21-06-2009
Znowu o polityce...
czyli o Morganie T. i o zapomniamym plemieniu Zimbabwe.
Wczoraj Morgan Tsvangirai wystapil w Southwark Cathedral przed ponad 1000 czlonkow diaspory zimbabwejskiej w Wielkiej Brytanii.
W pewnym momencie swojego przemowienia, zaprosil emigrantow do powrotu do kraju. Spotkalo sie to z niespodziewana (? a moze nie tak niespodziewana?) reakcja tlumu. Premier Zimbabwe zostal zagluszony buczeniem tysiaca ludzi.
No coz, mowiac szczerze, wcale nie dziwie sie, ze czlonkom diaspory nie spieszy sie do domu - co ich tam czeka? Bieda, glod, brak opieki medycznej i brak perspektyw.
Z drugiej jednak strony, kto ma odbudowac gospodarke tego kraju, jezeli nie wyksztalceni i doswiadczeni emigranci?
Jako ciekawy tekst, pozwole sobie przetlumaczyc artykul z newzimbabwe.com, autorstwa Alexa Magaisa. Niby nie na temat, ale jednak...
'Moja kuzynka Bessie zmarla w zeszlym tygodniu. Miala tylko 37 lat. Czula sie kiepsko juz od dluzszego czasu. Od dawna byla daleko. Jej maz, nasz mukuwasha* przywiozl ja z powrotem do wioski w bardzo zlym stanie. Przebywala w swojej rodzinnej wiosce, w swoim miejscu urodzenia az do swoich ostatnich chwil, pod opieka maiguru**, swojej matki i dalszej rodziny.
W tej wiosce nie ma zbyt wiele. Zycie jest ciezkie. Tutaj mieszka zapomniane plemie Zimbabwe i probuje zwiazac koniec z koncem - plemie mieszkancow wsi.
Jak zwykle, pogrzeby sa rzadka okazja spotkania mieszczuchow z tym zapomnianym plemieniem. Przychodza pozegnac sie po raz ostatni. Przynosza ze soba prowiant dla zalobnikow. Mieszczuchy staja twarza w twarz ze smutnymi realiami zycia na wsi. Nie ma tu dolarow. Nie ma randow***.
Jednak poczucie wspolnoty pozostaje nienaruszone. Nie mozna przecenic ducha mieszkancow wsi. Kobiety i mezczyzni przychodza ze wszystkich stron, aby pochowac jednego z nich. Dzisiaj chowaja swoja corke, poniewaz tutaj kazdy jest dzieckiem kazdego.
Wujek z miasta poszedl na wioskowy cmentarz. Znalazl tam stalych bywalcow - ludzi, ktorzy gotowi sa rzucic wszystko, by wypelnic swoje pogrzebowe obowiazki w tej spolecznosci. Byli to grabaze, ktorzy na zmiane kopali grob w suchej i twardej ziemi, majac do dyspozycji tylko podstawowe narzedzia.
Jezeli im sie poszczesci, ktos przyniesie im metne piwo dla orzezwienia. Dlatego ciesza sie na widok mieszczuchow - na pewno jeden z nich bedzie mial dolara, aby kupic im kilka litrow dobrego trunku. Z radoscia przywitali wujka, a szczegolnie piwo, ktore im przyniosl.
Jeden z grabazy poprosil wujka na bok, aby porozmawiac z nim w cztery oczy. Wujek poczatkowo go nie rozpoznal. Chodzili razem do szkoly podstawowej, wieki temu. Jednak polaczenie zywiolow i czasu odcisnelo swoje pietno na koledze z lawki wujka.
Stal przed nim czlowiek, ktory niewatpliwie niosl ciezkie jarzmo przez zycie, ktore zlamalo go jako czlowieka.
Kolega przypomnial wujkowi stare czasy. Usmiechnal sie po nosem i smiejac sie opowiedzial wujkowi, ze troche urosl od kiedy sie ostatnio widzieli. Bardzo sie cieszyl, ze spotkal swojego dawnego kolege. Kolega mial na imie Champion. Nikt nie wiedzial, czemu jego ojciec zdecydowal sie go tak nazwac.
Kiedy rozmawiali, Champion przeprosil wujka. Przeprosil za prosbe, ktora mial wyrazic. Jak kazdy mezczyzna tutaj, jest dumny i bardzo sie stara sobie radzic w zyciu, wiec nawet myslenie o tej prosbie jest dla niego trudne. Wujek poprosil go, by sie nie krepowal.
"Shamwari****," zaczal Champion "Ndinokumbirawo dhora. Dhora chete" (Moj przyjacielu, czy moglbym cie poprosic o dolara? Tylko jednego dolara). Prosil. Chcial dolara - tylko jednego, amerykanskiego dolara. Wujek zapytal czemu dolara i na co mu te pieniadze.
Champion wyjasnil, "Shamwari, zvinhu zvakaoma kuno kumaruzevha. Hatina mari iyoyi yakauya iyi. Ini nemhuri tapedza two weeks tichidya mangai becasue hatina mari yacho yekugaisa chibage. Saka hatikwanisi kudya sadza" ("przyjacielu, zycie jest bardzo ciezkie na wsi. Moja rodzina i ja przetrwalismy na codziennej diecie z gotowanej kukurydzy, poniewaz nie mamy pieniedzy aby zmielic kukurydze na make. Nie jedlismy sadzy***** od bardzo dawna"). Sadza, gesta kasza kukurydziana, jest podstawa diety w Zimbabwe.
Powiedz mi Champion, jak przetrwaliscie do tej pory? Zapytal wujek. Byl ciekaw, jak ludzie na wsi radzili sobie po wprowadzeniu nowych pieniedzy, a Champion wydawal sie dobrym zrodlem informacji.
Champion wyjasnil: "Coz, na poczatku mlynarz przyjmowal handel wymienny - w zamian za zmielenie wiadra kukurydzy, dawalismy mu mniejsze wiadro jako zaplate. Przez chwile to dzialalo. My mielismy kasze kukurydziana, a on troche kukurydzy w zamian. Przynajmniej moglismy jesc sadze i miec porzadny posilek'.
Zamilkl na chwile i odpalil swojego chimonera (skreta z tytoniu), zaciagnal sie szybko, potrzasnal glowa i kontynuowal: " Teraz mlynarz zmienil zdanie. Moze ma za duzo kukurydzy? Teraz przyjmuje tylko dolary i randy. Ja nawet nie wiem jak one wygladaja. Ale, moj przyjacielu, moje dzieci nadal chca sadzy. To krepujace, ze dzieci placza, a ty jako glowa domu nie mozesz nic zrobic. Dlatego prosze cie o dolara. Jeden dolar wystarczy, bede mogl jutro isc do mlynu i zmielic troche kukurydzy na kasze dla moich dzieci. Tylko jeden dolar shamwari, bedziemy mogli zjesc sadze przynajmniej przez kilka dni."
Wujkowi zal bylo Championa, jego dawnego kolegi. Wyjal dwa dolary i dal je Championowi. Mezczyzna byl bardzo wdzieczny - prawie kleczal w dramatycznej pozie wdziecznosci. Poprosic o dolara, a dostac dwa zakrawalo na cud.
Patrzyl dlugo na dwa pomarszczone banknoty - przeszly z rak do rak tyle razy, ze byly prawie nierozpoznawalne. Byl zadowolony. Byl szczesliwy, ze wreszcie ma w swoich rekach amerykanskie dolary.
"Jestem prawdopodobnie najbogatszym czlowiekiem wsrod moich znajomych" zazartowal wskazujac na innych grabazy. "Zaloze sie, ze zaden z nich nigdy nie widzial dolara, nie wspominajac o jego posiadaniu!" powiedzial smiejac sie smiechem czlowieka, ktoremu bardzo ulzylo.
Zaofiarowal wujkowi wiaderko kukurydzy, ale ten odmowil, mowiac, ze dwa dolary sa prezentem.
Jest wielu 'Championow' we wsiach Zimbabwe. Sa zapomnianym plemieniem Zimbabwe - plemieniem ekonomicznie zapomnianym, dla ktorego dolaryzacja waluty byla szorstkim usunieciem z formalnej ekonomii.
Jakkolwiek malo mieli w zylionach dolarow zimbabwejskich przepadlo, kiedy dokonano zmiany waluty bez odpowiedniego uprzedzenia i przygotowania. Oczywiscie nawet mieszkancy zimbabwejskich miast zostali ugodzeni zmiana waluty, szczegolnie emeryci, jednak w miescie, kultura 'kiya-kiya' (kultura kombinatorstwa) stwarza okazje do zdobycia obcej waluty przez mieszkancow miast. Na wsiach sytuacja jest diametralnie inna, a dostep do waluty ekstremalnie ograniczony.
To tutaj mieszkaja najbiedniejsi ludzie Zimbabwe. To na wsi okrutne skutki popsutej ekonomii odcisnely sie najgorszym pietnem. Dostep do walut uzywanych gdzie indziej jest tutaj minimalny, o ile jakikolwiek. Tutaj mieszkaja ludzie, ktorzy moga tylko obserwowac wydarzenia, ich opcje sa bardzo ograniczone. Zredukowano ich do poziomu podstawowej ekonomii handlu wymiennego, w ktorej wymienia sie jeden towar za inny. Czasami to dziala, ale jak wyjasnil Champion, nie da sie jej utrzymac na dluzsza mete.
Championowi udalo sie zdobyc dwa dolary, ale na dluzsza mete nie da rady utrzymac swojej rodziny.
W miedzyczasie pochowalismy moja kuzynke. Powiedziano mi, ze zanim umarla, bardzo wyniszczyla ja choroba. Opiekowali sie nia w wiosce. Nic wiecej nie mozna bylo zrobic. Nic wiecej nie mozna bylo zrobic w pobliskiej klinice.
Wiec, w wieku lat 37, siostra Bessi zostala wyzwolona z tego swiata - skonczylo sie mlode zycie. Zostawila mlode dzieci. Nasz mukwasha zostal w naszej wiosce po jej przywiezieniu. Jest czlowiekiem o malych mozliwosciach. Nie mogl nawet nazbierac na bilet powrotny do domu. Moja rodzina zlozyla swoje skromne oszczednosci i odeslala go spowrotem.
Sytuacje jak ta nie sa odosobnione. Sa codziennymi wydarzeniami w Zimbabwe, zwlaszcza na wsiach, gdzie nadal nie ma dolarow.
Wiele osob, jak Champion, prosi o nie wiecej niz dolara.
Wiele, jak Bessie, odchodzi w kwiecie wieku. Wielu, jak moja spolecznosc, kontynuuje podroz w strone niepewnej przyszlosci'
Oryginal do przeczytania po angielsku, jest tu:
http://www.newzimbabwe.com/blog/?p=627
*mukuwasha - ktos wzeniony w dana rodzine. Jak na przyklad ja po slubie z Zimbabwejczykiem, czy mama Zimbabwejczyka w rodzinie jego taty.
**maiguru - ciotka
***rand - waluta RPA
****Shamwari - przyjacielu. Zwrot, ktorym wiele osob zwraca sie do drugiej osoby podczas rozmowy. Jest to zwrot grzecznosciowy i bardzo mily - osobiscie mowie tak do blizszych mi osob, ktore mowia shona, jako wyraz szacunku, ale i przyjazni.
*****Sadza - o tym juz bylo w notce o jedzeniu. Kasza kukurydziana spozywana jako posilek lub jako dodatek do gulaszu.
Hmm
Na szybko.
Nie specjalnie dziwię się reakcji ludu na prośby Tsavangiraia. Wystarczy spojrzeć na RPA, by poznać tego przyczyny.
W zeszłym roku wybuchły zamieszki. Mieszkańcy Południowej Afryki wpadli na genialny plan uzdrowienia sytuacji społecznej - samodzielnie wygonią nielegalnych imigrantów. Jak powszechnie wiadomo, ogromna część z nich, to Zimbabwejczycy. Bojąc się o swoje życie chowali się w m.in. kościołach. Jeden na drugim leżeli prawnicy, lekarze, nauczyciele. Biedni, bez perspektyw. Ale do Zimbabwe nie wrócili. To chyba najdobitniej świadczy o poziomie życia w tym kraju.
Nikt nie gwarantuje, że ich powrót coś zmieni. W latach 70-tych dużo ludzi wyjeżdżało do Nigerii. Wracali do swojej ojczyzny ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii. Wykształceni, ambitni. Gospodarka i tak padła.
PS. Newzimbabwe.com to świetna strona(suuuper recenzje płyt) ;-)
Ike,
ja tez sie nie dziwie. Mysle, ze Tsvangirai wyskoczyl z tym o jakies 5 lat za wczesnie, jak nie lepiej.
Jestem rekami i nogami za tym, zeby wrocic do swojego kraju i go podnosic z kolan, ale teraz to jeszcze nie ma chyba sensu. Z reszta - na emigracji jest kilka bardzo preznych ruchow pomocy Zimbabwe. Nie tylko w UK, ale i w US, w AUS, w NZ i w RPA.
Mam nadzieje, ze po przeprowadzce do Londynu (we wrzesniu) my rowniez jakos sie w to wlaczymy - nawet na mala skale bedziemy mieli lepsze mozliwosci, bo szwagier Zimbabwejczyka lata z Gatwick do Harare, wiec przez niego bedziemy sie starali raz na jakis czas puscic paczke do Zim, na razie koszty wyslania z Edi do Lon sa na tyle wysokie, ze nie ma to sensu, ale z Londynu mozemy do Gatwick samochodem jezdzic. No i w Londynie diaspora jest lepiej zorganizowana niz w Szkocji.
Co do newzimbabwe.com - Zimbabwejczyk czyta codziennie. Jeszcze jest zimdaily.com, moze tam cos ciekawego tez jest? Ja czytam okazjonalnie, jak mi Zimbabwejczyk cos podrzuci wartego uwagi :)
Zaloguj się
Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.
Jeśli nie pamiętasz swojego loginu i/lub hasła, to skorzystaj z funkcji odzyskiwania hasła.








