afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Mała Elodie

W cichym i spokojnym kraju żył jeden naród. Rządził się swoimi wewnętrznymi prawami, tak że jego członkowie nie wpadli nawet na myśl, że czegokolwiek im brak. Nie wiedzieli też, że coś może ich dzielić.

I. Czarny wykład

Wszyscy byli czarni, używali jednej mowy, kochali tłuste dzieci. Zdarzały się wypadki, że jedna z ich kobiet rodziła maleństwo jaśniejsze od pozostałych, dziecko bez koloru. Takie pojedyncze wypadki zaczęły pojawiać się coraz częściej. Dzieci bez koloru były zwiastunami kolonizacji belgijskiej.

We wczesnym jej okresie, Belgowie nie zauważyli pewnej anomalii w Ruandzie.
Dopiero po kilkunastu latach zdali sobie sprawę, że grzebią kijem w mrowisku, w którym mieszkają dwa gatunki mrówek. W kraju mieszkały obok siebie dwie różne rasy. Do tej chwili pozostawały w nieświadomej symbiozie.

Postawmy koło siebie Hutu i Tutsi.

Zacznijmy od charakterystyki zewnętrznej. Zasadniczą różnicę widać we wzroście
i posturze. Tutsi jest szczupły i wysoki, Hutu krągły i przysadzisty. Twarz Tutsi szlachetna w rysach, z wąskim, podłużnym nosem, bardziej europejskim, niż afrykańskim. Wargi kształtne, kości policzkowe wyraźnie zarysowane, oczy migdałowe w kształcie. Twarz Hutu o wiele mniej urodziwa, z typowo murzyńskim nosem, zbyt obfitymi wargami i łypającymi głupawo krowimi oczyma.

Niech teraz biały Człowiek postawi tym dwóm Czarnym jedno pytanie:
– Czy widzicie różnice między sobą?
Tutsi odpowie:
– Nie ma między nami różnicy.
Hutu zaś:
-Panie, nie wiem.

Różnica jednak istniała. Kolonizatorzy wkrótce przekonali się o tym.
Tutsi, to odpowiednik polskiego szlachcica, czy jak kto woli inteligenta. W Ruandzie jest to właściciel stada krów, zwykle dobrze wykształcony i z własnymi poglądami.

Hutu, to nikt inny, jak prosty pasterz, pracujący dla Tutsi.

Dopóki Belgowie nie postawili jednych koło drugich, ani nie przejechali bambusowym kijem po plecach Hutu, krzycząc: – Jesteś mniejszy, głupszy i śmierdzisz – różnica między dwiema rasami nie była zdefiniowana. Być może, gdzieś tam, w czarnej podświadomości czaiło się bodaj podejrzenie o jej istnienie, ale do tego dnia nie widziało ono jasności słońca afrykańskiego.

Hutu jesteś nikim przy Tutsi. Jesteś żebrakiem, golasem, dzikusem, gamoniem, nędznym służącym.

Dość!

Mały Hutu czuje nienawiść.
Do Belga? A skąd, przecież to ten Tutsi jest jego wrogiem. Belg pomoże mi zabrać Tutsi krowę i będę panem.

Małym, ciemnym narodem rządzi się niezwykle łatwo. Wystarczy wmówić mu,
że czegoś mu brak, że ktoś go okrada. Rozbudzone w ten sposób negatywne emocje, mają siłę żywiołu.

Duma Tutsi chce i może się temu żywiołowi oprzeć.

Nieopatrznie intruzi z Europy rozpętali burzę, której nie powstrzyma żadna siła. Szczególnie, że żadnej siły nigdzie nie widać. Kolonizatorzy umywają rączki, przepoczwarzają się w obserwatorów i komentatorów. Napięcie rośnie. Kolejna wojna wisi w powietrzu, przy granicy Ruandy po raz kolejny zbierają się uchodźcy, by zaatakować własny kraj i chociaż na parę lat stać się znów jego pełnoprawnym mieszkańcem.

Tutsi mieszkający w Europie kręcą ze złością głową. Dodatkowo podejrzewają Francuzów o mieszanie w już wystarczająco wzburzonej szklance wody. Mówią, że mali Tutsi, gdy raz wbiją sobie coś do głowy, są uparci jak osły. Dążą do celu po trupach. Hutu zabijają Tutsi tylko za wygląd, zabijają kobiety i dzieci, byle tylko wyeliminować wroga.

To kolonizatorzy nauczyli ich odróżniać się nawzajem. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie wpadliby na pomysł, że żyją w jednym kraju nie z bratem Ruandyjczykiem, a z wrogiem – Tutsi.

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta.

II. Mała Czarna z Mlekiem.

Elodie wrzuca mi za kołnierzyk szklane kulki. Jej mama przyjechała z Ruandy do Europy. Francoise poślubiła Vincenta, rodowitego Szwajcara. Ponad trzy lata temu urodziła Elodie. Dziewczynka odznacza się smukłością niewielkiego jeszcze ciałka, ruchliwością i świetnie rozwiniętym zmysłem obserwacji. Zauważyła, że ma skórę ciemniejszą od całkiem białych dzieci, ale jaśniejszą od tych całkiem czarnych. Ciotki i wujkowie żartują z niej i przeżywają. Dziecko bez koloru. Drwią z niej także rodzice. W dziecięcej złości nazywa swoją mamę po imieniu, albo woła na nią: – Czarnuch. Wywołuje to zawsze jeden efekt- falę śmiechu. Rozbawiona Francoise podpuszcza Elodie. Ale ty też jesteś czarna, jak mamusia! Elodie stanowczo zaprzecza. W pierwszej wersji upiera się przy tym, że jest biała. Teraz ja perswaduję jej, że wcale nie jest biała jak ja, albo jej tatuś. Obrywam za to szklaną kulką. To jaki masz kolor skóry, Elodie? – zaczyna tym razem Vincent. Ja jestem cafe au lait. W taki oto sposób zamknęła nasze buzie i niekończącą się dyskusję mała Elodie.

III. Afrykańskie wesele.

Sala przy kościele katolickim na Chemin de Boissonet, Lausanne. Wewnątrz 30 afrykańskich gości i ja. Imiona bardzo EUROPEJSKIE. Stroje oszałamiająco egzotyczne. Cienkie, przewiewne tkaniny, uszyte w identyczny sposób. Strój męski- szarawary i T-shirt. Strój damski- toga. Moda prześladowanych na tle rasowym. Lśniące rzędy prawdziwie białych, równiutkich zębów. Oczy w głębokim czarnym kolorze. Oczy wykrojone na podobieństwo połówek migdałów. Na podobieństwo BOSKIE. Mała Elodie w przebraniu królewny. Gdzie państwo młodzi? To ci nakrywający do stołu? Może tamci tańczący? Jedna z tajemnic tego świata. Wino przeznaczone w Afryce tylko na specjalne okazje. Tu lejące się strumieniami. Odmowa niestosowna. Niemożliwa? Zagubiony kieliszek. Odstąpiony przez ultra-biało uśmiechniętego sąsiada. Jedyny ratunek w jedzeniu. Szwedzki stół. Samoobsługa. Parujące wojskowe gary z utopionymi chochlami. Bezużyteczne chochle. Uniwersalne palce, łyżko-wiedelco-noże. Parzy niemiłosiernie. Szczerzący się Enoch biegnący na ratunek. Enoch zamieszkały w Paryżu. Jego pierwsze lotnisko europejskie – Moskwa. Środek zimy. Dodające otuchy tłumy gapiów. Ludzie oglądający po raz pierwszy na żywo Afrykańczyka.

Plask. Zielona maź dźwięcznie spadająca na moją spódnicę. To maniok – trawnik Afryki. Uprzejme objaśnienie. Uwaga na piment, to czerwone. Kłopoty z palącym przewodem pokarmowym. Nerwowe mrugnięcie powiek. Niedowierzające przetarcie oczu. Skwarki z boczku na talerzu. POLSKI przysmak. Nasza narodowa specjalność na Czarnym Lądzie. Robota POLSKIEGO misjonarza. Podrygujący Afrykańczycy. Tańczący. Trafność i precyzja ruchu. Jedyne w swoim rodzaju. Harmonia starych i młodych. Zrozumienie międzypokoleniowe. Godne i ciężkie do naśladowania. Mozolnie wstające słońce. Szybka wymiana adresów. Trzydzieści razy po trzy całusy. Jedna sekunda- jeden cmok. Trzy sekundy przerwy między kolejnymi twarzami. Czas trwania rytuałów pożegnalnych: sto osiemdziesiąt sekund. Wspomnienie.

Magda Filonowicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *