznych zaś w rodzinnym Soweto zainteresowanie muzyką klasyczną było minimalne.

Pracowałem jako wolny strzelec, muzyk sesyjny – wspomina dziś. – Imałem się każdego grania, byle by tylko utrzymać się przy życiu. Ponieważ wybraliśmy swoje instrumenty z miłości do muzyki, wspólna gra dawała nam satysfakcję, ale nie źródło zarobku. Punkt zwrotny nastąpił w 1989 roku, gdy opuściło nas dwóch członków pierwszego składu. Na ich miejsce dobraliśmy dużo młodszych muzyków, którzy byli naszymi uczniami. Wtedy zaczęliśmy eksperymentować z naszą własną muzyką, z afrykańskimi rytmami i melodiami. Zaczęliśmy pracować nad poszerzeniem repertuaru, tworząc zręby tego, co później znalazło się na naszym pierwszym kompakcie. Rezultaty tego bardzo się naszym afrykańskim słuchaczom spodobały, a wkrótce okazało się, że również podobają się na całym świecie.

Mimo międzynarodowych sukcesów członkowie SSQ pielęgnują własne korzenie.

Naszą bazą pozostaje Soweto – podkreśla Reuben. – Tam też mieszkamy. Mieliśmy szczęście, bo decyzja nagrania naszej pierwszej płyty zbiegła się ze zmianami politycznymi w RPA, początkiem naszej demokracji. Symbolizuje to tytuł naszej płyty, „Zebra Crossing”, białe i czarne pasy wymalowanej na ulicy zebry to różne grupy naszego społeczeństwa, łączące się w nowej demokracji. To również przekroczenie wszelkich barier, językowych, kulturowych, geograficznych, wiekowych i muzycznych. To jest muzyka wielokulturowa, muzyka globalna, coś dla ludzi szukających czegoś nowego, świeżego. Jednocześnie chcieliśmy też pokazać jak bardzo elastyczny, podatny na nowe wpływy może być klasyczny kwartet smyczkowy.

Na trzynaście umieszczonych na „Zebra Crossing” utworów tylko dwa będące opracowaniami tradycyjnych, afrykańskich kołysanek, nagrane są wyłącznie ze smyczkami, a w dwu innych wspiera je dyskretnie flet i syntezator. Sam SSQ tworzą bowiem, obok moich rozmówców – Sandile Khemese (pierwsze skrzypce) i Reubena Khemese (wiolonczela) – również Thami Khemese (drugie skrzypce) i Makhosini Mnguni (altówka). W reszcie utworów „elektryczna” sekcja rytmiczna stanowi integralną część brzmienia zespołu nadając mu wyraźnie funkowy charakter. Osobistych preferencji członków zespołu najbliższa jest niewątpliwie „ Bossa Baroque” Dave’a Grusina, ale cech unikalnych nadają ich muzyce trzy kompozycje w stylu kwela, w tym spinający płytę klamrą „Mbayi Mbayi”.

Ten ostatni dokumentuje historię zniszczenia przez rasistowski reżim, słynnej wieloetnicznej dzielnicy Sophiatown, miejsca narodzin południowoafrykańskiego jazzu. Tego aktu destrukcji bracie Khemese, jako mali chłopcy byli sami świadkami.

Sophiatown – wspomina Sandile – była unikalnym miejscem, bowiem przez lata ludzie różnych ras wspólnie w niej zamieszkiwali, co reżim uznał za wyzwanie dla swej polityki segregacji. Dlatego zrównano je z ziemią a nas wysiedlono do miejsca dziś znanego jako Soweto. Sophiatown odegrał bardzo ważną rolę. Stamtąd wywodzą się znani muzycy, sportowcy, a nawet ludzie, którzy dziś są w rządzie. Dlatego właśnie nagraliśmy „Mbayi Mbayi” mówiący o strzelaniu do ludzi, utwór, który stał się pieśnią ruchu oporu, aby młodzi ludzie nigdy nie zapomnieli, że istniało coś takiego jak Sophiatown.

Niestety – jak stwierdza ze smutkiem Reuben – nasza najmłodsza generacja zarażona jest wirusem wiary w to, że wszystko co przychodzi z Ameryki jest najlepsze. Objawem tego jest wypieranie na tamtejszych listach przebojów znakomitych lokalnych artystów przez trzeciorzędnych amerykańskich raperów. Tym istotniejszy był dla nas sukces naszej debiutanckiej płyty. To napełnia dumą, pozwala nam uwierzyć, że prześladowania apartheidu
nie zabiły ducha twórczego. Staliśmy się dla wielu nowymi wzorami.

Połączenie „etnicznie” brzmiących smyczków z funkową sekcją nasuwa piszącemu te słowa parlalele z nagraniami naszych górali z Twinkle Brothers i z Namysłowskim. Opis płyty „Twinkle Inna Polish Stylee” wyraźnie Reubena i Sandile zaciekawił. Już później po zakończeniu rozmowy spotykam przypadkowo w Virgin Megastore, Grahama Beggsa, managera SSQ. Okazuje się, że poszukuje on właśnie poleconej przeze mnie płyty. Przedtem jednak, zanim pożegnam się z moimi rozmówcami, Reuben dzieli się największym marzeniem zespołu.

Chcielibyśmy założyć w Soweto szkołę muzyczną z prawdziwego zdarzenia, dostępną dla tych, którym przez lata odmawiano kontaktu z muzyką. Wszyscy będą się wtedy mogli przekonać jak wiele jest tam talentów.

Marek Garztecki

Oficjalna strona Soweto String Quartet 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *