Aisling w Krainie Czarów Cabo Verde

afryka.org Czytelnia W stronę Cabo Verde Aisling w Krainie Czarów Cabo Verde

Leży na moim djembe. A ja patrzę na niego wilkiem.

Już to widzę. Ląduję na byłym Okęciu ( bo choć teraz warszawskie lotnisko nazywa się inaczej, ale w niektórych sytuacjach jest zupełnie tak jak było onegdaj). Dobrze być  w domu po dwóch, trzech miesiącach pobytu, choćby na  Cabo Verde. W laptopie mnóstwo informacji, wskazówek, notatek. Ba, niektóre rozdziały mam już prawie napisane. Skóra na rękach spalona po całodziennych włóczęgach tu i tam.

Jutro zadzwonię do Pana X z Wydawnictwa Y. Przyjmie mnie z otwartymi ramionami i z radosną pieśnią na ustach napisze wstęp do kolejnego wydania mojego przewodnika. Zawrze w nim swoje uwagi, przeanalizuje, jak fakt napisania dobrej książki wpłynie na promocję nowego kierunku w turystyce krajowej.  A ja  domu uporządkuję notatki, napiszę podziękowania do ministra gospodarki Wysp Zielonego Przylądka, do Korpusu Pokoju, etnologów, dziennikarzy , historyków, biologów i mnóstwa innych ludzi , którzy poświęcili mi swój czas i pomogli w pisaniu tej książki.  

Zadzwonię też do portugalskich linii lotniczych TAP z podziękowaniem za sponsorowanie moich przelotów. Wrócę do codziennej pracy, od 10 do 18, a ZUSowi podziękuję też za to, że mojego  bezpłatnego urlopu nie weźmie pod uwagę w obliczaniu mojej emerytury. Tak, z grubsza to byłoby wszystko. Dokończę pisanie przewodnika, Pan X go wyda, ja dostanę trochę grosza i już mogę planować kolejny wyjazd.

Otwieram więc laptopa. No właśnie. I tu zaczynają się schody. Nie mam laptopa. I dalej. Nie mogę wziąć 2-3 miesięcy bezpłatnego urlopu, żeby zajrzeć w każdy kąt Wysp Zielonego Przylądka, posiedzieć w bibliotekach, sprawdzić co się zmieniło od ostatniego razu, porozmawiać z dziesiątkami ludzi na mojej drodze. Mój bank nie zafunduje mi niskoprocentowej pożyczki , żeby przez te trzy miesiące coś jeść i się  przemieszczać między wyspami. TAP nie sfinansuje mi podróży, a Pan X z wydawnictwa Y ma w nosie to, czy moje pisanie jest dobre czy nie. 

Brutalnie mówiąc sprawa jest jasna: mam przechlapane, bo nie jestem Aisling w Krainie czarów Cabo Verde, czyli Aisling Irwin, hołubioną przez swego wydawcę autorką angielskiego przewodnika po Wyspach Zielonego Przylądka, wydanego niedawno w Polsce przez Global PWN. Jestem tu i teraz w Polsce. A nie jak Pani Irwin czy inni autorzy w Krainie Czarów w Anglii, Francji czy w Afryce.  

Dlatego ma Pan słuszność , Panie Darku, pisząc niedawno  „Nie wiem, czy to dobrze czy źle, że na naszym rodzimym rynku musimy posiłkować się zagranicznymi edycjami, ale samo ukazanie się tej książki to milowy krok, na jaki dotychczas nie zdobyło się żadne polskie wydawnictwo, ani żaden polski autor. Rzecz jasna, brak zainteresowania polskich autorów wynika z braku zainteresowania podjęciem finansowego ryzyka przez wydawców. W końcu Wyspy to jeszcze nie Hurghada. Przedruk z tego, co już ktoś wcześniej zrobił, to zdecydowanie tańsza i mniej kłopotliwa inwestycja. Tak, czy owak, przewodnik wreszcie jest”( Dariusz Olejniczak, http://afryka.org/index.php?showNewsPlus=5266) . 

Od kuchni wygląda to tak: przez ostatnie lata z uporem maniaka usiłowałam znaleźć wydawcę na przewodnik po „moich”, przepraszam za słowo, ale tak to odczuwam,  wyspach. Pisałam listy, potem maile. Nikt nie był  zainteresowany ani napisanym przeze mnie ani przełożonym przewodnikiem; najczęściej nawet nikt nie raczył odpowiedzieć . No nie, odpowiedział jeden wydawca, zresztą nie specjalizujący się w publikacjach turystycznych. Jednak uważał, że ponosi duże ryzyko, a ja zrozumiałam, że  nie będę w stanie wywiązać się z umowy. Podczas dwóch-trzech  tygodni pobytu na Cabo Verde nie da się zebrać wszelkich potrzebnych informacji. Na inny, dłuższy pobyt  nie było mnie stać ani czasowo ani finansowo. A wydawca zaproponował wynagrodzenie…dwóch tysięcy złotych  za napisanie, za zdjęcia i rzecz jasna cała „obróbkę”  tekstową. Ale i tak jestem mu wdzięczna, że próbował. Sprawa oczywiście upadła.

A PWN  nie zrobił tego milowego kroku ze zrozumienia potrzeby istnienia przewodnika po  Cabo Verde tylko dla prawa serii. Jeśli wymyślimy sobie jakiś egzotyczny kierunek naszej podróży, a  żadna obcojęzyczna seria w polskiej wersji  go nie obejmuje, to szkoda czasu na szukanie przewodnika. Nasi edytorzy wydają przewodniki głównie seriami, czyli jak mówię stadami. Jeśli czegoś nie ma w stadzie, tego nie uświadczysz ( chyba, że jakiś autor coś wydał na własny rachunek, ale to wydawnicza nisza) .

A i to nie zawsze: polski wydawca francuskich przewodników Petit Futé egzotycznych kierunków w ogóle nie rusza, natomiast wydaje enty przewodnik po Londynie czy Paryżu  oraz, bez wątpienia bardzo popularną w Polsce Bośnię i Hercegowinę. Niedawno moje wysiłki upchnięcia „wydawniczo” tych moich Wysp Szczęśliwych znalazły jednak jakiś „end”, choć raczej nie „happy”.  Mogę przetłumaczyć przewodnik A wydawnictwa B na język polski , tylko że zrobię to za darmo i …o zgrozo, i nie będę mieć żadnych praw do dokonanego przekładu!  To mi dopiero propozycja! Takiej próby chyba nie wytrzyma nawet  moja miłość do Cabo Verde.

Przypomina mi to sytuację sprzed kilku lat, gdy musiałam zrzec się praw do przekładu tekstów piosenek Cesarii Evory, zamieszczonych w książeczce dołączonej do jej nowej płyty. A wracając do pierwszego przewodnika po WZP z Global PWN, Pan Darek ma rację. Dobrze, że jest, zwłaszcza że napisany jest z pasją i pazurem. I zawiera mnóstwo ciekawostek.

Jednak egzemplarz, który kupiłam leży wciąż na moim djembe. Rzadko do niego zaglądam. Zwyczajnie mi żal, że nie jest mój.  A gdy mnie bardzo korci i zaglądam do środka, co chwila natrafiam na jakieś drobne błędy. Na przykład pierwsza stolica Cabo Verde, zaliczona do światowego dziedzictwa Cidade Velha nie leży na wyspie Santo Antao, tylko setki mil niżej  na południe, na Santiago. Nic wielkiego, tłumaczki tego nie wychwyciły, bo zapewne nigdy nie były na CV, a wszystkiego nie są w stanie sprawdzić. To trzeba po prostu wiedzieć. W trzech akapitach o Cesarii Evorze są trzy błędy merytoryczne ( np. Evora nie mieszka w Paryżu) itd.

Ale to drobiazgi. Bardziej przeszkadza mi niedostosowanie przewodnika do użytkownika polskiego. Na przykład połączenia lotnicze podane w informacjach praktycznych uwzględniają głównie lotniska w Wielkiej Brytanii, podczas gdy dla nas o wiele korzystniejsze są loty z Lizbony  czy Niemiec.

Ale nie będę się czepiać.   Zawsze łatwiej krytykować to, co już jest zrobione niż zrobić coś samemu. Mam tylko nadzieję, że przewodnik Global PWN  po wyspach Zielonego Przylądka nie będzie jedynym na polskim rynku. I wtedy zabiorę  go z mojego djembe, bo po pierwsze szkoda instrumentu, a po drugie na dwa czy trzy przewodniki nie będzie już na nim miejsca.

Elżbieta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *