Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

05-03-2013 | Książki | afryka, godwin, książki, mugabe, polska, zimbabwe

"Krwawe diamenty" [Przeczytaj fragment "Strachu" Godwina]

W sobotę wczesnym rankiem czekamy z Georginą przed parkiem Meikles w centrum Mutare na wielebną Lynettę Kore-Karenyię, kolejną świeżo upieczoną posłankę z ramienia MDC. Lynette sądzi, że może zdoła przemycić nas na pola diamentowe Marange. Kontrola nad tymi złożami jest teraz kluczem do przyszłości kraju. Przy zrujnowanej gospodarce, splądrowanych farmach i śmierci zimbabweńskiego dolara, która likwiduje czarny rynek zagranicznej waluty, diamenty – ngoda – pozostały jednym z nielicznych źródeł bogactwa. Mugabe i jego ludzie muszą zachować nad nimi kontrolę, aby finansować swoją machinę polityczną.

Granitowy obelisk w parku oblepiono plakatami uświadamiającymi problem AIDS, w ramach „Narodowej strategii zmiany zachowań w Zimbabwe: 2006–2010”. Pod nagromadzonymi warstwami plakatów odnajduję pierwotny napis na pomniku: „Za króla i imperium 1914–1918”.

            Kobieta z korpusu sprzątania miasta Briana Jamesa, odziana w pomarańczowy kombinezon, metodycznie czyści jezdnię, usypuje stosiki brudu, nabiera na zmiotkę, wreszcie opróżnia ją do ręcznego wózka.

            Góry Bvumba nad nami są wciąż spowite w chłodne poranne guti. Tu, na wysepce alei Herberta Chitepo, dostojne palmy szumią cicho w słonecznej bryzie. Georgina ogląda witryny tragicznie opustoszałego domu towarowego Meikles. Za szybą, zastygłe w czasie, stoją nagie, białe manekiny pod wirującymi afiszami w kształcie żółtych uśmiechniętych buziek, które oznajmiają „Czas lata!”.

            Ulicą nadchodzi żołnierz i zatrzymuje się na przystanku autobusowym. Wysoki, trzymający się prosto, ma niewiele ponad trzydzieści lat, jest ubrany w jednoczęściowy mundur polowy, na którego epoletach widnieje ptak z godła Zimbabwe w wieńcu laurowym.

– Jak stoją sprawy w wojsku, majorze? – pytam ostrożnie. – Od wczoraj jesteśmy szczęśliwi, bo po raz pierwszy zapłacili nam w dolarach amerykańskich. – Żołnierz uśmiecha się. – Każdy dostał po sto.

– Skąd się wzięły te pieniądze? – pytam mało domyślnie.

– Od Tendaia Bitiego i MDC – śmieje się i przybija mi piątkę.

            Żołnierz telepał się tutaj aż z Harare, żeby dać trochę twardej waluty babci, która mieszka w Zimunya, jałowej wiosce komunalnej u podnóża Bvumba. W stolicy dowodzi baterią artylerii produkcji jugosłowiańskiej.

– Ma czterdzieści pocisków o zasięgu dwudziestu kilometrów – mówi z dumą.

            Mąż Lynette podwozi ją do nas, po czym ruszamy na południe, mijając osadę Sakubva. Przydrożny targ, gdzie sprzedaje się sterty odzieży z darowizn, właśnie budzi się do życia. Potem zjeżdżamy do Zimunya. Po lewej widnieje świeżo namalowany szyld „Nowy Zajazd Kanibali i Rzeźnik”.

– Jak myślisz, jakie mięso tu sprzedają? – pyta Georgina Lynette, a ta się śmieje.

            Trzydziestoczteroletnia Lynette nosi buty na wysokich korkowych obcasach, brązową sztruksową spódnicę do łydki i okulary; ma proste włosy. Moja siostra skarży się na seksistowską politykę klubu Mutare.

– Szona mają takie porzekadło – odpowiada Lynette. – Mhamba inonaka navamai madhuze. To znaczy: „Piwo smakuje lepiej, jeśli masz przy sobie kobietę”.

            Lynette ukończyła katolicką szkołę misyjną świętego Patryka w Nyanyadzi, pracowała jako asystentka lekarza, a w 2003 roku została pierwszą kobietą-doradcą MDC. Roy Bennett zaproponował, by ubiegała się o mandat poselski. Kobieta pochodzi z rodziny o tradycjach politycznych. Jej matka pracowała dla partii Ndabaningia Sithole, przez lata jedynej partii opozycyjnej w parlamencie, a jednak miała obiekcje co do kandydatury Lynette.

– W przypadku przegranej ludzie by się ze mnie śmiali. Ale Lynette wygrała, a w ostatnich wyborach wybrano ją ponownie.

            Mimo to nie było jej lekko. Ponowne liczenie głosów, pozwy sądowe, czterokrotne aresztowania i pobicia przez policję. Dla bezpieczeństwa dzieci – najmłodsza córka ma osiem lat – musiała je wysłać do szkoły z internatem.

– Dzieci są dumne, że zostałam posłanką, ale się boją, że zginę – mówi Lynette.

            Ostatnio, gdy odwiedziła w szkole czternastoletniego syna, powiedział, że bardzo się cieszy na jej widok, ale odradził przyjeżdżanie oficjalnym samochodem MDC, bo mógłby mieć kłopoty.

            Sytuacja pogorszyła się szczególnie dwa lata temu, kiedy inspektor Marume, osiłkowaty policjant z Mutare, nasłał na Lynette CIO. Agenci zrobili nalot na jej dom, więc uciekła do RPA. Po przekroczeniu Limpopo przekradła się przez ogrodzenie z drutu kolczastego – drąc ubranie i kalecząc plecy (nadal ma blizny) – i przeszła osiem kilometrów z przewodnikiem przysłanym przez Roya. Trzykrotnie musieli bronić się przed maguma-guma, bandytami uzbrojonymi w noże i żelazne sztaby, którzy czyhają na ludzi nielegalnie przekraczających granicę.

– Nie miałam pojęcia, że ta wyprawa okaże się taka straszna – opowiada Lynette.

            W końcu, pokaleczona i przerażona, o drugiej nad ranem spotkała się z Royem na stacji benzynowej.

            Przed Wengezi, w miejscu, które mijaliśmy w drodze na festiwal muzyczny Chimanimani, stajemy przed blokadą wyznaczającą wjazd do okręgu diamentowego; jest to pierwsza z pięciu kontroli drogowych, które na nas czekają. Tym razem nie obsługują jej policjanci, ale żołnierze. Lynette pochyla się, żeby

przez okno od mojej strony pomówić z jednym z nich, mocno spoconym.

– Odwiedzam swój okręg wyborczy – mówi Lynette. – To są moi goście.

            Najwyraźniej to wystarczy. Żołnierz notuje numery samochodu, a ja pytam:

– Dlaczego nie postawicie sobie jakiejś osłony przed słońcem?

– O, mamy braki – odpowiada, kręcąc głową.

– Braki czego?

– Braki inicjatywy – odpala natychmiast żołnierz i daje znak ręką, żebyśmy przejeżdżali.

            Droga na południe wiedzie przez wysuszone, kamieniste tereny zawładnięte przez kozy. Ponieważ jest tu za sucho na kukurydzę, hoduje się starożytne sorgo. Lynette wyjaśnia mi, że wielu tutejszych mieszkańców żyje wyłącznie dzięki dożywianiu przez organizację Christian Care, ale Mugabe przerwał pomoc w okresie wyborów.

– Co z systemem nawadniania? – pytam.

            Pobliska wioska Nyanyadzi miała ambitny projekt dla czarnych farmerów, pozwalający na nieprzerwaną hodowlę.

– Już nie działa – mówi Lynette. – Teraz wszystko opiera się na diamentach.

            Po chwili zaczynamy mijać sklepy obsługujące poszukiwaczy diamentów: Babylon Investments, Luckyfield Enterprises, New Gift Store. Wiele z nich jest zrujnowanych.

– Podczas drugiej tury wyborów palono samochody i domy sklepikarzy w Nyanyadzi – tłumaczy Lynette. – Ośrodek treningowy zamieniono w bazę tortur ZANU.

            W 2006 roku pewien poszukiwacz diamentów wracał do rodzinnego Chiadzwa z rozległych aluwialnych pól diamentowych w Namibii, zwanych Sperrgebiet, „Zakazane terytorium”. Obszar ten rozciąga się na ponad trzysta kilometrów wzdłuż Wybrzeża Szkieletowego (nazywanego tak ze względu na liczne wraki okrętów, które zatonęły tam z powodu mgły, jaka tworzy się w wyniku spotkania zimnego prądu atlantyckiego z pustynnym wybrzeżem) i sięga do stu kilometrów w głąb lądu. Na teren Sperrgebiet

ma wstęp tylko NamDeb, czyli Namibia De Beers Diamond Corp. Nawet posiadanie gołębi pocztowych jest zakazane, ponieważ używano ich do przemytu diamentów.

            Kiedyś poszukiwacz ten zobaczył w Chiadzwa coś błyszczącego na ziemi, gdy się okazało, że to diament, zaczął szukać innych.

– Nikt nie wierzył, że to, co znalazł, może być naprawdę diamentami. Nikt tego nie kupował, nikogo nie obchodziło znalezisko – wspomina Lynette. – Ale sześć miesięcy później przyjechali nabywcy z zachodniej Afryki, Libańczycy i Izraelczycy. Początkowo każdy mógł tu kopać, potem powstały syndykaty. Policja zezwalała na poszukiwania w zamian za połowę znalezionych diamentów.

            Zgodnie z prawem diamenty należały do African Consolidated Resources (instytucji, która przejęła je od De Beers), ale w 2006 roku, kiedy zaczęła się gorączka, policja wypędziła ACR, która już nie wróciła, mimo nakazu sądowego. Na pola diamentowe wprowadzili się ministrowie Mugabego, którzy wkrótce zbijali majątki za pośrednictwem syndykatów poszukiwawczych. Szacuje się, że roczny dochód mógł wynosić nawet miliard dwieście tysięcy dolarów amerykańskich. Nie dziwi zatem, że ludzie nadciągali tutaj masowo ze wszystkich biednych krajów, by spróbować szczęścia. Na polach diamentowych o powierzchni stu siedemdziesięciu akrów pracowało jednocześnie trzydzieści tysięcy kopaczy. Warunki pracy urągały przyzwoitości, nawet kobiety i dzieci harowały za marne grosze.

– Wiele osób umierało na malarię – mówi Lynette. – Nie było sanitariatów, brakowało wody, którą kopacze kupowali za diamenty!

            Diamenty aluwialne, takie jak w Chiadzwa, zostały wypłukane przez rzeki z kimberlitów i rozrzucone płytko pod powierzchnią ziemi. W Afryce tego rodzaju złoża niemal z reguły prowadziły do konfliktów (stąd określenie „krwawe diamenty”), od pól diamentowych w samym Kimberley, które przyczyniły się do wybuchu wojny burskiej, przez długotrwałą wojnę w Namibii zakończoną wycofaniem się RPA, aż po Angolę, Liberię, Sierra Leone i Kongo. Jak się okazało, Zimbabwe nie było wyjątkiem.

            W październiku 2008 roku, tuż po krwawych wyborach, Mugabe postanowił położyć kres wolnej amerykance w Chiadzwa i zaostrzyć kontrolę nad złożami diamentów. Wojsko otrzymało rozkaz, by wkroczyć i przeprowadzić operację Hakudzokwi, „Bez powrotu”. Na kopaczy w Chiadzwa ruszyły setki żołnierzy, w tym kawalerii, wspieranych przez karabiny maszynowe z helikopterów. Nawet jak na zatrważające zimbabweńskie standardy doszło do niewyobrażalnie brutalnych scen. Żołnierze wpuszczali gaz łzawiący do płytkich tuneli, a gdy duszący się kopacze wychodzili, kosili ich z broni maszynowej lub szczuli psami, które rozszarpywały ludzi.

            Kto dowodził operacją? Marszałek lotnictwa Perence Shiri, rzeźnik Matabeleland, dzielnie wspierany przez generała Constantine’a Chiwengę. Może pod wpływem nostalgii Shiri sprowadził nawet żołnierzy z niesławnej Piątej Brygady, by ponownie wykorzystać ich główną umiejętność: niestrudzonego mordowania cywilów. Organizacja Human Rights Watch potwierdziła co najmniej dwieście ofiar śmiertelnych, choć faktyczny bilans jest prawdopodobnie dwukrotnie wyższy. Większość zabitych pochowano w masowych grobach w Chiadzwa i Mutare. Tysiące osób odniosło rany. Dwadzieścia dwa tysiące ludzi aresztowano, nie tylko kopaczy, ale także handlarzy, pośredników i przemytników – każdego, kto miał zagraniczną walutę lub ładny samochód.

            Wojsko przejęło kontrolę nad głównymi polami diamentowymi w Chiadzwa, co dwa miesiące wymieniając skład jednostki, żeby żołnierze pozostawali zadowoleni. Kopaniem nadal zajmują się cywile, w tym dzieci, z których wiele pracuje przymusowo – diamentowi niewolnicy. Żołnierze zamknęli wjazdy, odcinając teren dla ludzi z zewnątrz.

            Lynette wie jednak o nowym polu, na wschód od Chiadzwa, w dzikim zakątku jej okręgu wyborczego, gdzie jeszcze nie ma wojska. Aby tam dotrzeć, skręcamy w bardzo marną piaszczystą drogę do Mhakwe, mijamy szkołę Chikwizi, a po kilkunastu kilometrach dojeżdżamy do kraalu. Kobiety z dziećmi uwiązanymi na plecach okopują motykami pola. Lynette pozdrawia je, a kobiety piszczą z radości na jej widok.

– To mój teren – mówi z dumą Lynette.

            Z kraalu zabieramy młodego człowieka, który przedstawia się jako „Ediclozi”. Dopiero znacznie później pytam, jak się to pisze.

– To jest mój przydomek. Ponieważ moi przyjaciele uważają, że jestem inteligentny, nazywają mnie na cześć „Edicloziego”, który jest zbyt inteligentny – tłumaczy mi. Na widok mojej nierozumiejącej miny literuje: – E d d i e  C r o s s.

– Naturalnie! – wykrzykuję, po raz kolejny pokonany przez typową dla szona awersję do głoski „r”.

            Eddie Cross jest senatorem MDC, jednym z głównych strategów partyjnych.

            Osiemnastolatek „Ediclozi” kopie z przerwami już od ponad roku. W tym czasie znalazł szesnaście diamentów przemysłowych. Jego przyjaciel znalazł jednak duży kamień o wartości jubilerskiej, tak zwany maglass, za który dostał dwa tysiące dolarów amerykańskich. Według średniej rocznej pensji to tyle, co wynagrodzenie za cztery lata.

– Po tej stronie jest policja, ale ją przekupujemy – mówi chłopak.

            Przejeżdżamy kolejne kilka kilometrów, obok skały zwanej Buwere Vasikana, „Kamień dla dziewcząt”, gdzie piorun zabił sześć młodych kobiet, po czym parkujemy u podnóża stromej, stożkowatej góry. „Ediclozi” wskazuje dłonią na szczyt, gdzie skopana ziemia jest zarzucona odłamkami skalnymi, podstawowym owocem pracy poszukiwaczy diamentów. Georgina i Lynette rzucają okiem na zbocze i rezygnują z towarzyszenia nam, więc tylko „Ediclozi” i ja podejmujemy wspinaczkę.

– Syndykaty kopaczy liczą zazwyczaj od trzech do sześciu ludzi. Musimy ufać sobie nawzajem, ponieważ dzielimy się wszystkim, co znajdziemy – mówi „Ediclozi”, gdy brniemy w pulsującym skwarze.

            Dopiero co zakończył okres kopania, ale jego miejsce w syndykacie zajął ktoś inny.

            Gdy osiągamy pewną wysokość, naszym oczom ukazuje się pierwotna topografia poszarpanych  szczytów górskich, zrytych żlebami, które przypominają potężne brwi, gęsto porośniętych krzewami gurugushi i ciernistymi drzewami o nazwie chiński lampion; w dolinie rzeki Nyadokwe srebrzą się w słońcu pękate baobaby. Po drugiej stronie wąwozu szczekają pawiany.

– Tu jest za dużo zwierząt – mówi „Ediclozi”. – Lamparty, kudu, mamby i żmije sykliwe.

            Wspinamy się dalej, przekraczamy zygzakowate rowy głębokości równej mniej więcej wzrostowi człowieka, zwane hambakachana, co oznacza drogę, którą idziesz, nie znajdując niczego. Po pewnym czasie dochodzą nas odgłosy magweja, poszukiwaczy diamentów. Oskardy i młoty głośno brzęczą o skały, pochwytuję też urywki piosenek, ale gdy mrużę oczy i patrzę w górę, nie widzę nic, tylko dym unoszący się nad szczytem. „Ediclozi” wyjaśnia, że kiedy kopacze natrafiają na skałę zbyt dużą, by ją rozbić, rozpalają na niej ognisko, żeby popękała.

            Chłopak opowiada mi, że niedawno podjęto próbę, aby i stąd wykurzyć kopaczy. Wokół góry pojawili się policjanci uzbrojeni w broń palną i gaz łzawiący. Tak jak my teraz, zaczęli się wspinać. W tym czasie na górze pracowało od czterystu do pięciuset kopaczy. Kiedy rozeszła się wieść o nalocie policji, kopacze, niczym obrońcy średniowiecznego zamku, stanęli na wałach i zaczęli miotać kamienie. Policjanci strzelali, ale ukształtowanie terenu im nie sprzyjało. Poszukiwacze diamentów staczali wielkie głazy, które turlały się po zboczu, powodując śmiertelnie groźne lawiny. Kopacze drwili z policjantów: Muri imbwa dzaMugabe (Jesteście tylko psami Mugabego). Voetsak.

– Policjanci przestraszyli się i uciekli – kończy opowieść „Ediclozi”.

            Na skalnym grzbiecie dostrzegamy rysujące się w słońcu sylwetki kopaczy z pierwszego syndykatu. Ludzie wołają do nas.

– Oni myślą, że jesteś mabhaya, nabywcą diamentów – tłumaczy mi „Ediclozi”.

            Nowina zostaje przekazana wyżej w górę. W końcu docieramy na szczyt, gdzie rozpościerają się dwa rozległe wykopaliska. Na nasz widok zbiegają się ludzie.

– Chce pan kupić diament?! – przekrzykują się.

            Kopacze mają dziki wygląd. Ich dłonie są pokryte skorupami odcisków od wymachiwania młotami i oskardami o gładkich rączkach. Wielu nosi dready, chodzi bez koszuli; czuć od nich woń gandzi.

            Po chwili zostajemy otoczeni. Osłaniając dłonią oczy przed słońcem, „Ediclozi” wypatruje wśród kopczyków swego syndykatu.

– Moich przyjaciół tu nie ma – mówi cicho. – Ci tutaj to nowi, makorokoza, poszukiwacze złota z Mberengwa. Są niebezpieczni.

            Na czoło tłumu wysuwa się mężczyzna słusznego wzrostu, który dodatkowo powiększają grube dready, podobne do kłębowiska węży na głowie Meduzy. Przedstawia się jako Dread, szef jednego z syndykatów. Dread pstryka palcami i przywołuje kopacza imieniem Jealous, odzianego w marynarkę w pepitkę i niewiele więcej. Spod wyświeconej marynarki Jealous dobywa paczuszkę zrobioną z zimbabweńskiego banknotu o nominale miliarda dolarów którą powoli rozpakowuje. Następnie daje znak, żebym otworzył dłoń i z pogniecionego banknotu wydobywa przezroczysty kamień. W nieregularnym diamencie odbija się ostre słońce Manica. Kopacze podchodzą bliżej.

– To jest maglass, ma trzy, może cztery karaty, największy kamień, jaki tu znaleźliśmy – mówi Dread. – Najlepsza okazja, jaka może ci się trafić, nawet lepsza niż w Kimberley.

            Uśmiecha się szeroko, ale oczy patrzą nieustępliwie. Jak nakazuje grzeczność, podziwiam diament.

– Jak myślisz, ile jest wart? – pyta Dread.

– Cóż…

            Zerkam na „Edicloziego”, nerwowo wpatrującego się we własne stopy. Nie potrafię określić, co jest bardziej niebezpieczne: rozmawiać o pieniądzach tylko po to, żeby przyznać później, że nie mam ich przy sobie, czy też oznajmić od razu, że nie mam gotówki, bo nie przyszedłem kupować.

– Ja, ja przyszedłem tylko na recce, tylko obejrzeć. Nie mam pieniędzy. Dzisiaj nie kupuję.

– Jak myślisz, ile jest wart? – nalega Dread, mrużąc oczy.

            Całkowicie zignorował moje słowa. Słyszałem, że płaci się około dwóch tysięcy dolarów za karat, ale ten diament nie wygląda mi na trzy karaty, może dwa.

– Sądzę, że jest pewnie wart jakieś dwa tysiące dolarów – zgaduję w końcu.

            Na moje słowa rozlegają się szydercze gwizdy i krzyki, a tłum kopaczy znowu się zacieśnia.

– Może trzy tysiące? – podsuwam niepewnie.

– Taki duży diament jest wart co najmniej sześć tysięcy dolarów amerykańskich – mówi Dread, nachylając się nade mną.

            W jego głosie brzmi nieskrywana groźba.

– Jest tu nas dużo, kopiemy od dawna, tu jest niebezpiecznie. Wojsko i policja strzelają do nas i okradają nas.

– Rozumiem. Wobec tego, może, jak mówisz, jest wart sześć tysięcy dolarów.

            Chcę oddać diament Jealousowi, ale on cofa się i nie zamierza go przyjąć. Szmer zdziwienia szybko przeradza się w otwartą wrogość.

– Teraz to jest twój diament, więc daj nam sześć tysięcy dolarów. Zgodziłeś się na to – mówi stanowczo Dread.

– Słuchaj, nie mam przy sobie pieniędzy – mówię i klepię się po pustych kieszeniach. – Nie przyszedłem tu kupować.

            Zerkam na „Edicloziego”, który jest bardzo blady i nie wygląda na swoje osiemnaście lat. Kopacze krzyczą, otaczają go i zaczynają szarpać, czuję, że chcą go bić.

– Posłuchajcie, nie jestem mabhaya – mówię głośno. – Przyszedłem popatrzeć, co tu robicie. Słyszałem o problemach, jakie mieliście tu z policją i wojskiem, więc przyjechałem z posłanką MDC, Lynette Kore-Karenyi, żeby zobaczyć, jak tu się mają sprawy.

            Kopacze są zaskoczeni. On nie jest mabhaya? „Ediclozi” i ja mówimy jednocześnie, prosimy, wyjaśniamy, że nie mam złych zamiarów. Wtedy słyszę, jak jeden z kopaczy mówi, że puszczenie mnie żywcem jest zbyt ryzykowne. Na pewno powiem innym, sprowadzę na kopaczy kłopoty, doniosę na nich policjantom, ale nie tym lokalnym, przekupionym, tylko ich szefom w Harare. Może nawet sam pracuję dla policji, albo CIO. Już wcześniej posługiwali się białymi.

            Dopiero teraz dociera do mnie własna głupota. Ci ludzie nie chcą przecież żadnego rozgłosu, nie życzą sobie, by węszyli wokół nich obcy. Poszukiwacze diamentów są banitami, piratami, wiodą surowe życie, nie wolne od przemocy. W wyniku szeregu drobnych, głupich decyzji znalazłem się tu, na górze, pośród desperatów. Mieliśmy tu spotkać przyjaciół „Edicloziego”, przychodziłem jako człowiek zaufany, cieszący się poparciem posłanki. Teraz, na szczycie góry, ci ludzie dyskutują o tym, czy mnie zabić.

            Czy zabicie mnie zwróci na nich większą uwagę niż puszczenie wolno? To właśnie jest przedmiotem debaty. W tłumie wyodrębniają się dwie szkoły. Syndykaty kierowane przez Dreada, Abishę i Jealousa są za tym, żeby mnie zabić, ponieważ sprowadzę na nich kłopoty. Ale Obvious i Madhuku są zdania, że zabicie białego spowoduje jeszcze większe zainteresowanie policji. Co prawda, nikt mnie nie przytrzymuje, ale kopacze stanęli za mną, odcinając drogę ucieczki. Pracę przerwano, ludzie opierają się

na łopatach i oskardach, przerzucają się argumentami. Kilku robi skręty z marihuany.

            W oddali znowu rozlega się szczekanie pawianów, pustułki szybują, unoszone prądami powietrznymi, a ja myślę o synach. Teraz właśnie budzą się w Nowym Jorku, ubierają się w szkolne mundurki, wiążą niebiesko-żółte krawaty. Zaspany Hugo próbuje wygładzić zmierzwione przez sen włosy, Thomas kipi energią, gotów zmierzyć się z nowym dniem. Dalej myślę, jak czekają na autobus M5 na Riverside Drive, bawią się w berka wokół trójkątnego kwietnika, mierzą sobie czas w sprincie do pomnika

Joanny d’Arc i z powrotem. Gdzie ja miałem głowę, wdrapując się na tę górę?

            Kopacze zastanawiają się, czy zatrzymać „Edicloziego” jako zakładnika i posłać mnie po pieniądze, ale szybko postanawiają, że po prostu dam nogę i nie będę sobie zawracał głowy wykupieniem go, albo – co gorsza – sprowadzę im na kark policję lub wojsko. Podobnie zrobiłby „Ediclozi”, gdyby to jego puścili, a mnie zatrzymali. Najwyraźniej częścią problemu jest fakt, że nie pojmują, dlaczego w ogóle tu przyszedłem, skoro nie zamierzałem kupić diamentów. Nie chcę im mówić, że jestem pisarzem, czy choćby obserwatorem jakiejś organizacji praw człowieka, bo mogłaby to być woda na młyn zwolenników zabójstwa wśród tych ludzi stroniących od rozgłosu. Próbuję im przypomnieć, że Lynette czeka na mnie u podnóża góry, ale to w żadnej mierze nie wpływa na ich kalkulacje. Po chwili zaczynam się zastanawiać,

czy gwarancje Bennetta mogą sięgać tak daleko, aż do tego dzikiego świata, z dala od cywilizacji.

– Niedawno odwiedziłem Roya Bennetta… – mówię i momentalnie zapada cisza.

– Pachedu, jak się miewa Pachedu? – woła kilku ludzi.

– Odwiedziłem go niedawno w więzieniu – mówię.

            Kopacze są w szoku. Tu, na górze, są odcięci od bieżących informacji; mogą liczyć tylko na wiadomości z drugiej ręki od nowych kopaczy. Nie mają pojęcia o aresztowaniu Roya. Szczegółowo opisuję, jak i dlaczego go zatrzymano. Relacjonuję proces sądowy, opowiadam o warunkach w więzieniu, snuję domysły co do ewentualnego rozwoju wydarzeń. Kopacze zamieniają się w słuch. Czuję się jak afrykańska Szeherezada wymieniająca opowieści za życie.

            Kopacze zarzucają mnie pytaniami o sytuację Roya, a stosunki między nami ulegają zmianie. Kilku ludzi przysiada na głazach. Robię to samo, zaczynam wymyślać szczegóły, upiększać. W końcu mówię im, że Pachedu poprosił mnie, żebym tu przyszedł i sprawdził, jak sobie radzą. Takie wyjaśnienie najwyraźniej do nich trafia.

            Wreszcie „Ediclozi” pochwytuje mój wzrok i daje mi znak, że powinniśmy ruszać.

– Cóż, czas na nas – mówię, zerkając na zegarek. – Muszę wrócić do Mutare, żeby zdążyć na odwiedziny w więzieniu i zanieść Pachedu jedzenie.

            Otwieram dłoń, w której ściskałem diament, i wręczam go Dreadowi. Dłoń mam zakrwawioną od kurczowego ściskania kamienia o ostrych krawędziach. Tym razem Dread przyjmuje diament.

– To piękny diament – mówię. – Może następnym razem.

– Zgoda, następnym razem – odpowiada, chociaż obaj dobrze wiemy, że nie będzie następnego razu.

            Już nas nie zatrzymują. Wielu kopaczy unosi dłonie na pożegnanie, proszą, żebym pozdrowił Roya. W ślad za „Ediclozim” przechodzę przez skalną półkę, tym razem nie dbamy o ścieżkę, i jak najszybciej ruszamy w dół po żwirze stromym zboczem porośniętym karłowatymi krzakami.

Fragment pochodzi z książki "Strach" Petera Godwina, która w marcu ukaże się w polskim przekładzie. Tłumaczył Paweł Lipszyc.

Przeczytaj więcej o książce.

Przeczytaj wywiad z Godwinem.

blog comments powered by Disqus