Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

10-05-2011 | Poznaj Afrykę! | gabon, libreville, pocztówkizgabonu, poznajgabon, zdrowie

Pocztówki z Gabonu (8): M jak malaria

Woda. Komar. Karaluch. Mucha. Te słowa - i wiele innych - nabrały nowego znaczenia w Libreville. Na początku żyjesz po europejsku. Myślisz sobie: od komara jeszcze nikt nie umarł, a jedno nie umyte jabłko to żadna katastrofa. Czyżby?

© © nbek. Owady są wszędzie. Nie da się od nich uciec. 

Ja zmieniłam zdanie już po trzech tygodniach. Co mnie przekonało? Pierwszy dur brzuszny, czyli najgorsza noc w moim życiu. Tej właśnie nocy nastąpiło absolutne przewartościowanie strategii ochrony przed afrykańskimi choróbskami, insektami wszelakiej maści oraz nieprzyzwoitą ilością bakterii, dostępnych w dowolnym kolorze, rozmiarze i stopniu złośliwości. Uczcie się na moich błędach - oto lista afrykańskich nieprzyjemności. Zaczniemy od tej dobrej strony: woda w Gabonie zasługuje raczej na pochwałę. A dalej czytajcie już na własną odpowiedzialność.

W jak woda
W wielu krajach Afryki Środkowej odradzane jest użycie wody z kranu nawet do mycia zębów. Może ona bowiem zawierać pełen repertuar mikrobów, których należy za wszelką cenę unikać. Gabon to jednak niezwykły wyjątek. Woda z kranu jest tutaj pitna. Już po miesiącu przestałam pić wodę butelkowaną i... przez półtora roku absolutnie nic mi się nie stało. Oczywiście należy się do smaku i składu tutejszej kranówki przyzwyczaić - różni się bowiem nieco od tej europejskiej. Z perspektywy czasu oceniam ją jednak na stopień bardzo dobry, jest znacznie lepsza niż na przykład woda w Brukseli czy Warszawie. Jednak uwaga! Nigdy nie piłam wody z kranu poza Libreville... w podróży zawsze bezpieczniej jest prosić o butelkę wody Andza (dobra woda butelkowana, pochodząca ze źródła na południu kraju), nawet do mycia zębów. Sami Gabończycy mawiają: „my pijemy wodę z rzeki, ale to wy biali jesteście na to zdecydowanie za delikatni...".

M jak MALARIA
A K jak „komar" - jednego i drugiego należy unikać jak O, czyli ognia. O malarii sporo się tu mówi, ale na pewno nie w kontekście tragicznej śmierci. Czasy, kiedy malaria stanowiła dla odpowiedzialnego Europejczyka zagrożenie, mamy już na szczęście dawno za sobą. Proszę mnie jednak źle nie zrozumieć: pod żadnym względem nie należy malarii ignorować! Wystarczy podejść do sprawy z głową i... dobrym sprayem. Szczepionka na malarię nie istnieje, a leków przed nią chroniących, z fascynującą gama efektów ubocznych, nie można brać przez długi czas. Po kilku miesiącach jesteśmy więc zdani na łut szczęścia i zdrowy rozsądek.

Komary przenoszące malarię pojawiają się zazwyczaj o zmierzchu, około godziny 18, zwanej tutaj po prostu „godziną komara". Zamykamy więc okna, a jeśli planujemy wyjście - staramy się wybierać ubrania zakrywające jak najwięcej ciała. Do tego obficie spryskujemy się dobrej jakości sprayem odstraszającym komary i, pachnący oraz od stóp do głów zakryci odzieniem, możemy biec na dyskotekę. Pamiętajmy również, ze komary złośliwie nie idą spać razem z nami - chętnie atakują w nocy, a wtedy stara dobra moskitiera okazuje się niezastąpiona. Do tego zalecane jest podróżowanie z termometrem i, bardzo tutaj tanim, lekiem antymalarycznym. W przypadku bardzo wysokiej gorączki i bólu stawów, jeśli jesteśmy odcięci od cywilizacji, możemy sobie ponoć samodzielnie leki te zaaplikować (jeżeli nie chorujemy akurat na malarię, podobno nie powinny nam zaszkodzić). Wszystko, byle nie czekać, aż się choroba rozwinie. Im dłużej trwa nieleczona, tym gorzej. Szybkie rozpoznanie i reakcja gwarantują powrót do zdrowia po tygodniu. Taka ostra grypa, podobno. Na koniec dodam jedynie, że mimo całej mojej ostrożności, komary gryzły mnie oczywiście bezustannie. Najwyraźniej mam jednak sporo szczęścia - nie zachorowałam ani razu.

S jak salmonella
Masz obsesję na punkcie higieny osobistej? Myjesz ręce sto razy dziennie? Świetnie! Afryka to miejsce dla ciebie! Taka na przykład salmonella ma zwyczaj przysiadać na nie mytych owocach, lubi też popływać w brudnej wodzie. Jej życiową ambicją jest dostanie się do ludzkiego układu pokarmowego. Wystarczy w zamyśleniu musnąć usta brudną ręką, czy też raz, ten jeden jedyny raz!, nie umyć porządnie pomidora. I już. Koniec. Dur brzuszny. Podobnie jak malaria - uleczalny i wcale nie taki straszny. Ale ponieważ tego doświadczyłam na własnej skórze, zachęcam: szorujcie wszystkie owoce i warzywa, wyparzajcie w gorącej wodzie, myjcie ręce, nogi i uszy - słowem, róbcie wszystko, żeby się durem nie zarazić.

I jak insekty
Oczywiście - insekty. Insekty wszędzie i o każdej porze. Na początek - karaluchy: grube, ogromne, latające karaluchy. Bez zapowiedzi wprowadzają się do każdego mieszkania, a pozbycie się ich graniczy z cudem. Często widuje się je spacerujące po świeżych bułeczkach w piekarni. W kawiarni przysiadają na podłodze. W restauracji złośliwie wpatrują się w twój obiad. A do tego są strasznie brzydkie.

Nie mniej irytujące są mrówki, które, nie wiadomo skąd, pojawiają się natychmiast, gdy na podłogę upadnie najmniejsza drobinka jedzenia. Zaraz za mrówkami plasują się małe robaczki, które bez przerwy znajduję w mące, makaronie i ryżu. Nieważne, w ile plastikowych torebek opakuję jedzenie - robaczki zawsze sobie poradzą. Rezultat: gabońska specjalność à la Kasia - makaron z robaczkami.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z pewną muchą, która to lubi składać jaja na wilgotnym praniu. Jajo zagnieżdża się następnie w skórze nieszczęśliwca, który uprane ubranie nosi, po czym larwa rośnie sobie spokojnie pod skórą, co podobno jest dla właściciela owej skóry bardzo bolesne. Jak uniknąć tego typu atrakcji? Nie suszyć ubrań na zewnątrz i wszystko prasować - jaja giną w gorącu. Rezultat: elegancko wyprasowane skarpetki.

Tak, jest wiele rzeczy, które utrudniają życie na równiku. Biali narzekają, narzekałam i ja. Ale, mimo wszystko, Afryki nie da się nie pokochać. Myślę, że taka miłość zdarza się tylko raz w życiu...

Kasia Koniecka,
autorka mieszkała w Libreville

blog comments powered by Disqus