Dwa spojrzenia na Rwandę

afryka.org Kultura Książki Dwa spojrzenia na Rwandę

Ludobójstwo Tutsi w Rwandzie. Widziane oczyma ofiary oraz widziane oczyma reportera. Dwa różne, a zarazem podobne obrazy tego nieludzkiego aktu. Świadectwo ofiary – „Ocalony. Ludobójstwo w Rwandzie” Révériena Rurangwy oraz świadectwo reportera – „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciecha Tochmana to, według mnie, dwie z kilku najważniejszych pozycji traktujących o wydarzeniach z 1994 roku. Równie wartościowym jest rozdział zatytułowany „Wykład o Ruandzie” w „Hebanie” Ryszarda Kapuścińskiego (do którego zresztą nawiązuje Tochman), jednak, w przeciwieństwie do dwóch wyżej wymienionych książek, Rwanda nie jest głównym tematem tego utworu.

Révérien Rurangwa to Tutsi. 7 kwietnia 1994 roku, w dniu rozpoczęcia pierwszych rzezi, ma 16 lat. Do tego czasu żyje szczęśliwie i beztrosko. Nieoczekiwanie, 20 kwietnia, jego świat „pogrąża się w tragedii i ulega całkowitej zagładzie”. Z rąk Hutu giną 43 osoby z jego najbliższej rodziny – rodzice, rodzeństwo, wujowie, ciotki. Będący jedynym świadkiem ich mordu, Rurangwa umieszcza swoją historię na tle ogólnych zdarzeń z 94 roku. Jak sam pisze, jest to oddany jego bliskim hołd, a zarazem świadectwo – jedyne dostępne mu narzędzie zemsty.

Autor opowiada nam o małym i pięknym, usytuowanym wprost w centrum Afryki kraju – Rwandzie. Kraju, w którym, według Kapuścińskiego, wiosną 94 roku akurat przebywał mieszkający wśród nas diabeł. Owego nieszczęsnego 7 kwietnia, Rurangwa obserwował oficerów UNAMIR-u (misji ONZ) zabierających ze sobą dwóch hiszpańskich księży i trzydzieści białych pielęgniarek, mieszkających wśród wspólnoty jego rodzinnego miasta – Muginy. Niespełna kilkanaście dni po ich ucieczce jego rodzina zostaje „wycięta” przez sąsiadów z plemienia Hutu – mężczyzn, z którymi ojciec Rurangwy zwykł pijać po pracy piwo. Zabito ich setkami cięć. Słyszał wuja błagającego o śmierć od kuli i świst maczety, od której zginęli on i reszta rodziny. Jak pisze Rurangwa, trzask rozłupywanej maczetą głowy brzmi jak trzask rozłupywanej kapusty. On sam, pomimo licznych ran – stracił rękę i oko – ocalał. Jak wspomina – „zabili mnie, jednak wciąż nie mogę umrzeć”.

Po mrożącej krew w żyłach relacji, Rurangwa skupia się na przyszłości – swojej przeprowadzce do Szwajcarii oraz obecnej sytuacji w Rwandzie (którą odwiedził w 1995 roku). Dowiaduje się, że zabójca jego rodziny – Simon Sibomana, żyje na wolności i dalej prowadzi bar, zupełnie jak za czasów sprzed ludobójstwa. Rząd mówi o zbiorowym przebaczeniu i zapomnieniu krzywd, o tym, że już czas iść do przodu. Ofiara staje się niekomfortowym świadkiem, tak jak inni ocaleni, którzy zmuszeni są żyć pośród morderców swoich najbliższych.

Reporter Wojciech Tochman, współzałożyciel Szkoły Reportażu, tym razem kieruje swoje ścieżki do Rwandy. Z jego kilkuletniej pracy wyłania się reportaż o metaforycznym tytule „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Tochman szuka jak największej ilości świadków tamtych wydarzeń i wikła nas w ich losy. Choć do głosu dopuszczonych jest wiele osób, głównym bohaterem jego relacji jest Leonard – dwudziestokilkuletni Tutsi, w czasie ludobójstwa mający 9 lat. To na jego przykładzie autor często porusza problemy rwandyjskich ocalonych. Z jednej strony mamy więc konkretne historie konkretnych ludzi, podane nam na surowo, bez żadnej przerwy, bez zbędnego komentarza. Z drugiej – autor dzieli się z nami przeżyciami, myślami, wątpliwościami. Stawia nam (sobie również) pytania, na które nie zna odpowiedzi. Konsekwentnie dąży do jednego celu – dowiedzieć się jak najwięcej. Z tego też powodu jego kontakty nie zamykają się w Rwandzie; poszukuje świadków porozrzucanych po całym świecie. Momentami skupia się dłużej na konkretnych (i kontrowersyjnych) problemach – liczbie zgwałconych między kwietniem a lipcem 94 roku kobiet czy postawie przedstawicieli Kościoła katolickiego. Wspomina również o tym, że sami Hutu poddani byli inwigilacji przez bojówki Interhamwe.

Co różni, a co łączy dwie wymienione powyżej relacje? Warto wspomnieć, że Tochman nawiązuje do książki „Ocalony”. Pisze: „Powstało dziesiątki książek – świadectw ocalonych z rwandyjskiego ludobójstwa. Wszystkie, po angielsku i francusku można kupić w księgarni w Kigali. Książka Rurangwy wydaje mi się najbardziej wartościowa”. Oczywistym jest, że mamy do czynienia z zupełnie różnymi punktami widzenia. Rurangwa dosłownie doświadczył ludobójstwa na własnej skórze. Zawalił mu się świat. Doznał najcięższych z możliwych krzywd. Z każdej kartki jego opowieści bije ogromny ból i nienawiść, jakie tkwią głęboko w nim. Sam wielokrotnie podkreśla, że opowiedzenie o traumatycznych przeżyciach jest jedyną ucieczką, jedynym sposobem, aby nie umrzeć. Ma żal – do Zachodu, który przyzwolił na rwandyjski holocaust; do przedstawicieli Kościoła, którzy zostawili swe „owieczki” w potrzebie; do rwandyjskiego rządu, który głosi propagandę przebaczenia; wreszcie do Boga, który pozwolił na dokonanie się ludobójstwa. Oraz nienawiść – do Hutu. Tochman, jako osoba jedynie zbierająca relacje innych, a nie uczestnicząca w opisywanych tragediach, odznacza się dużą empatią – nie naciska na świadków. Jest uważnym obserwatorem i słuchaczem. Czuje się zobowiązany podzielić tym, czego doświadcza. Chce nadać imiona ofiarom, o których wszyscy zapomnieli. Można zatem powiedzieć, że zarówno Tochman jak i Rurangwa traktują spisanie relacji jako obowiązek. W przypadku Rurangwy przybiera to postać swoistego katharsis, dzięki któremu ofiara ma uwolnić się od zatruwającej ją nienawiści. Tochman zdaje się czuć częścią skompromitowanego świata, który nie uczynił nic, aby nie dopuścić do rwandyjskiej rzezi. I jako, chcąc nie chcąc, przedstawiciel tego świata, dąży do złożenia świadectwa prawdzie. Aby nie zapomniano.

Aby nie zapomniano – to chyba najwłaściwsze podsumowanie rozważań nad obiema książkami. Ciężkie do przetrawienia – nie można, czytając je, nie robić żadnych przerw, nie oderwać oczu od opowieści, których nie może pojąć nasza wyobraźnia – powinny być sumieniem świata, na oczach którego brat podniósł rękę na brata. Obie traktują także o ważnym problemie – nieumiejętności, wbrew oficjalnej propagandzie, życia w tak podzielonym społeczeństwie. Sam Rurangwa jest przykładem na to, jak ciężko wykorzenić ze swojego serca nienawiść. Jak ciężko wyzbyć się schematów myślenia – Hutu zabija, Tutsi mści się. To ostrzeżenie dla wszystkich, że sytuacja jest ciągle napięta i potrzeba ogromnej pracy, aby nie dopuścić do ponownych tragedii.

Agata Bernat

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *