Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

01-11-2008 | Czytelnia | masindi, polacywafryce, uganda

Polacy w Afryce: Masindi

Dużo jest książek, artykułów i wiadomości o losie ludzi wywiezionych na Syberię. O nieludzkich warunkach w jakich żyli, o głodzie, chorobach i ludzkiej niedoli. I o tułaczce, już po amnestii, na własną rękę, w poszukiwaniu tworzącego się wojska polskiego w Sowietach. Jak wszystkim wiadomo, młodzi i starsi mężczyżni, chłopcy i dorosłe dziewczęta wstępowały do wojska, dzieci trzymały się matek, a sieroty oddawano do sierocińca. 15 sierpnia 1942 przez Krasnowodzk dostaliśmy się do Pahlavi, potem Teheranu, Achwazu, Karachi. Tam zapadła decyzja, gdzie nas ulokują. Część uchodźców przyjęły Indie, Nowa Zelandia, Meksyk, a nas rozlokowano w Afryce Wschodniej.

© Panorama polskiego osiedla Koja w Ugandzie. 

Na terenie Afryki było 18 większych lub mniejszych polskich osiedli. Z większych skupień ludności trzeba wymienić Tengeru (4.000), Lusaka (1.400), Kidugala (1.000), Ifunda (800), Rusape (600), Abercon (600). Nam los przydzielił Ugandę - Masindi (prawie 5.000), Koja (3.000). Koja była bardzo ładnie położona w zatoce jeziora Wiktoria, względnie niedaleko Entebee i Kampali, stolicy Ugandy.

Dla nas w Masindi wykarczowano kawał dżungli o powierzchni około 5 km pomiędzy Jeziorem Alberta i Jeziorem Kyoga, na którym stopniowo budowano domy z gliny, pokryte trawą słoniową. Podłoga z uklepanej gliny, zamiast okien, drewniane okiennice, światło - naftowa lampa. Umeblowanie bardzo prymitywne - prycza z moskiterą od komarów, stół i dwie ławki. Każdy dom podzielony na trzy izby. Każda izba na jedną rodzinę, chyba że rodzina była duża, to dostawała dwie.

Prowiant dostawaliśmy z magazynu (każda wioska miała swój) rozdzielany przez specjalnie zaangażowane osoby. Gotowaliśmy sobie sami, na drzewem opalanej kuchence, zbudowanej niedaleko domu. Racje żywnościowe nie były zbyt hojne, ale nie byliśmy już głodni, tym bardziej, że po wyjściu z syberyjskiej szkoły, ludzie zakasywali rękawy i brali się do zakładania ogrodów warzywnych, hodowania kur itd. Owoców też było dużo. Banany i pew-pew rosły dziko. Ananasy, zanim jeszcze były dojrzałe, zaradne gosposie szatkowały i robiły z nich "kiszoną kapustę".

Transporty uchodźców zaczęły napływać już jesienią roku 1942. Jedna tylko wioska - Przejsciówka - była gotowa na ich przyjęcie. Po zbudowaniu następnych, ludzie byli przenoszeni do nowych wiosek, a Przejściówka nadal witała nowo przybyłych. W sumie było 8 wiosek w tym jedna była siedzibą sierot. Szosa, pod fantazyjną nazwą "Rób co chcesz" opasywała łukiem osiedle, od bramy wejściowej, aż po jego krańce. Była miejscem spacerów zakochanych par.

Wioski były budowane w kształcie krzyża albo w kształcie litery H. W środku była studnia - pompa, a cztery piaszczyste drogi rozchodziły się na cztery strony świata. U wylotu każdej był kran, z którego ludzie nabierali wiadrami wodę. Wzdłuż drogi domki, po pięć z każdej strony. Z higieną było trochę na bakier - wygódka strategicznie ulokowana niedaleko kuchni, a miednica do prania oraz do osobistego użytku. Ale mimo tych skromnych możliwości, ludzie wyglądali schludnie, a nawet własnym przemysłem, szykownie ubrani, czyści i zadbani.

Osiedle nasze było spore, miało chyba jakieś 5 km. kwadratowych. Mniej więcej w środku ulokowane było nasze gimnazjum, które otworzyło swoje drzwi w roku 1943. W roku 1944 powstało Liceum, a szkoła dostała nazwę "Gimnazjum Ogólnokształcące i Liceum Humanistyczne", z K.L Arnoldem jako Dyrektorem na czele. Przez następne czery lata, kolejne klasy zdawały egzamin dojrzałości - maturę. (w sumie około 120 osób). Sił pedagogicznych nadal brakowało (jak również podręczników), tak że starsi maturzyści, po ukończeniu kursu pedagogicznego, zaczynali uczyć dzieci w szkołach powszechnych, jak również w niższych klasach gimnazjum. Oprócz tego było jeszcze Gimnazjum Handlowe, Bieliźniarskie i parę szkół powszechnych. Kwitło harcerstwo, kółko dramatyczne i sporty. Mieliśmy świetlicę, gdzie odbywały się zabawy, przedstawienia, koncerty, wieczorki harcerskie i wyświetlane były filmy. Mieliśmy bibliotekę, wprawdzie nie zanadto wyposażoną, ale bardzo poczytną, orkiestrę i chór. Chodziło się na wycieczki. Jeździło na harcerskie i żeglarskie - (tylko chłopcy) obozy i do Butiaby na pływanie w jeziorze Alberta.

Mieliśmy też polskiego komendanta osiedla inż. Fr. Hawlinga, nasze własne biuro administracyjne, szwalnię, stolarnię, piekarnię, cegielnię i szewca. Dwa sklepy, szpital z pełnym personelem medycznym (4 lekarzy) i jednego dentystę. Na poważniejsze zabiegi i operacje woziło się pacjentów do Kampali, oddalonej o jakieś 300 km.

I mieliśmy nasz kościół. Zbudowany w latach 1943-1945 wspólnym wysiłkiem, przeważnie kobiet i dzieci, ze składek mieszkańców osiedla, pod czujnym i fachowym okiem P. Franciszka Wolaka, rady doradczej oraz ks. Fr. Wińczowskiego.

To był piękny murowany kościół, zbudowany u podnóża góry Wandy (Nyabyeya) górujący nad całym osiedlem. Nasza duma i radość. Z białym orłem na szczycie, napisem - Polonia Semper Fidelis i tablicami umieszczonymi przy głównym wejściu. "Ten kościół ku czci Najświętszej Marii Panny, Królowej Korony Polskiej wybudowali polscy wygnańcy podczas tułaczki do wolnej Ojczyzny"- po polsku, angielsku, suahili i łacinie. Do kościoła tego przez następne parę lat, aż do roku 1948 zanosiliśmy nasze modlitwy za życie i zdrowie naszych bliskich walczących na frontach i pomyślne zakończenie wojny. Zanosiliśmy tam też nasze małe troski i radości.

W roku 1948 zaczęła się likwidacja naszego osiedla. Rodziny wojskowe miały prawo wjazdu do Anglii w celu połączenia się rodzin. Inni mniej szczęśliwi byli przyjęci na kontraktowe prace do Kanady, Stanów Zjednoczonych, Australii i Brazylii. Część wróciła do kraju, a mały procent pozostał w Afryce, przeważnie Południowej. Mimo radości z powodu połączenia się rodzin, byliśmy wszyscy głęboko wzruszeni rozstaniem z Afryką, bo mimo ciężkich warunków, zwłaszcza na początku, kontynent ten obdarzył nas spokojną przystanią w zawierusze wojennej. I mimo poprzednich obaw, szczególnie matek rodzin, nigdy nikomu nie spotkała nas żadna krzywda ze strony lokalnej ludności.

Anglia przyjęła nas deszczem, mgłą i przejmującym zimnem...

Danuta Wójtowicz - Zajiczek

blog comments powered by Disqus