15-07-2011 | Film | afrykamera, film, polska, stępień

Africa Paradiso

Z Przemysławem Stępniem - twórcą jedynego w Europie środkowo-wschodniej przeglądu filmów afrykańskich AfryKamera, o tym jak Biały Murzyn przyjechał do Konina, o filmach kręconych w trzy tygodnie, o kinach-szałasach, o atmosferze festiwalu w Ouagadougou, o cudzie Nollywoodu i wielkim afrykańskim kinie artystycznym - rozmawia Jakub Ciećkiewicz

© Fot. Beata B. Nowak 

- Wiem, że masz 31 lat, urodziłeś się i wychowałeś w Zambii, a Polskę po raz pierwszy zobaczyłeś dopiero w okresie dorastania. Jak to się stało?
- W latach 70-tych, kiedy rządy krajów socjalistycznych zachęcały fachowców do wyjazdów na legalne kontrakty w ramach „braterstwa narodów" z Afryką, mój ojciec - inżynier górnik - trafił do zambijskich kopalń miedzi w prowincji Copperbelt, gdzie pracował przez ponad 20 lat. Tam się urodziłem, tam przyszła na świat moja starsza siostra - Miłka.

- Masz fajne wspomnienia z dzieciństwa?
- Mieszkaliśmy w Luanshya, w małym górniczym miasteczku, ze sporymi slumsami. Nie zapamiętałem jednak kontrastów, a jedynie ulice wysadzane kwitnącymi na fioletowo drzewami jakarandy, dnie spędzone nad jeziorami, zabawy w termitierze w naszym ogrodzie i pobyty w świetnie zachowanych parkach narodowych, z których największy ma rozmiar pół Szwajcarii...

- Zambia reklamuje się jako „Prawdziwa Afryka"...
- I słusznie, ze względu na rozległe tereny chronione z unikalnym zestawem zwierząt, bardzo łatwo dostępnych. W parkach bez wysiłku spotkasz wielkie stada słoni, lwy, a nawet czarne nosorożce. Jest sucho, ciepło, nie chce się w ogóle nosić butów... Ale ponieważ nie ma skutecznej promocji, ludzie jeżdżą do Kenii, Tanzanii, choć tam takich cudów nie zobaczą.

- Turyści przyjeżdżają oglądać wodospady Victorii.
- W związku z problemami Zimbabwe, turyści zaczęli tłumnie odwiedzać wodospady po stronie zambijskiej. Dzięki temu rozkwitają leżące u stóp katarakty luksusowe kurorty.

- A w około rozciąga się bezpieczny świat...
- Rzeczywiście! Po wyzwoleniu z rąk Anglików w 1964 roku, w Zambii nie było ani wojen o władzę, ani walk plemiennych, a demokratyzację udało się osiągnąć za pomocą pokojowych protestów. Miejscowa gospodarka opiera się na miedzi, która obecnie osiąga niebotyczne ceny, z czego skrzętnie skorzystali Chińczycy, którzy kopalnie dokapitalizowali, kiedy cały przemysł wydobywczy był w dołku. Rozwija się rolnictwo - wsparte przez farmerów z Zimbabwe, choć miejscowi także wyczuli koniunkturę i pewnie wkrótce Zambia stanie się spichlerzem Afryki. Więc, choć mocno przeżyła kryzys światowy 2009 roku, dziś znowu wyskoczyła do przodu.

- Wróćmy do Twojego dzieciństwa. Miałeś mocną świadomość własnej polskości?
- W Zambii organizowano wielkie zjazdy Polaków, w trakcie których panowała atmosfera bliskości, jakiej nigdy potem nie zaznałem w kraju. Byliśmy wszyscy bardzo ze sobą związani. Odwiedzaliśmy, wraz z duchownymi, pomnik ku czci naszych żołnierzy służących w wojskach brytyjskich podczas II wojny światowej, o którym polski rząd chyba nic nie wie, bo gdyby nie opieka naszych misjonarzy obelisk by niszczał.

- A potem przyjechałeś na stałe do kraju. Jak się czułeś?
- Miałem problemy z przystosowaniem, koledzy traktowali mnie jak ciekawostkę - do Konina przyjechał biały Murzyn, który prawie nie gada po polsku.

- Co Ci się rzuciło w oczy?
- Zauważyłem duży dystans między ludźmi, miałem nieodparte wrażenie, że Polacy są znacznie bardziej interesowni niż Afrykanie, że większość kolegów zawsze ode mnie czegoś chce. Pewnie dlatego szybko stałem się outsiderem, i to mi już zostało. Do dziś znacznie lepiej czuję się w Afryce, zazwyczaj łatwiej nawiązuję nić porozumienia z jej mieszkańcami, niż ze swoimi warszawskimi sąsiadami. Z czasem wszystko co robiłem, najpierw na zasadzie hobby, a potem zawodowo, zaczęło się wiązać z Afryką.

- Przed kilkunastu laty zorganizowałeś w Krakowie pokaz filmów studentów z RPA.
- Tak, pokaz się udał, ambasada pomogła, więc od razu postanowiłem zrobić coś większego...

- W jaki sposób wchodziłeś w świat afrykańskiego kina?
- W Zambii, gdzie telewizja była strasznie nudna i prawie w ogóle się jej nie oglądało, już jako ośmiolatek stałem się fanatykiem hinduskich wypożyczalni video. Pożerałem po kilkanaście fabuł tygodniowo. O dziwo, nie było wśród nich filmów afrykańskich!!! Żeby poznać to kino, musiałem nawiązać znajomości z dystrybutorami, reżyserami, jeździć na festiwale.

- Jaka atmosfera panuje na afrykańskich przeglądach?
- Najbardziej żywiołowe jest Fespaco w Ouagadougou, gdzie przed kinami stoją ogromne kolejki i, żeby zaspokoić ciekawość publiczności, trzeba czasem wyświetlać film kilka razy pod rząd, aż do rana; gdzie reżyserzy osobiście wnoszą kopie do sali projekcyjnej; gdzie, w trakcie projekcji, może zabraknąć prądu - to wszystko ma swój urok.

- Czym jest film dla Afryki?
- Mamadou Diouf, senegalski prezenter muzyki, zamieszkały od 20 lat w Polsce, opowiadał mi z jakim aplauzem pokazywano dawniej dzieła ojca kina afrykańskiego Ousmane Sembène. Na placach Dakaru stawiano rzutnik, rozwieszano ekran, a na projekcje przychodziła cała okolica.

- To się już skończyło?
- W różnych krajach bywało z tym różnie. W Zambii w ogóle nie ma kin - są tylko wypożyczalnie, w RPA wielką popularnością cieszyły się kiedyś kina samochodowe, a teraz wszystko przejęły multipleksy, a w Mozambiku w latach 80. powstał wielki przemysł filmowy, bo prezydent Samora Moisés Machel postanowił promować socjalizm poprzez kino. Budował studia, sprowadzał specjalistów, w tym Jean Luc Godarda, i sprzęt, rozsyłał po całym kraju kina obwoźne, które docierały do najmniejszych wsi. Ludzie do dziś z sentymentem wspominają tamten okres...

- Który minął?
- Czasy się zmieniły, kina upadły, filmy artystyczne są robione pod festiwale. Afryka nie ma dostępu do własnej kinematografii.

- Filmowcy na to reagują?
- Kameruński reżyser Jean Marie Teno nakręcił niedawno bardzo ciekawy dokument o nazwie „Sacred Places" [Święte miejsca]. W tym filmie jego kolega z Burkina Faso wybitny filmowiec Idrissa Ouedraogo narzeka, że nie może pokazywać swoich dzieł rodakom. Teno zabiera go więc w miejsce, gdzie Burkinańczycy obcują ze sztuką filmową. Są to chałupy - szałasy, w których często stoi wielki ekran plazmowy, najnowocześniejszy sprzęt DVD, jest dolby surround, a na nielegalne projekcje przychodzi po 20 - 30 osób. Takie formy dystrybucji upowszechniają się dziś w całej Afryce Centralnej. Odedraogo, widząc kolejki przed budkami, był zresztą zafascynowany, powiedział, że może zarabiać tylko na festiwalach, byle jego filmy trafiły pod strzechy. Więc z jednej strony istnieje wielkie zainteresowanie odbiorców, są dobrzy reżyserzy, ale nie ma normalnego obrotu filmowego.

- Na tym tle zjawiskiem szczególnym jest Nollywood - nigeryjska fabryka snów.
- Tak. Nigeryjczycy oferują łatwy dostęp do produkcji, niemal każdy może wziąć kamerę, zrobić tani film i wypuścić na płytach DVD czy VCD...

- Słyszałem, że fabuły powstają w ciągu tygodnia?
- Ponoć od napisania scenariusza do projekcji - upływają trzy tygodnie (śmiech), a czwarty tydzień to czas zarabiania na filmie, bo potem powstają już kopie pirackie.

- Czyli jeżeli chcemy zrobić film, przychodzimy do wytwórni z prośbą o sprzęt i za kilkanaście dni oddajemy materiał do montażu?
- Produkcja pozostaje w rękach reżysera, który oddaje sprzedawcy (bo trudno go nazwać dystrybutorem) wszystkie prawa do filmu za 10, czy 20 tys. dolarów. Zapłatę inwestuje w następne „dzieło".

- Te „dzieła" są wyświetlane w knajpach?
- Zwykle sprzedaje się je na bazarach albo w supermarketach na płytach VCD i DVD. Ale jakość tych filmów się polepsza. Nie mówię o fabule, tylko o technice realizacyjnej. Tak powstał przemysł, który już dziś jest wart od 600 ml do 2 mld dolarów. Przemysł, który rozlewa się na całą Afrykę, trafia do kanałów satelitarnych.

- To oczywiście konfekcja.
- Prawie wyłącznie. Jeśli pojawia się coś ambitniejszego - to raczej produkcje w stylu hollywoodzkim, przesycone tanim sentymentalizmem...

- Wiem, że sam nakręciłeś film w Afryce.
- Tak, od dawna interesowałem się Tsitsi Dangarembga, światowej sławy pisarką, a także reżyserką filmów z Zimbabwe, pozyskałem w Polsce środki, na miejscu zorganizowaliśmy warsztaty filmowe, w trakcie których powstało 10 scenariuszy i dwa krótkie metraże, a potem zabraliśmy wszystkich uczestników zabawy na plan, nakręciliśmy film i rozesłaliśmy w świat na różne festiwale. Teraz czekamy na wyniki.

- O czym opowiada Wasz film?
- Scenariusz powstał w oparciu o lokalną mitologię, ale ma wymiar biblijny. Według legend w rzece Zambezi żyje wąż Nyami Nyami, bogini ludów Tonga. Przynosi im deszcz i dobrobyt. Właśnie panuje susza, z wody wynurza się bóg-krokodyl - szatan, który obiecuje ludziom bogactwo, w zamian za posłuszeństwo. Większość wieśniaków przystaje na służbę złu. Wtedy Nyami Nyami wynurza się z wody i oddaje swe ciało, by odkupić lud.

- Ten mit w dziwny sposób odnosi się do sytuacji politycznej Zimbabwe. Rządzący despota - Robert Mugabe - promuje się przecież znakiem krokodyla...
- Niestety, na razie żaden wąż Nyami Nyami nie przybył na ratunek, ale długowieczność Mugabe można sobie wytłumaczyć chyba tylko zaprzedaniu duszy diabłu...

- Jak sobie poradziłeś z produkcją?
- Początkowo byłem totalnie zagubiony, ale do pomocy miałem profesjonalistów z lokalnej branży. Najgorsze było to, że część dokumentów księgowych wydrukowano na takim papierze, że po miesiącu żółkły i znikały z nich litery i cyfry - bałem się, że nie rozliczymy projektu. Na szczęście mieliśmy ksera...

- Mówiliśmy dotąd o kinie afrykańskim pomijając najważniejszą kinematografię kontynentu - RPA.
- Tam jest jak w Europie. Na festiwalach w Durbanie ogląda się znakomite filmy, odbywają się warsztaty, spotkania profesjonalistów, targi. W ogóle Durban jest ważny dla Afryki przez to, jak dociera do międzynarodowych kręgów filmowych.

- Największe hity ostatnich lat pochodzą właśnie z RPA.
- Dwa bardzo ważne filmy dla kina afrykańskiego, to „Tsotsi" Gawina Hooda, który otrzymał Oskara za najlepszy obraz obcojęzyczny (opowieść o młodym przestępcy, który w skradzionym aucie znajduje porzucone dziecko i przewartościowuje własne życie). Drugi obraz to „Dystrykt 9", film SF, który w światowych kinach zarobił 200 milionów dolarów. Jeden ożywił kino artystyczne i wiarę, że warto robić wartościowe filmy, drugi udowodnił, że warto robić również dobre produkcje komercyjne, które zdobywają międzynarodowe rynki.

- Prawdziwą karierę na światowych ekranach robi dziś komercyjny obraz z Konga - „Viva Riva" w reżyserii Kongijczyka Djo Tunda Wa Munga.
- Można go porównać do filmów zemsty z Hong Kongu, albo do obrazów Scorsese - jest znakomicie zrealizowanym gangsterskim trillerem. Został kupiony do 20 krajów, w tym do USA. To dowód, że można robić w Afryce kino na poziomie zachodnim. Dla całego kontynentu ten obraz jest prawdziwym przełomem.

- Porozmawiajmy jeszcze o filmach artystycznych. Polacy znają wspaniałego reżysera czadyjskiego zamieszkałego we Francji: Mahamat Saleh-Harouna, autora szekspirowskiego dramatu: „Susza" (Darat).
- To prawda. Zresztą Saleh-Haroun uchodzi obecnie za najjaśniejszą gwiazdę kina afrykańskiego i regularnie broni honoru kontynentu na najważniejszych festiwalach świata. Kiedyś kino artystyczne z Afryki kojarzyło się z Senegalem, Burkina Faso, Mali. W ostatnich latach schedę przejęło kino południowoafrykańskie i silnie rozwijający się przemysł z Magrebu. W ogóle warto zwrócić uwagę na rolę reżyserów z północnej Afryki w kinie francuskim. Czołowi współcześni twórcy tej kinematografii to Tunezyjczyk Abdellatif Kechiche, Algierczycy Rachid Bouchareb, czy Merzak Allouache. Pierwsi dwaj w ciągu ostatniej dekady zgarnęli 6 Cezarów dla najlepszego reżysera i za najlepszy film.

- Co będzie z kinem Afrykańskim?
- Coś się rusza. Powstają szkoły i instytuty filmowe. Są już w Maroku, Algierii, Tunezji, od dawna w Egipcie, w RPA, a nawet w Mali, Burkina Faso, Mozambiku, Namibii, Angoli, Senegalu. Równocześnie świat szuka tanich miejsc do produkcji...

- Na przykład w Maroku.
- Tam postawiono na kinematografię. Król Mohammed VI dał twórcom wolność, w rezultacie od niedawna to właśnie tam powstaje najodważniejsze kino muzułmańskie. Niedawno oglądałem fabułę o marokańskich muzykach z grupy metalowej, których, z powodów politycznych, wsadzono do więzienia. Maroko nie tylko nie zakazało dystrybucji tego filmu, ale wręcz promowało go na świecie.

- Teraz przygotowujesz zestaw filmów dla Letniej Akademii Filmowej w Zwierzyńcu pod Zamościem.
- Tak zapraszam wszystkich od 5 do 15 sierpnia na pokaz 60 fabuł z Afryki Północnej. To będzie prawdziwa „Karawana z Maghrebu".

- Dziękuję i powodzenia.

Rozmawiał: Jakub Ciećkiewicz, „Dziennik Polski"