Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

29-07-2009 | Sport | mundial, zair, zair74

Klęska 1974 roku

Mistrzostwa Świata '74, które Polsce przyniosły brązowy medal a Grzegorzowi Lacie koronę króla strzelców, dla Afryki były o wiele mniej udane. Niemieckie stadiony stały się areną najdotkliwszych porażek w historii afrykańskiego futbolu a wielkie marzenia międzynarodowych triumfach brutalnie zweryfikowała rzeczywistość. Wtedy też po raz pierwszy nad Afryką pojawiło się widmo problemów, które gnębią tamtejszą piłkę po dziś dzień.

© cc. 

Po Egipcie w 1934 i Maroku w 1970 roku następną afrykańską reprezentacją, która pojechała na Mistrzostwach Świata został Zair. Był to pierwszy Mundial, na którym Afrykę reprezentowała drużyna z kraju leżącego na południe od Sahary.

Narodziny potęgi zairskiego futbolu wyznacza rok 1965, w którym prezydentem państwa został wielki fan piłki nożnej - Mobutu Sese Seko. Zairski dyktator zapragną zostać najpopularniejszym afrykańskim prezydentem a piłka nożna miała mu w tym pomóc. Pełne imię zairskiego prezydenta - Mobutu Sese Seko Kuku Ngbendu wa za Banga - przetłumaczyć można jako „potężny wojownik, kroczący od triumfu do triumfu". Mobutu chciał, by zairski futbol kroczył wraz z nim.

Od samego początku swej prezydentury kongijski dyktator zaczął inwestować w futbol. Zagwarantował piłkarzom wysokie premie za zwycięstwo - ci najlepsi dostawali domy, luksusowe samochody i setki hektarów ziemi. Reprezentacja otrzymała do własnej dyspozycji prezydencki samolot. Mobutu nie szczędził również pieniędzy na sztab szkoleniowy - u sterów reprezentacji stanął Blagoje Vidinic, serbski trener, który 4 lata wcześniej doprowadził do finałów Mistrzostw Świata reprezentację Maroka.

Inwestycje Mobutu zwróciły się bardzo szybko. Jako pierwsze sukcesy zaczęły odnosić kongijskie kluby. W 1967 i 1968 roku Afrykańską Ligę Mistrzów wygrał Englebert z Lubumbashi. Za zwycięstwami w piłce klubowej przyszły sukcesy reprezentacji - w 1968 roku Zair zdobył Puchar Narodów Afryki. Mobutu odniósł triumfował tam, gdzie zawiódł Nkrumah - w sporcie, co według niego czyniło go idealnym afrykańskim przywódcą. Po uzyskaniu dominacji na afrykańskim podwórku zairski futbol gotowy był na kolejne wyzwanie - Mistrzostwa Świata.

W decydującej fazie kwalifikacji do Mundialu w Niemczech Zairowi przyszło zmierzyć się z Miedzianymi Kulami z Zambii i Marokiem, które było zdecydowanym faworytem do końcowego sukcesu. W kluczowym meczu Zair pokonał Maroko, lecz samo spotkanie przyszło do historii afrykańskiej piłki, jako jeden z bardziej kontrowersyjnych meczów.

Pojedynek Zairu z Marokiem odbył się na stadionie Tate Raphael w Kinszasie, którego oficjalna pojemność wynosiła 8 tysięcy miejsc. Zainteresowanie spotkaniem było jednak tak wielkie, że kibiców zjawiło się niemal 3 razy więcej. Od początku stroną przeważającą były Zairskie Lamparty, które zepchnęły Marokańczyków do głębokiej defensywy. Jednak pomimo wyraźnej przewagi reprezentanci Zairu nie byli w stanie umieścić piłki w marokańskiej siatce. Wraz z upływem kolejnych minut ich gra stawała się coraz bardziej nerwowa i brutalna. W drugiej połowie po jednym z fauli boisko opuścić musiał rozgrywający Lwów Atlasu - Ahmed Faras. Parę minut po tym incydencie na prowadzenie wyszła reprezentacja Zairu. W olbrzymim zamieszaniu pod marokańską bramką Zairczycy dosłownie przepchnęli piłkę za linię bramkową. Reprezentanci Maroka twierdzili, że ich bramkarz - Ahmed Belkoucrhi, został stratowany przez graczy z Zairu, lecz sędzia pozostał głuchy na ich protesty.

W tamtym spotkaniu Zair zdobył jeszcze dwie bramki i jasnym stało się, że Lwy Atlasu nie pojadą drugi raz z rzędu na Mundial. Marokańska federacja domagała się powtórzenia meczu, ze względu na niezwykle brutalną grę Zairskich Lampartów i stronnicze sędziowanie, jednak FIFA nie uwzględniła jej żądań. W ramach protestu Maroko wycofało się z Pucharu Narodów Afryki '74.

Pod nieobecność Lwów Atlasu w kontynentalnych rozgrywkach po raz drugi w historii zwyciężył Zair i w blasku chwały udał się do Niemiec, by reprezentować Afrykę na Mistrzostwach Świata.

W czasach kolonialnych w Kongo brakowało bohaterów narodowych. Dopiero w latach '70 lukę tę udało się wypełnić piłkarzom krajowej reprezentacji. Po awansie na Mundial i wywalczeniu Pucharu Narodów Afryki w całym Zairze zapanowała wielka euforia. Złotych medalistów na lotnisku witały tysiące kibiców a prezydent przyznał im domy, ziemie i samochody. „Rozpieszczano nas wtedy, byliśmy Mistrzami Afryki i jechaliśmy reprezentować kontynent na Mistrzostwach Świata" - przyznaje Massamba Kilasu - pomocnik ówczesnej reprezentacji. „Naprawdę mocno wierzyliśmy, że wrócimy z Mistrzostw Świata jako milionerzy..." - dodaje Mwepu Ilunga.

Wiele osób w Zairze zdawało sobie jednak sprawę jaka przepaść dzieli miejscową reprezentację od najlepszych drużyn świata i jak trudno będzie o sukces na Mundialu. Włodarze drużyny narodowej postanowili zadbać o przychylność sił nadprzyrodzonych i do Niemiec zabrali najlepszych czarowników ze wszystkich prowincji Zairu. „Zobaczyłem ich między zawodnikami, obładowanych woreczkami i dziwnie pachnących. Wtykali tu i tam jakieś cebulki, karmili czymś piłkarzy, wysyłali na cmentarz lub po ludzkie kości" - relacjonuje kongijski dziennikarz Emmanuel Maradas. Jednak nawet czarownicy nie byli w stanie odwrócić losu, jaki czekał Zairskie Lamparty na niemieckich stadionach.

W pierwszym meczu Zair zmierzył się ze Szkocją. Willie Ormond - trener Szkockiej reprezentacji odgrażał się, że w spotkaniu z Afrykańczykami padnie dwucyfrowy wynik. Jednak Zairskie Lamparty walczyły dzielnie i przegrały jedynie 0-2.

„Graliśmy bardzo dobrze bo po przyjeździe obiecano nam premie już po pierwszym rozegranym spotkaniu" - tłumaczył Mwepu Ilunga. „Jednak po meczu ze Szkotami nic nie dostaliśmy" - dodaje Ilunga.

„Pieniądze od zawsze były źródłem konfliktów w afrykańskich reprezentacjach. Kiedy obietnica premii nie została dotrzymana, w drużynie Zairu pojawił się brak zaufania" - tłumaczy Emmanuel Maradas.

Na dwie godziny przed rozpoczęciem meczu z Jugosławią reprezentanci Zairu odmówili gry. Do meczu ostatecznie przystąpili, lecz bez jakiegokolwiek zaangażowania. „Nie chcieliśmy grać. Widać to dokładnie na filmach. Przechadzaliśmy się po boisku. Gdy przyjrzeć się nagraniom, to całkiem oczywiste" - twierdzi zairski reprezentant z '74 roku - Kabasu Babo.

Porażka 0-9 była największą klęską w historii zairskiej piłki nożnej. Przegrywając z Jugosławią Lamparty zrujnowały reputację afrykańskiego futbolu, w którym po występach Egiptu i Maroka pokładano wielkie nadzieje. W pewnym stopniu piłkarska Afryka za porażkę Zairu pokutuje aż do dzisiaj.

W Zairze Mobutu kipiał ze złości. Jego marzenie o jednoczeniu i pacyfikowaniu narodów Afryki poprzez futbol legło w gruzach. Zairski prezydent zagroził piłkarzom, że jeśli następny mecz z Brazylią przegrają wyżej niż 0-4 nigdy nie wrócą do domu. Odebrał im również wszystkie prezenty i przywileje. Lamparty przegrały 0-3 i z bilansem 14 straconych bramek zakończyły swoją przygodę z Mistrzostwami Świata.

Jednak mecz z Brazylią kibice pamiętają nie dzięki bramkom, lecz niecodziennemu zagraniu Mwepu Ilunga:

„Po tych Mistrzostwach wszystko zostało porzucone, zapomniane i odeszło w cień. My także" - wspomina jeden z reprezentantów Zairu. „Myśleliśmy, że po turnieju podpiszemy kontrakty z europejskimi klubami. Nic z tych rzeczy. Wróciliśmy do domu i popadliśmy w zapomnienie" - dodaje. „Do Zairu wróciliśmy jako biedacy. Spójrz teraz na mnie - wyglądam jak włóczęga" żalił się w rozmowie z dziennikarzami Mwepu Ilunga. Niewielu graczy z drużyny, która reprezentowała Zair na Mistrzostwach Świata '74 wróciło do piłki nożnej. Część z nich zajęła się handlem, większość popadła w ubóstwo. Gdy w Kinszasie wylądował samolot, którym Lamparty wracały z Mistrzostw, na lotnisku nikt na nich nie czekał.

psp

blog comments powered by Disqus