Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

13-02-2016 | Sport | afryka, afrykagola, futbol, piłkanożna, zichlarz

Z historii afrykańskiej piłki. Mógł wylądować z kuzynką w łóżku

Trwa dobra passa futbolu w Demokratycznej Republice Konga. W listopadzie TP Mazembe, po raz piąty w swojej historii, wywalczyło klubowe mistrzostw kontynentu, wygrywając afrykańską Ligę Mistrzów. Przed tygodniem po Mistrzostw Narodów Afryki sięgnęła z kolei grająca w krajowym składzie reprezentacja. W historii czterech turniejów African Nations Championship było to druga wygrana „Lampartów”. Po raz pierwszy triumfowali przed siedmiu laty.

Te sukcesy sprawiają, że przypomniało mi się moje spotkanie z zespołem narodowym z tego olbrzymiego kraju, podczas Pucharu Narodów w Egipcie w 2006 roku. Z książki „Afryka gola!”:

Niewiele brakowało, a ćwierćfinałowe spotkanie gospodarzy nie doszłoby do skutku. I wcale nie chodziło o względy bezpieczeństwa. Świetnie grający tutaj piłkarze DR Konga od początku imprezy mówili tylko o finansach. Federacja nie wypłaciła bowiem zawodnikom obiecanych należności, więc ci przed każdym kolejnym spotkaniem grozili, że nie wyjdą na boisko. Do kapitana drużyny Lomana LuaLua dzwonił nawet sam prezydent kraju Joseph Kabila.

- Piłkarze mają rodziny, nie mogą grać za darmo. Jako kapitan muszę zadbać o ich dobro. Tuż przed naszym pierwszym meczem z Togo rozmawiałem przez kwadrans z prezydentem kraju. Obiecał, że wszystko będzie uregulowane – mówił mi LuaLua.

Ten grający przez lata w takich angielskich klubach, jak Newcastle czy Portsmouth, napastnik robi wrażenie. I to zarówno postawą na boisku, jak i poza nim. To prawdziwy zawodowiec. Na murawie haruje za dwóch. Poproszony o rozmowę nikogo nie zbędzie, nie patrzy na ciebie z góry i zawsze znajdzie czas, żeby odpowiedzieć na pytania. Może dlatego, że ciężko w życiu pracował na to, co osiągnął? Już w wieku dziewięciu lat musiał opuścić rodzinny kraj, dotknięty wojną domową. Potem przebijał się na szczyty do Premier League. Nie zapomniał jednak skąd pochodzi, i w 2006 roku założył w rodzinnej Kinszasie fundację, która ma pomagać żyjącym na ulicach miasta dzieciom. A tych, po kolejnej wojnie domowej nie brakuje. W jednym z wywiadów LuaLua tak wspominał swoją wizytę w Kinszasie.

- Po jednym z meczów poszedłem ze znajomymi do nocnego klubu. Przyczepiła się do mnie dziewczyna, ale nie miałem ochoty na rozmowę. Spędziła więc trochę czasu z moim kuzynem, tańcząc na parkiecie i rozmawiając. Potem okazało się, że wszyscy jesteśmy krewnymi. Strach pomyśleć, co mogło się stać. Mogłem wylądować w łóżku ze swoją kuzynką. Wiele dziewczyn takich jak ona pracuje na ulicach jako prostytutki. Nie mają wyjścia, bo inaczej nie są w stanie zarobić na życie – opowiadał LuaLua.

W Kinszasie za 180 tys. dolarów wybudował ośrodek dla sierot, w którym zatrudnił dziesięć osób. Jest tam też mała piłkarska akademia”.

Wtedy ćwierćfinał Pucharu Narodów DR Konga wysoko przegrał z Egiptem 1:4. Już po tym spotkaniu w Kairze Loman LuaLua dowiedział się, że tuż przed meczem zmarł jego osiemnastomiesięczny synek. LuaLua, mimo prawie 36-lat dalej jest aktywny. Jeszcze niedawno grał w tureckim klubie Akhisar Belediyespor.

Michał Zichlarz, Afrykagola.pl

blog comments powered by Disqus