Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

22-03-2008 | Sztuka | kenia, teatr

Teatr: Szukanie Afryki (2)

Co się zmieniło w Kenii w ciągu pięciu lat? W 2002 roku opuszczałam ten kraj tuż przed wyborami prezydenckimi, towarzyszyły im walki pomiędzy zwolennikami odmiennych opcji politycznych, pamiętam zdjęcia zmasakrowanych ciał na pierwszych stronach gazet. Pamiętam opowieści znajomych z jądra wydarzeń, terror, strach i jak bali się wieczorami wychodzić na ulice.

© Zuzanna Głowacka. Visions Puppeteers z Malindi. 

Podobne artykuły

Teraz też lepiej nie ryzykować i nie poruszać się w Nairobi po ciemku, czyli po dziewiętnastej. Przestępczość jest wciąż bardzo duża, tak jak korupcja, trybalizm, nepotyzm, rośnie bezrobocie, ale skończyła się bezkarność policji. Dzisiaj za znęcanie się i niekompetencję można funkcjonariusza podać do sądu i to podobno działa. Wcześniej policja torturowała na przykład za brak dowodu tożsamości. Za jazdę bez zapiętych pasów można iść do więzienia, nieważne czy pasy działają czy nie. Na dalekich trasach, a tym razem pokonywałam ich wiele, kontrole policyjnych patroli są dość częste. Wygląda to trochę jak blokada podczas pościgu przestępców. Na środku drogi na całej jej szerokości leży deska z powbijanymi na sztorc gwoździami, nie sposób się nie zatrzymać. Nie masz zapiętych pasów, wyprowadzają cię zakutego w kajdanki, co prawda „winny” zawsze wracał – po chwili „negocjacji”.

Mwai Kibaki, trzeci po Jomo Kenyattcie i Danielu Arapie Moi prezydent Kenii, wprowadził bezpłatną edukację podstawową. Dzieci do lat piętnastu stanowią niemal połowę mieszkańców tego kraju, a na jedną kobietę przypada mniej więcej sześć i trzy dziesiąte porodów. Szkół jest zbyt mało, jedna klasa w państwowej szkole może liczyć około stu osób.

W czerwcu 2006 roku jednak Kenia, jak i reszta świata, żyła mundialem. Kilkuletni uczestnik warsztatów teatralnych w szkole Yawo, w małej wiosce, położonej nad jeziorem Wiktorii bez chwili zastanowienia pomalował wykonaną przez siebie maskę w narodowe barwy Włoch.

Kenijski teatr w 2006 roku czyli ciąg dalszy

Przedmieścia Homa Bey (w dosłownym tłumaczeniu zatoka gorączki – zachorowalność na malarię jest tu wyjątkowo wysoka), wczesny, a już upalny poranek, spotykam się z Tomem Auko Otieno założycielem Victoria Community Educational Theater Troupe. Ten trzydziestokilkuletni mężczyzna z ludu Luo pracuje jako nauczyciel w miejscowej szkole, mają z żoną piątkę dzieci – chłopaków, mieszkają w niewielkim, zbudowanym z blachy domku, obok którego prowadzą sklepik (z zaledwie kilkoma produktami), który pomaga im się utrzymać. Ich sąsiadką jest Dinah Ombachi, inna członkini zespołu, ma dwadzieścia kilka lat, jeszcze nie jest mężatką, uczy się w college’u. Dinah dojdzie do nas później, na razie jesteśmy w dwójkę.

Spieszymy się, więc decydujemy się na boda-boda, pieszo droga do szkoły zajęłaby nam półtorej godziny (tyle przynajmniej wracaliśmy). Będzie nas to kosztować pięćdziesiąt szylingów kenijskich od głowy, czyli odpowiednik dwóch butelek coca-coli. Boda-boda jest tu, jak zresztą w wielu innych rejonach Kenii, bardzo popularnym środkiem transportu. Wsiadamy na bagażniki rowerów i jedziemy. Rowery są specjalnie przygotowane do takiego transportu, wyposażone w miękkie siodełko dla pasażera i dodatkowe rączki do „trzymanki”. Początkowo jedziemy asfaltem, a po chwili już polnymi drogami wiodącymi przez pagórki. Piękna trasa, z widokiem na góry i na rozciągające się w nieskończoność jezioro, które ze względu na rozmiary (prawie siedemdziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych) i dużą falę bardziej przypomina morze. Po półgodzinnej jeździe żegnamy kierowców, ostatnią część trasy musimy przejść pieszo.

Szkoła jest skromnie wyposażonym, podłużnym barakiem, położonym na delikatnym wzniesieniu, dookoła nie widać zabudowań – tylko trawy, krzewy, pola i góry. Wita nas grupka kilkunastu dzieci, z godziny na godzinę będzie ich przybywać. Z moim kolorem skóry jestem dużą atrakcją, jestem też gościem (w porze obiadu zostaję ugoszczona specjalnie dla mnie zabitym kurczakiem). Ponadto robię zdjęcia, które można obejrzeć na wyświetlaczu aparatu. Na początku trochę chodzimy wokół siebie, dzieciaki spoglądają na mnie nieśmiało, ale po chwili już zaglądają mi do uszu, badają grubość moich paznokci i strukturę włosów, śpiewam nasz hymn narodowy i odpowiadam na niekończące się pytania, wymyślamy wspólne zabawy, dziewczyny uczą mnie tańczyć, jest wesoło.

Dopracowujemy lalki (pacynki i europuppets) oraz maski, całe popołudnie trwają próby do przedstawienia – istnieje szansa, że pojadą z nim do Nairobi. Scenariusz napisał Tom, dzieciaki animują pacynki i recytują na pamięć wyuczone role, każdy umie każdą, są też postaci dwóch narratorów.

Głównymi bohaterami są przyjaciele z jednej szkoły: Innocent (pilna uczennica), Frank (podrywacz) oraz Mary i Jane (koleżanki obojga). Mary jest chora na AIDS, ale nie mówi o tym nikomu, zaraża Franka, a pośrednio także Jane i Innocent, która wyśmiewana przez koleżanki umawia się w końcu na randkę z Frankiem, podczas której zostaje zgwałcona. „Once is a Crime” (I jeden raz jest przestępstwem) tak brzmi tytuł przedstawienia. Ta historia nie odbiega od kenijskiej rzeczywistości, dlatego dzieciom uświadamia się już od najmłodszych lat, jakie ryzyko niesie współżycie seksualne i jak się zabezpieczać przed ewentualnym zarażeniem wirusem HIV.

Nairobi – biuro Family Programmes Promotions and Services – wsiadamy do samochodu: Gatonga (Michael Mutahi, świetny w rolach kobiecych ze względu na dużą skalę modulacji głosu), Peter Mutie (wcieli się między innymi w rolę lalki giganta), Daniel Otieno (doskonały animator, a także koordynator przedstawień), Fidelis Wanjiru (jedyna kobieta oprócz mnie w tym towarzystwie, zagra dziecko), Elijah Njenga (będzie narratorem) i Pastor (John Wamoi – mistrz kierownicy, a Pastor, bo zawsze ładnie ubrany – odprasowana koszula, krawat, spodnie z kantem i mówi tak, jakby prawił kazania). Jest trochę ciasno, ale lalkarze są do tego przyzwyczajeni. Na dachu wieziemy skrzynie z lalkami, sprzęt nagłaśniający, metalowe stelaże, parawan. Jedziemy do slumsów Kibera dać przedstawienie na zamówienie organizacji Médecins Sans Frontières (Lekarze bez Granic). Kibera to największe slumsy w stolicy Kenii i jedne z większych w Afryce Wschodniej. Z przybliżonych statystyk wynika, że na przestrzeni dwóch i pół kilometrów kwadratowych mieszka tam osiemset tysięcy osób, czyli na kilometr kwadratowy przypada trzysta tysięcy mieszkańców, ale Kibera ciągle się rozrasta.

Nadjeżdżamy od strony obozowiska skautów, które góruje nad Kiberą, więc mam okazję ujrzeć tę przestrzeń z odległości, to w zasadzie jedna wielka połać blachy. Wbijamy się w głąb ciasnych uliczek, a raczej niewielkiej przestrzeni (może dwa metry) pomiędzy jednym, a drugim rzędem, postawionych jeden przy drugim domków. Drogę blokują dodatkowo, porozstawiani po obydwu jej stronach, handlarze, bo Kibera to specyficzne miasto, w którym dla każdego znajdzie się zajęcie.

Kobieta wyplata warkoczyki ze sztucznych włosów (to dobry biznes, bo prawie wszystkie kobiety mają sztuczne włosy, przytraczane do własnych), mężczyzna prasuje żelazkiem na duszę, ktoś pastuje buty, ktoś inny szyje. Po jednej stronie ministragan z kilogramem pomidorów, po drugiej z węglem drzewnym, tu frytki, tam suszone ryby, owoce, surowe mięso, mąka kukurydziana (z niej powstaje najpopularniejsza kenijska potrawa – kaszka ugali, podstawa codziennego jadłospisu), proszek do prania i tak dalej. Pastor prowadzi genialnie, bez wahania, choć raz po raz chłopaki wysiadają z samochodu, żeby przestawić na chwilę stragan. A do tego wszędzie tłum ludzi. Nie wiem jak dojechaliśmy na miejsce, ale dojechaliśmy – kwestia wprawy.

Żar lał się z nieba, czuć było zapach fermentujących, porozrzucanych wszędzie śmieci. Zaczęło się od mobilizacji tłumu, lalka gigant tańczyła w rytm odtwarzanej z głośników muzyki, goniła dzieci, dzieciaki piszczały z radości i strachu. Akcja właściwa, którą odgrywały europuppets, dotyczyła historii rodziny, jakich pewnie w Kiberze wiele, opowiadała o dziewczynce ciężarnej z własnym wujem, rozpaczy rodziców, zagrożeniu wirusem HIV. Przedstawienie, choć przecież dotykające kwestii trudnych, pełne było żartów słownych i zabawnych sytuacji, publiczność śmiała się głośno.

Lalkarze wiedzą jak wciągnąć w akcję mieszkańców Kibery, w końcu sami tam mieszkają, albo w innych slumsach Nairobi. Pomagała nam mieszkająca w Kiberze pielęgniarka, chory na AIDS dawał świadectwo choroby i radził jak z nią żyć. Ludzie zadawali pytania, po spektaklu aktorzy rozdawali prezerwatywy. Byliśmy otoczeni tłumem gapiów, przede wszystkim dzieci, byli też dorośli. W pewnym momencie akcję zakłócił pijany mężczyzna, który zaczął kłócić się z lalkami, wywołując tym samym jeszcze więcej śmiechu. A ja złapałam się na tym, że nie obserwuję przedstawienia, tylko publiczność: ludzi uśmiechniętych, radosnych, biednych, ale godnych (sześć dolarów musi nieraz wystarczyć na tydzień życia kilkuosobowej rodziny). Patrzyłam na ludzi mających wyrysowane na twarzach nie łatwe przeżycia, a rozluźniających się w kontakcie z lalkami, zaaferowane fabułą dzieci, piękne kobiety, z majstersztykami sztuki fryzjerskiej na głowach, ojców rodzin, starców. Na górskim rowerze przejechał muzungu (biały), zatrzymał się na chwilę, by obejrzeć przedstawienie…

Community Health Awareness Puppeteers, bo to oni dawali przedstawienie, są zaangażowani w wiele innych akcji: programy edukacyjne z wykorzystaniem lalek w szkołach i przedszkolach (nie zapomnę spektakli dawanych przez dziewczynki w poprawczaku Dagoretti, ani naszej wizyty w przedszkolu Funguo, gdzie najmłodsi uczą się animować lalki), prowadzą szkolenia, występują na konferencjach. Jednak zapytani o własną kulturę, kulturę Kenii, Afryki, lekceważąco wzruszają ramionami – oni są dziećmi miasta. Chcą się uczyć europejskiego modelu kultury, najchętniej wszyscy wyemigrowaliby na Stary Kontynent, zapisali się do naszych szkół aktorskich. Kochają to, co robią, ale w Kenii nie widzą dla siebie przyszłości. Wiadomość z ostatniej chwili: FPPS było zmuszone wręczyć wypowiedzenia większości swoich lalkarzy – choć i tak przecież częściej grali za darmo – nie ma pieniędzy na edukacyjną działalność. Dostaję smsa z Kenii: „Zuza nie mam pracy, wyślij zaproszenie”.

Wybrzeże Kenii, Malindi, spotkanie z Chrisem Kariuki z ludu Kikuju – liderem Visions Puppeteers, siedziba Czerwonego Krzyża. Chris opowiada mi o magnet theater czyli teatrze, w którym widzowie sami wcielają się w role. Nazajutrz będę miała okazję zobaczyć takie przedstawienie. Jedziemy tym razem tuk-tukiem (trójkołowy pojazd silnikowy): ja, Chris i jego świetnie mówiąca po angielsku dziewczyna – Arabka, w końcu jesteśmy na wybrzeżu suahili. Piękne, pomarańczowe światło późnego popołudnia pada na nasze twarze. Część aktorów już jest na miejscu, w wiosce Muyeye. Ustawieni w kręgu przeprowadzają mobilizację tłumu, bez głośników („Głośniki osłabiły nam głosy” – stwierdzają), wykorzystują śpiew oraz elementy tańca i zabawy.

Umieszczony na ich identycznych koszulkach napis „Stop AIDS: keep the promise” (Zatrzymaj AIDS: dotrzymaj obietnicy) był hasłem Międzynarodowego Dnia AIDS w roku 2005. Koszulki wykonali sami, w przyszłości chcą się zająć farbowaniem dżinsów, by zdobyć pieniądze na otwarcie profesjonalnego teatru. Najpierw muszą rozbawić publiczność, przedstawiają krótkie scenki-skecze. „Tematy do nich czerpiemy z ulicy” – opowiada Chris. Jest więc despotyczna żona, uciekający przed wierzycielami mężczyzna, który w desperacji udaje stół we własnym domu i tym podobni. Kiedy otacza już ich spory tłum przechodzą do meritum. Temat jest drażliwy, ale niezwykle aktualny – „Suger Daddy” (dosłownie cukierkowy tatuś) czyli starszy mężczyzna, wykorzystujący seksualnie nieletnie dziewczynki, za pieniądze, albo właśnie „cukierki”.

Rozglądam się wokół, naprzeciwko mnie stoi kilkunastolatka, z widoczną ciążą, przedstawienie obserwuje też grono starszych kobiet i mężczyzn. Punkt kulminacyjny – mężczyzna oferuje dziewczynce pieniądze w zamian za seks, teraz ona ma podjąć decyzję. Narrator wkracza do akcji. Stop. Aktorzy nieruchomieją. Zadaje pytanie publiczności: „Co ona ma zrobić?”. Zdania są podzielone. „Odmówić? Dobrze, ale jak?” – pyta. „Jak to jak?” – odpowiada oburzona kobieta. „W takim razie zastąp ją i pokaż jak ma to zrobić” i narrator włącza do akcji kobietę z tłumu.

Chciałabym opisać wszystkich tych wyjątkowych ludzi spotkanych w Nairobi, Homa Bey, Kisumu, Eldoret, Malindi, nad rzeką Sabaki, w Mombasie, Nyeri, Nakuru i ich okolicach, wszystkie teatralne przeżycia, ale nie jest to możliwe… Jechałam do Kenii badać edukacyjny teatr, obserwować, słuchać, porównywać, dyskutować, uczyć się, ale także szukać tradycyjnej kultury i wspólnie z lalkarzami zastanawiać się, na ile ma ona jeszcze szansę funkcjonować w obrębie kultury współczesnej. Bolączką krajów postkolonialnych jest zaniżone poczucie własnej wartości. Ważne wydawało mi się, by uświadamiać działającym na rzecz kultury i edukacji młodym ludziom, że to, czego mogą nauczyć się od swoich dziadków ma także wartość, że liczy się nie tylko wiedza zdobywana na kursach, prowadzonych przez „mistrzów” z zagranicy.

Zuzanna Głowacka

Tekst „Szukanie Afryki” ukazał się w miesięczniku „Teatr” nr 4/2007.

blog comments powered by Disqus