Jądro ciemności leży dziś w Kivu

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej Jądro ciemności leży dziś w Kivu

Wielki Rów Wschodnioafrykański dzieli kontynent – wyznacza także strefy wpływów w regionie Wielkich Jezior Afrykańskich. Kivu historycznie i etnicznie przynależy do Rwandy – politycznie i gospodarczo to część Konga. Spór o prowincję może przyczynić się do wybuchu nowej wojny kongijskiej. W ostatniej śmierć poniosło ok. 5,4 mln osób.

Panowie Wojny z Kivu

Prowincja Kivu turystom znana jest z Parku Narodowego Virunga – ostoi dzikiej przyrody, malowniczych krajobrazów nieskalanych ręką człowieka. Od 2008 roku stanowi ona półautonomiczny region w granicach Demokratycznej Republiki Konga. O jej niezależności przesądziły złoża surowców mineralnych, o które od dekad rywalizuje Rwanda i Kongo. Od XIX w. większość mieszkańców prowincji stanowią Banyamulenge – „Ludzie z gór”, kongijscy Tutsi sprowadzeni tu przez Belgów z terenów dzisiejszej Rwandy (co pozwala części polityków z Kigali uważać Kivu na historyczny fragment Rwandy).

Banyamulenge przez władze w Kinszasie zawsze traktowani byli jako przysłowiowa „piąta kolumna”. Z grupy tej pochodzą Laurent Nkunda i Bosco Ntaganda – wojskowi watażkowie, weterani Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego, zasłużeni dowódcy w dwóch wojnach kongijskich, oskarżani o zbrodnie przeciwko ludzkości (masowe mordy dokonywane przez armię dzieci żołnierzy) i zdradę stanu DRK (kolaboranci rwandyjscy). Obaj potrafili skupić wokół siebie rozproszone grupy partyzantów i, dzięki wsparciu finansowemu z Kigali, przekształcić je w elitarne oddziały, które – mimo mniejszej liczebności – potrafiły trzymać w szachu armię kongijską.

W 2006 roku Nkunda założył Narodowy Kongres Obrony Ludu. Prezydent DRK Joseph Kabila początkowo zbagatelizował militarne i polityczne znaczenie ruchu. Nie dostrzegł, iż partyzantka etniczna może szybko przeobrazić się w regularne wojsko wyekwipowane i wyszkolone przez oficerów rwandyjskich, zdolne nie tylko do krwawej zemsty na Hutu, którzy uciekli z Rwandy, ale także do pokonania armii kongijskiej. Ofensywa Nkundy w 2008 roku obnażyła słabość władz w Kinszasie. Po naciskach społeczności międzynarodowej Paul Kagame wycofał poparcie dla Nkundy, a nawet zaatakował zachodnią część Kivu. Watażka utracił władzę, został uwięziony w Rwandzie. Do dziś jest zakładnikiem politycznym, żywym dowodem skuteczności rwandyjskiego żandarma w Kranie Wielkich Jezior Afrykańskich.

Kagame, decydując się na zaprzestanie wspierania Nkundy, dał klarowny znak, iż jedynie jego kraj stanowi siłę zdolną do stabilizacji sytuacji w regionie Kivu. Bez interwencji Rwandyjczyków – jak to nagłaśniała propaganda przychylna Kagame – Kivu stałoby się przysłowiowym „jądrem ciemności”. Czy jednak aktywność Rwandyjczyków przywraca pokój w regionie? Inne zdanie na ten temat ma minister spraw zagranicznych DRK – Raymond Tshibanda, inne zaś jego odpowiednik z Rwandy – Louise Mushikiwabo. Od kilku miesięcy trwa erystyczna batalia między nimi, której wynik zadecyduje o losie mieszkańców Kivu, a także o przyszłości Rwandy i Kongo. 23 marca 2012 roku kolejny wojskowy watażka, Bosco Ntagaganda ogłosił się władcą Kivu. Tshibanda oskarżył Kigali o wspieranie generała. Mushikiwabo kategorycznie zaprzeczył, obarczając winą za kryzys humanitarny i eskalację walk rząd DRK.

Ntagaganda odtwarza strategię Nkundy. Oficjalnie występuje przeciwko nieudolności władz w Kinszasie. Oskarża Josepha Kabilę o łamanie postanowień porozumienia z 23 marca 2009 roku, na mocy którego Narodowy Kongres Obrony Ludu został uznany przez Kinszasę za legalną partię polityczną. Sukces Ruchu 23 Marca – bo tak nazywa się ugrupowanie Ntagandy – bazuje, podobnie jak działalność Nkundy, na wsparciu udzielanym przez Rwandę. Paul Kagame nieoficjalnie wysyła do Kivu uzbrojenie i instruktorów, powoli przekształcając Ruch 23 Marca w armię silniejszą od kongijskiej. Nie czyni tego bezinteresownie. Z jednej strony, wyraźnie pokazuje słabość Kabili, który nie potrafi spacyfikować pojedynczej, buntowniczej prowincji. Z drugiej zaś strony, wpieranie Ntagandy – jak wcześniej Nkundy – przeliczane jest na realne zyski z eksportu diamentów, złota, cyny i tantalu – bogactw Kivu.

Społeczność międzynarodowa traci już jednak cierpliwość. USA, Wielka Brytania, Niemcy i Holandia wycofały swą pomoc dla Rwandy. Czy Kagame potraktuje Ntagandę jak wcześniej Nkundę? Czy wymieni go na kolejnego watażkę, uspokajając opinię międzynarodową?

Afrykańskie rozwiązania afrykańskich problemów

Kagame rządzi Rwandą od ponad dekady. Jako wiceprezydent i minister obrony narodowej podsycał wybuch I wojny kongijskiej (1996-1997). Jako prezydent, zadecydował o udziale Rwandy w II wojnie kongijskiej (1998-2003). Po zakończeniu konfliktu, w który zaangażowane było kilkanaście państw Afryki, Kagame stracił dostęp do bogactw surowcowych Konga. Wybrał zatem inne rozwiązanie – zamiast podsycać wojnę, rozpoczął wspieranie partyzantek opartych na Tutsi żądnych zemsty za ludobójstwo dokonane przez Hutu. Strategia ta okazała się racjonalna. Była także operacjonalizacją modnego sloganu „afrykańskich rozwiązań dla afrykańskich problemów”. Kraj dynamicznie rozwijał się gospodarczo – politycznie i etnicznie pozostawał społeczeństwem w stanie rozkładu.

Do Rwandy napływali inwestorzy z Zachodu, głownie z USA i Wielkiej Brytanii (jednocześnie uciekali Francuzi) i z Chin. PKB kraju rosło dynamicznie (2008 – 11%, 2009 – 12%, 2010 – 13%, 2011 – 14%). „Krwawe diamenty” nadal były szmuglowane przez granicę z Kivu. Nie wywozili ich żołnierze rwandyjscy, lecz partyzanci Nkundy, a potem Ntagandy. ONZ regularnie alarmowała o aktach łamania praw człowieka. Materiał dowodowy zgromadzony przeciwko Ntagadzie jest – zdaniem jurystów – silniejszy i bardziej jednoznaczny niż zebrany w trakcie procesu prezydenta Liberii Charlesa Taylora.

Kagame ignorował raporty. Czuł się pewnie. „Doprowadził przecież do pojednania w społeczeństwie naznaczonym traumą ludobójstwa z 1994 roku” – głosiła propaganda proprozydencka. „W Kigali nie mieszkają już Tutsi i Hutu – żyją tam jedynie Rwandyjczycy” – mówił Kagame.

Dla jednych był reformatorem społecznym, wizjonerem gospodarczym, renomowanym publicystą, doskonałym, charyzmatycznym retorem i dowódcą zwycięskiej armii wyzwoleńczej, o którego sukcesach przeczytać można na prowadzonym przez niego profilu na Facebooku i informacjach z Twittera. Dla drugich Kagame to autokrata, architekt państwa opartego na terrorze monopartyjnym, gdzie brak wolności słowa. Stosowana przez niego polityka amnezji etnicznej, brutalna walka z trybalizmami, archaiczny system rozliczania z genocydem w „sądach pod chmurką” (gacaca) nie zbudowała zgody narodowej. Wprowadziła nowe podziały. Rwandą rządzi kleptokracja z Tutsi, zastępująca struktury hegemonii ekonomicznej Francji i Belgii systemami umów z USA i ChRL. W szkołach język byłego kolonizatora (francuski) został zastąpiony językiem nowego „partnera” (angielski). Porównanie Rwandy do Singapuru obejmować zatem może nie tylko wyróżniki ekonomiczne (wzrost PKB i rola pośrednika w handlu transnarodowym), lecz także aspekty państwa policyjnego, kontrolującego każdy krok obywateli.

W stronę kondominium

„Przenikamy wciąż głębiej i głębiej w jądro ciemności (…) Wędrowaliśmy po prehistorycznej ziemi, po ziemi mającej wygląd nieznanej planety”, pisał o Kongo Joseph Conrad. Współczesne „jądro ciemności” znajduje się w Kivu. Region wkrótce straci autonomię. Wróci do Kongo, bądź zagarnie go Rwanda. Zapewne na skutek krwawej wojny. Nie zakończy to jednak trwającego od dekad konfliktu w krainie Wielkich Jezior – zmagań o pozycję lidera regionalnego, połączonego z debatą o kształt ideowy państwa. Rwanda rządzona przez Paula Kagame wymyka się klasyfikacjom politologów. Oscyluje między demokracją a totalitaryzmem, agresorem podsycającym wojny a gwarantem stabilizacji geopolitycznej.

Podczas Międzynarodowej Konferencji dot. Wielkich Jezior (spotkanie przedstawicieli 11 państw w Kampali na początku sierpnia 2012) nieśmiało wrócono do idei utworzenia kondominium na terenach Kivu – strefy współzarządzanej przez Rwandę i Kongo, wzajemnie kontrolujących, czy druga strona nie łamie praw człowieka i nie szmugluje bogactw naturalnych. Pomysł sprzeczny z tradycją rozwiązywania sporów w regionie wart jest jednak rozważenia. Stanowi alternatywę dla polityki opartej na manipulowaniu resentymentami plemiennymi i szansę odbudowania równowagi etnicznej – nie tylko dla Kivu, ale także dla Rwandy i Kongo.

Dr Błażej Popławski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *