Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

01-05-2012 | Czytelnia | afryka, ghana, obyczaje

Z czarami nie ma żartów?

W trakcie tygodniowego pobytu w Akrze chciałem przygotować materiał dotyczący reprezentacji Polski. Myślałem, żeby pójść do miejscowego szamana i zapytać go, jak w trakcie turnieju EURO 2012 zaprezentuje się reprezentacja biało-czerwonych. Taki materiał zawsze chętnie widziany jest w gazecie.

© Fot. Michał Zichlarz. 

Kolega odradzał. – Nie jedź, bo to nie ma sensu, a z takimi rzeczami zawsze trzeba uważać – podkreślał.

Uparłem się jednak, żeby pojechać. Szef klubu Oakzeel Stars FC Omeje Valentine wysłał ze mną jednego ze swoich zaufanych ludzi – Ebena Amartefio. Dojazd z dzielnicy Akry o nazwie Dansoman, gdzie mieszkaliśmy w hotelu St. Martin, do miejsca gdzie miałem się zobaczyć, tak przynajmniej myślałem, z jednym z czarowników, zajął około pół godziny jazdy w prażącym samochodzie.

Przy okazji rozmowy z Ebenem, który był moim kierowcą i przewodnikiem, dowiedziałem się, że właśnie co zmarła jego babka. Wyraziłem wyrazy współczucia i zapytałem, kiedy zmarła.

- Trzy tygodnie temu. Uroczystość pogrzebowa babci Florence, która przeżyła 92 lata, odbędzie się jutro – padła odpowiedź.

Nie byłem aż tak skonsternowany, bo w Ghanie byłem już wcześniej. Szok przeżyłem podczas autobusowej podróży w styczniu 2008 roku przez cały kraj z Akry do Tamale na północy.

To wtedy na wjeździe do Kumasi, jednego z największych i najbardziej znaczących miast kraju, widziałem olbrzymie bilbordy informujące o tym, że ktoś jest już “Pięć lat w niebie” czy inny z wiadomością, że… “Właśnie dotarłem do nieba”. Przy drodze widziałem zaś grupy osób tańczących rytualne tańce. Widzący mój szok współpasażerowie w autobusie mieli niezły ubaw. Wyjaśnili, że to część uroczystości pogrzebowych.

Informacja przekazana przez Ebena nie była więc dla mnie większym zaskoczeniem. Pogrzeb w Ghanie to olbrzymie przedsięwzięcie. – Sporo czasu zajmuje przygotowanie wszystkiego. Trzeba się do tego odpowiednio przygotować, poinformować rodzinę, wybrać miejsce na pochówek, trumnę. W czwartek uroczystość pogrzebową poprowadzi afrykański pastor, w piątek z kolei ksiądz z kościoła prezbiteriańskiego do którego należymy. Potem trumna zostanie złożona w grobie, przy którym rodzina zbierze się jeszcze trzeciego dnia – tłumaczył Eben.

Na uroczystość pogrzebową trzeba ze sobą wziąć… pieniądze. Otrzymuje je najbliższa rodzina zmarłej osoby. Przy czym stawki są naprawdę wysokie. Eben wspomina o 500 cedi. To ponad 250 dolarów (1 dolar = 1,8 cedi) co jest tutaj prawdziwym majątkiem! Szczęśliwy ten kto ma pracę i zarabia 80 dolarów na miesiąc.

Czytam i słyszę od znajomych, że często jest tak, że za uroczystość pogrzebową płacą ci z rodziny, którym powodzi się najlepiej i ich na to stać. Zresztą sama trumna, bardzo misternie wykonana, kosztuje nieraz 600 dolarów.

My dojeżdżamy wreszcie do królestwa Gbawe. Zostaję przedstawiony miejscowemu królowi, którym jest Nii Leayea Farmite II. Siedzi na wygodnym fotelu, a pod nogi kładą mu skórę z jakiegoś dzikiego zwierzęcia. Opowiada o tym, jak się żyje w Gbawe, jak musi wysłuchiwać żalów swoich poddanych, rozstrzygać spory pomiędzy nimi, które są potem honorowane przez wszystkich, i jak zarządza rozległym terenem Gbawe w Akrze z grupą swoich “chiefs” czyli miejscowych szefów.

Rozmowie przysłuchuje się Numo Akrama, miejscowy pastor kościoła afrykańskiego. Nie mówi po angielsku, tylko w języku Ga, jednej z wielu grup etnichnych w Ghanie. Eben tłumaczy. Może akurat nie jest to dobry czy odpowiedni moment, ale pytam czy byłby w stanie odpowiedzieć na pytanie, jak Polska zagra na EURO. Tylko się śmieje i mówi, że na to potrzebowałby więcej czasu. Eben podkreśla, że z prośbą o pomoc przyjeżdżają do niego ludzie z całego świata.

Numo Akrama chodzi boso. – To wyróżnia nas pastorów – podkreśla. Oprowadza po budynkach w których urzęduje. Widzę wiele drewnianych stołeczków. Znam je z wcześniejszej wizyty w Ghanie. Te tzw. stolce czy trony są jednym z symbolów ludu Aszantów, najpotężniejszej i największej grupy etnicznej w tym kraju. Numo Akrama tłumaczy, że każdy pastor ma swój tron stołeczek, a kiedy umiera, to nie jest wyrzucany czy palony, a przechowywany.

W końcu docieramy do miejsca, gdzie jak mówi, pracuje na co dzień. – Tam jednak nie możesz wejść – mówi. Obok widzę kobietę, na oko koło 40 lat, która czyści i zamiata podłogę. Numo Akrama tłumaczy, że jest ona naczelnym pastorem kobietą. Podczas uroczystości pogrzebowych, które prowadzi, duch zmarłej osoby wciela się właśnie w nią.

Kobieta podchodzi i spogląda na mnie takim świdrującym i przenikającym wzrokiem, że robi mi się słabo. Odchodzimy parę kroków, a ona podążą za nami i dalej wpatruje się we mnie swoim przeszywającym wzrokiem. Wolę na nią nie patrzeć. Może chce mnie zdenerwować?

Numo Akrama pokazuje jeszcze miejsce, gdzie odbywają się wszystkie uroczystośći. To wielki plac, gdzie jest mała chatka, w której urzęduje właśnie on. Eben tłumaczy, że nazywa się w języku Ga “ghatsu”. Kobieta na szczęście odstępuje od nas, a ja wolę się przeżegnać.

Mówię, że trochę mnie przestraszyła, na co Numo Akrama i Eben tylko się śmieją. W końcu dziękuję swoim przewodnikom za oprowadzenie po terenie Gbawe i wracam do hotelu. Tam kolega mówi, żeby raczej się do niego nie zbliżał, a najlepiej, jakbym wziął prysznic. Tak też robię. Z afrykańskimi wierzeniami czy rytuałami nie ma żartów. Teraz, podczas pobytu w Ghanie, sam się o tym przekonałem na swojej skórze.

Michał Zichlarz, Afrykagola.pl

blog comments powered by Disqus