Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

13-11-2008 | | kongo, nkunda, partyzanci, wojna

Nikt nie może pomóc Kongu

Jeśli wojna, która tli się w położonej na wschodzie Konga krainie Kivu, wybuchnie pełnym płomieniem, obejmie pół Afryki i doprowadzi do najkosztowniejszej klęski w historii misji pokojowych ONZ Pod koniec października partyzanci zbuntowanego generała Laurenta Nkundy z łatwością rozpędzili na cztery wiatry kongijską rządową armię budowaną od kilku lat za miliony dolarów przez instruktorów z ONZ. Cudzoziemcom nie udało się zmienić kongijskich żołnierzy, którzy zawsze woleli zajmować się grabieżami, gwałtami i mordami, a na pierwszy strzał rozbiegali się w popłochu. Teraz też na widok partyzantów, zamiast bronić miasteczek i wsi w Kivu, przystąpili do ich plądrowania. Partyzantom Nkundy równie łatwo przyszłoby zdobycie stolicy północnego Kivu Gomy, ale generał kazał im zatrzymać się przed rogatkami miasta i ogłosił zawieszenie broni. Czterdziestokilkuletni Nkunda przysięga, że nie chce wojny, lecz rozmów z rządem z Kinszasy. Ale rozejm ogłosił raczej nie po to, by układać się prezydentem Josephem Kabilą, lecz by zyskać na czasie, zdobyć sojuszników i zagranicznych mocodawców. Zaprawiony w wojnach Nkunda wie, że jego kilka tysięcy partyzantów wystarczy, by podbić Kivu, ale jest ich zbyt mało, by sięgnąć po Kinszasę. Generał, który przed laty zdezerterował z własnym oddziałem z kongijskiego wojska, by bronić swoich rodaków, kongijskich Tutsich, ogłosił niedawno, że dziś jego celem jest "wyzwolenie wszystkich Kongijczyków". Wojna zaczęła się w krainie Kivu Wojna tak upodobała sobie zieloną krainę Kivu położoną nad afrykańskimi wielkimi jeziorami Kivu, Edwarda i Tanganika, że nie opuszcza jej od ponad dziesięciu lat. Zawitała tu w 1994 r., gdy na wschodnich brzegach jeziora Kivu, w Ruandzie, zdominowane przez lud Hutu tamtejsze rządowe wojsko dokonało rzezi Tutsich. Zajętych mordami Hutu rozgromili partyzanci Tutsi, którzy ruszyli na ratunek rodakom ze swoich kryjówek w sąsiedniej Ugandzie. Pokonani i lękający się krwawego odwetu Hutu uciekli za kongijską granicę, do Kivu. Ruandyjscy Tutsi bezskutecznie domagali się od ówczesnego władcy z Kinszasy Mobutu Sese Seko, by rozbroił wojsko Hutu, które na obczyźnie natychmiast zaczęło szykować się do odwetu. W końcu maleńka Ruanda sama postanowiła zaprowadzić porządki u wielkiego, lecz pogrążonego w chaosie sąsiada. W 1996 r. skrzyknęła kongijskich Tutsich w partyzantkę, a sama wraz z Ugandą posłała im swoje wojsko na pomoc. Pół roku później rebelianci byli już w Kinszasie, a ich przywódca, wywodzący się z Katangi Laurent-Desire Kabila, objął władzę (nikt w Kongu nie uznałby panowania garstki bitnych Tutsich stanowiących mniejszość nawet w samym Kivu). Wyniesiony do władzy Kabila nie zamierzał jednak być tylko popychadłem swoich dobrodziejów. Zwalniał z rządu podsuniętych mu Tutsich i ani myślał zwalczać Hutu. Latem 1998 r. Ruanda do spółki z Ugandą, Burundi i Republiką Środkowoafrykańską wywołała więc w Kivu nową rebelię. Ratując skórę, Kabila poprosił o pomoc sąsiadów. W zamian za wojsko obiecywał na prawo i lewo koncesje na wydobycie cennych minerałów, w jakie natura hojnie obdarowała Kongo. Z wojny domowej kongijska wojna stała się afrykańską. Po stronie Kabili stanęły wojska z Angoli, Namibii, Zimbabwe, Czadu i Sudanu. Wojna przerodziła się w bestialskie mordy i etniczne czystki, a także cyniczne grabieże dokonywane przez obce wojska. Wojna o łupy poróżniła nawet sojuszniczki - Ruandę i Ugandę. Zanim zagranicznym negocjatorom udało się przekonać walczące strony do ugody, od kul, chorób i z głodu zginęło 4-5 mln ludzi, Kabilę, który zginął w zamachu, zastąpił jego syn Joseph, a Kongo zostało rozdarte na trzy części - jedną kontrolowały wojska rządowe, drugą - partyzanci wspierani przez Ruandę, a trzecią - rebelianci, którym pomagała Uganda. Podpisany w 2002 r. pokój sankcjonował status quo. Kabila junior pozostał prezydentem, a obaj przywódcy rebeliantów jego zastępcami. Pokój był wygraną kongijskich Tutsich. Nie tylko mieli swojego wiceprezydenta i ministrów w Kinszasie, ale pod ich kontrolą pozostawała także kraina Kivu i jedna trzecia całego Konga. Wywalczone na wojnach zdobycze kongijscy Tutsi stracili latem 2006 r. w wyniku pierwszych od 40 lat wolnych wyborów mających stanowić zwieńczenie największej i najkosztowniejszej w historii misji pokojowej ONZ. Zwycięzca wyborów Joseph Kabila zagarnął dla siebie wszystko. Jego pokonany rywal, były wiceprezydent i protegowany Ugandy Jean-Pierre Bemba, przegrał uliczną wojnę w Kinszasie i został przegnany z kraju. Również Tutsi, jako nieliczni, niemający najmniejszych szans w wyborach, stracili wszystko. Generał Nnkunda nie składa broni Nkunda, który walczył we wszystkich wojnach w Kongu i Ruandzie, odmówił uznania nowych władz. Rok temu odrzucił też złożoną mu przez nie ofertę 2,5 mln dol., które miały mu zapewnić dostatek i święty spokój na wygnaniu w RPA. Zgodził się jedynie podpisać w styczniu rozejm, gdy rząd z Kinszasy obiecał rozbroić partyzantów Hutu z krainy Kivu. Jeśli tak się stanie - obiecał Nkunda - złożę broń i rozpuszczę wojsko. W sierpniu wojna w Kivu wybuchła na nowo, a władze w Kinszasie i Nkunda wzajemnie obwiniają się o złamanie rozejmu. Rząd twierdzi, że Nkundę znów wspomaga ruandyjskie wojsko, które chce obalić kolejnego kongijskiego prezydenta. Nkunda twierdzi, że jego partyzanci widzieli w Kivu żołnierzy z Angoli. Swoje wojska chętnie podesłałoby na pomoc Kabili Zimbabwe. Wojna nie tylko zapełniłaby pusty skarbiec zbankrutowanego państwa, ale dodatkowo odciągnęła uwagę świata od fatalnych rządów prezydenta Roberta Mugabego. Siedemnaście tysięcy żołnierzy ONZ bezradnie przygląda się walkom, grabieżom, nowemu exodusowi uchodźców, który szacuje się na ćwierć miliona. Nie mogąc liczyć na ich pomoc w zwalczaniu ukrywających się w Kongu ugandyjskich rebeliantów, także Uganda może w każdej chwili uznać, że szybciej sprawę załatwi na własną rękę. Co gorsza, fiasko misji ONZ w Kongu niechybnie oznaczać będzie jeszcze większą klapę operacji w sąsiednim Sudanie. ONZ już dziś nie może doprosić się żołnierzy, śmigłowców i pieniędzy na jeszcze większą niż kongijska misję pokojową w Darfurze. Kongijska katastrofa może zaś dodatkowo wywołać wojnę na południu Sudanu, gdzie pod nadzorem ONZ trwają przygotowania do zapowiedzianych na 2009 r. wyborów i ustalonego na 2011 r. plebiscytu w sprawie niepodległości południa. Widząc bezradność i słabość wspólnoty międzynarodowej, rząd z Chartumu i byli partyzanci z południa już dziś zbroją się na przyszłą wojnę. Wojciech Jagielski, Gazeta Wyborcza

©: http://wyborcza.pl/1,86715,5904660,Nikt_nie_moze_pomoc_Kongu.html

blog comments powered by Disqus