Marek Garztecki pyta: Dee Dee Bridgewater

afryka.org Kultura Muzyka Marek Garztecki pyta: Dee Dee Bridgewater

Zaliczana do światowej czołówki wokalistek jazzowych, Dee Dee Bridgewater jest też jedną z najbardziej twórczych, oryginalnych postaci tej muzyki. Wyróżnia się ona niespotykaną wszechstronnością stylistyczną, czego dowodem są jej nagrywane w ostatnim okresie albumy. Znajdują się wśród nich płyty poświęcone muzyce Horace Silvera „Love and Peace”, będące hołdem wokalistyce Elli Fitzgerald „Dear Ella”, jak też „J’ai Deux Amours” zawierająca jazzowe wersje słynnych francuskich piosenek. Wszystkie je przebija oryginalnością najnowsza płyta Bridgewater „Red Earth”, w której towarzyszą jej jazzmani i tradycyjni muzycy afrykańscy z Mali.

Dotychczas tworzyła Pani projekty muzyczne poświęcone konkretnym wykonawcom czy stylom. Czy ten, nawiązujący do muzyki afrykańskej, różni się jakościowo od poprzednich?

Po pierwsze, mówmy tu o muzyce Mali a nie muzyce afrykańskiej. Muzyka afrykańska jest niezwykle różnorodna a ja byłam wyłącznie w Mali i to zaledwie trzy razy. Mogę jednak powiedzieć, że z pewnością istnieje silny związek pomiędzy muzyką malijską i amerykańskim bluesem i jazzem. W moim odczuciu blues i jazz wyrosły z muzyki malijskiej. Dziś reprezentują one różne gałęzie tego samego drzewa. Gdy Afrykanie zostali porwani do Ameryki jako niewolnicy, zabrali też ze sobą swoje tradycje i te tradycje można ciągle odnaleźć w muzyce jazzowej. Niektóre instrumenty jazzowe są kontynuacją instrumentów malijskich, na przykład bandżo, to nowa forma tradycyjnego instrumentu zwanego ngoni, harfa nawiązuje do afrykańskiej kory, zestaw perkusyjny, to połączenie bębnów sabar i dum-dum.

Czy łatwe było stworzenie fuzji jazzu z muzyką afrykańską?

Nie mogę powiedzieć, abyśmy mieli jakieś szczególne problemy. Oczywiście osiągnięcie wzajemnego porozumienia muzycznego zajęło trochę czasu. Malijscy muzycy potrzebowali go by zrozumieć jazzowy sposób grania a towarzyszący mi jazzmani musieli wyczuć różnice w podejściu do rytmu u muzyków afrykańskich. Wszyscy jednak byli bardzo otwarci, chętni do przyswojenia sobie rzeczy nowych i rezultaty tego słychać na płycie. Jest ona dokumentem tej niezwykłej wymiany muzycznej.

Czy można więc powiedzieć, że Pani poszukiwania muzyczne były przede wszystkim rezultatem poszukiwań w sferze duchowej? 

Jak najbardziej! Ten projekt nie miał charakteru komercyjnego. Chciałam w nim ukazać urodę muzyki Mali szerokiemu kręgowi odbiorców, nie tylko tym, którzy zwykle słuchają mojej muzyki. Jeśli zdecydują się za mną podążać w tej muzycznej podróży mam nadzieję, że dostrzegą w tym rezultat poszukiwań mej własnej tożsamości. Mówiąc szczerze, znakomite przyjęcie tej płyty bardzo mnie zaskoczyło. Zdawałam sobie sprawę, że angażując się w ten projekt podejmowałam pewne ryzyko artystyczne ale było to coś co musiałam zrobić. Cieszę się, że mogłam zarazić swym entuzjazmem innych muzyków, którzy zdecydowali się pojechać ze mną do Mali. Miejscowi też przyjęli mnie wspaniale. Zostałam przyjęta przez prezydenta Mali i ministra kultury. To od nich dowiedziałam się, że wyglądem niesłychanie przypominam kobiety jednego z plemion tego kraju, Peul.

Ponieważ Pani ostatni album był projektem specjalnym…

Wszystkie moje albumy są specjalnymi projektami, nie lubię się powtarzać! Nigdy nie nagrałam dwóch albumów które byłyby podobne do siebie.

…czy odbędzie Pani też turę koncertową promującą ten album wraz z muzykami, którzy brali udział w jego nagraniu?

Już rozpoczęłam taką turę. Koncertowałam z tymi muzykami w Paryżu a w przyszłym miesiącu gramy w Szwajcarii, w Bazylei a następnie w Hiszpanii. Będziemy występować w tym składzie aż do końca roku.

A czy wybiera się Pani do Polski?

Oczywiście, będę grała jeden koncert w Gdańsku, 15 lipca.

Kogo usłyszymy w tym zespole?

Na balafonie gra Lansine Kouyate, Cherif Samano na korze, Ira Coleman na kontrabasie, Edsel Gomez na fortepianie, Baba Sissoko na tamani i ngoni, Mussa Sissoko i Adama Diarra na djembe oraz kongach, Minino Garay na perkusji oraz w chórku Kabine Kouyate i Mamani Keita.

Mamani w zeszłym miesiącu występowała w Polsce i została znakomicie przyjęta.

Ja też niedawno widziałam jeden z jej koncertów w Paryżu. To, co ona robi, łączenie tradycyjnej akustycznej muzyki malijskiej z elektroniką jest z pewnością czymś nowym i odważnym. Gdy z tą muzyką przyjechała do Mali, to została ostro skrytykowana za swe eksperymenty. Ale Mamani jest artystką i my artyści mamy prawo do słyszenia muzyki w inny sposób. Malijska kultura muzyczna jest tak bogata, że można w niej odnaleźć wiele różnych stylów. Jako „ambasador dobrej woli” Organizacji ds. Wyżywienia i Rolnictwa ONZ zostałam zaproszona na objazd Mali. Miałam wtedy okazję zobaczyć muzyków grających na różnych typach balafonów. Widziałam na przykład mężczyzn, którzy wskakiwali na instrumenty i tańczyli na nich, jednocześnie grając muzykę stopami, następnie zeskakiwali i grali na nich pałeczkami. To było niesamowite – byłam tym oczarowana. Płytki tych balafonów były osadzone na wielkich tykwach co nadawało im bardzo mocne brzmienie.

A co dalej?

Zamierzam w dalszym ciągu, a przynajmniej na następnym albumie, kontynuować mą przygodę z malijską muzyką i grać z muzykami z Mali. Rozmawiałam już z Bassekou Kouyate, który jest autorem piosenki „Demisenw” na mej płycie, na temat nagrania całego albumu z jego grupą oraz z Toumani Diabate muzyk uważany za największego żyjącego mistrza kory. Na razie nie interesują mnie eksperymenty z innym stylami, bo jestem głęboko przekonana, że odnalazłam się w muzyce malijskiej. Gdy chodzę po ulicach Bamako to nieustannie widzę osoby wyglądające podobnie do mnie. To trudno sobie nawet wyobrazić jak ważnie jest to uczucie dla kogoś, kto przez całe życie czuł się odrzucony, nie mający nigdzie naprawdę swojego miejsca, zmuszony zawsze do robienia wszystkiego dwa razy lepiej od Białych, tylko po to, by być uznany za równego im. Kto wie, może pewnego dnia przeniosę się na stałe do Mali. Uświadomiwszy sobie swe afrykańskie korzenie nareszcie czuję, że odnalazłam siebie, również jako artystka. Nie mam ochoty być taką, jaką chcieliby mnie widzieć inni, chcą być sobą i tylko tak potrafię żyć. Aż do końca swych dni pragnę pozostać w zgodzie z sobą samym, bo tylko wtedy można osiągnąć wyższy stopień świadomości, uduchowienie.

Rozmawiał Marek Garztecki*

*Wywiad nie może być kopiowany w żadnej formie bez uprzedniej zgody jego autora. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *