Pozostając na tej stronie wyrażasz jednocześnie zgodę na korzystanie z plików cookie. Szczegółowe informacje w Polityce prywatności.    

27-04-2017 | Sport | afryka, afrykagola, futbol, makinka, piłkanożna, polska, zambia, zichlarz

„Gdyby grał w Polsce, to może by nie zginął”

Dzisiaj mija 24. rocznica jednej z największych w historii światowego futbolu katastrof lotniczych z udziałem piłkarskiego zespołu. 27 kwietnia 1993 roku, u wybrzeży stolicy Gabonu Libreville, rozbił się samolot z reprezentacją Zambii na pokładzie. Zginęli wszyscy zawodnicy, a wśród nich były piłkarz Lecha Derby Makinka, który ledwie rok wcześniej biegał po boiskach naszej Ekstraklasy, będąc jednym z pierwszych graczy z Afryki na polskich boiskach.

Makinka urodził się 5 września 1965 roku w Salisbury, później Harare. Był reprezentantem Zambii, nietuzinkowym graczem. W 1988 roku zagrał na igrzyskach w Seulu. Wziął udział w meczu, który przeszedł do historii piłkarskich rozgrywek olimpijskich. W drugim meczu grupy B seulskiego turnieju, Zambijczycy spotkali się z faworyzowaną Italią, w której nie brakowało klasowych zawodników. W bramce stał następca Dino Zoffa między słupkami Juventusu Stefano Tacconi, obroną rządził 49-krotny reprezentant Włoch Ciro Ferrara, w składzie był też doskonały boczny defensor Milanu Mauro Tassotti. 19.09.1988 roku na stadionie w Gwangju, w obecności niespełna 10 tys. kibiców, doszło jednak do ogromnej sensacji. Niedoceniania jedenastka z południa Afryki ograła jednego z głównych pretendentów do medalu aż 4-0! Trzy bramki dla Zambijczyków strzelił wtedy ich wielki gwiazdor Kalusha Bwalya, wtedy zawodnik belgijskiego Cercle Brugge, a potem gwiazda holenderskiego PSV Eindhoven. Swój udział w zwycięstwie miał też Makinka.

W meczu o wejście do strefy medalowej Zambia uległa późniejszemu brązowemu medaliście RFN, która w eliminacjach wyeliminowała biało-czerwonych. Dobra gra na turnieju olimpijskim zaowocowała w przypadku Makinki transferem do europejskiego klubu, a raczej do ZSRR. Wybrany w 1989 roku piłkarzem roku w swoim kraju zawodnik trafił do tadżyckiego Pamira Duszanbe. Nie nagrał się tam jednak wiele, więc po wrócił do kraju.

Grał w klubie polskiego trenera

W przypadku jego kariery dużą rolę odegrał polski trener i menedżer Wiesław Grabowski. Pochodzący z Zabrza szkoleniowiec na Czarnym Lądzie wylądował na początku lat 80. W latach 1983-84 prowadził reprezentację Zambii. Potem przeniósł się do Zimbabwe. Do dzisiaj mieszka zresztą w Harare, jego żona Krystyna jest honorowym konsulem RP, a sąsiadują z wiekowym prezydentem kraju Robertem Mugabe. Grabowski czterokrotnie był selekcjonerem reprezentacji Zimbabwe. Był też właścicielem i trenerem piłkarskiego klubu Darryn Textiles Africa United przez który przetoczyła się plejada uzdolnionych zawodników, którzy potem robili karierę także w europejskich klubach. Gros z nich trafiło potem, dzięki kontaktom Grabowskiego, nad Wisłę. Wśród nich byli Prince Matore, Norman Mapeza, Gift Muzadzi, Lloyd Chitembwe, Shingi Kaondera, Dickson Choto, a także znacznie wcześniej Derby Makinka.

Na początku 1992 roku 26-letni wtedy piłkarz zagrał w reprezentacji swojego kraju na Pucharze Narodów Afryki w Senegalu. Zambijczycy doszli tam, podobnie jak cztery lata wcześniej podczas igrzysk w Seulu do ćwierćfinału, gdzie po dogrywce ulegli późniejszemu triumfatorowi, Wybrzeżu Kości Słoniowej 0-1. Niedługo potem Makinka przyleciał do Polski. Trafił do najlepszej wtedy klubowej jedenastki w naszym kraju, jakim był Lech. Poznaniacy walczyli o mistrzostwo Polski, ich trenerem był Henryk Apostel.

- Grał u mnie w Akademii. Klub Darryn Textiles Africa United zmienił potem nazwę na DT Africa United, co znaczyło Don’t Tricks, nie oszukuj. To ze względu na zmiany nazwisk , wieku. Nie tolerowaliśmy takiego postępowania. Dzięki moim kontaktom do Polski poleciał Makinka i Gift Muzadzi, który później był bramkarze Lecha – tłumaczy Grabowski.

Rok wcześniej niż Makinka w naszym kraju znalazł się jego rodak Noel Sikhosana. O jego perypetiach pisałem kilka razy. Sikhosana przyleciał do Polski w marcu 1991 roku namówiony na grę w Polsce przez byłego bramkarza Wisły Roberta Gaszyńskiego, który wcześniej grał z nim w południowoafrykańskim Wits University . Nie zadomowił się jednak, mimo starań swojego polskiego przyjaciela w naszym kraju, i szybko wrócił do domu. W barwach Wisły Kraków zaliczył ledwie jeden ligowy występ. Sikhosana został pierwszym graczem z Afryki, który zagrał w naszej Ekstraklasie. Kolejnym był jego rodak Makinka, pierwszy gracz rodem z Afryki w barwach Lecha.

Mięso białe od soli

W naszej Ekstraklasie zadebiutował 11 kwietnia 1992 roku w meczu Lecha z Pegroturem Dębica, który zmierzający wtedy po tytuł mistrza Polski „Kolejorz” wygrał 3-0. W 54 minucie zastąpił na boisku Jacka Dębińskiego. Tydzień później ponownie zastąpił Dębińskiego, tyle, że już w 21 minucie spotkania ze Stalą Mielec na wyjeździe (1-0). W mistrzowskim składzie „Kolejorza” pojawił się jeszcze 10 maja 1992 roku w remisowym meczu z Hutnikiem w Krakowie 2-2.

- Ciężko coś więcej mi o nim powiedzieć. Sam byłem wtedy młodym zawodnikiem, dopiero wchodzącym do zespołu i koncentrującym się na swoich występach. Lech był wtedy na topie, więc ciężko było mu wejść do składu, tym bardziej, że w formacji ofensywnej grali wtedy tacy piłkarze, jak Andrzej Juskowiak, Mirosław Trzeciak, Jerzy Podbrożny czy Kazimierz Moskal. Pewni starsi ode mnie gracze mogliby o nim powiedzieć coś więcej – wspomina dzisiaj Jacek Dembiński, wtedy zaliczający swój pierwszy sezon w Ekstraklasie, w której rozegrał w sumie 304 mecze i zdobył 95 bramek.

- Jakim był zawodnikiem? Bardzo technicznym. Rzucało się jednak w oczy to, że był słaby fizycznie co w naszej „fizycznej” lidze było sporym minusem. Zapamiętałem go jako mega wesołego i radosnego gościa. Cały czas uśmiechnięty, zadowolony i pozytywnie nastawiony, taka otwarta osoba. Później trafiało do nas wielu innych czarnoskórych graczy, często leniwych, on był inny, szybko wkomponował się do drużyny, w której panowała zresztą wspaniała atmosfera. Jakoś wtedy miałem dużo na głowie, rodziło się nam dziecko, więc nie miałem głowy się z nim zaprzyjaźnić, ale jak mówię, z wejściem do drużyny nie miał problemów – podkreśla wtedy podstawowy obrońca Lecha Przemysław Bereszyński.

Ten były świetny defensor „Kolejorza” zapamiętał też Makinkę z innego powodu… – Niesamowite było to, jak solił mięso. Używał przy tym tyle soli, że było ono praktycznie białe. Na nasze pytania dlaczego tak robi odpowiadał, że u niego w kraju robi się tak dlatego, żeby się nie psuło – wspomina obecny trener zespołu Warty Poznań grającego w Centralnej Lidze Juniorów.

Pomylili benzynę z ropą?

W Polsce jego przygoda skończyła się na ledwie 3 ligowych występach. Potem wyjechał i zarabiał saudyjskim Al-Ittifaq. Z reprezentacją swojego kraju walczył też o historyczny awans do finałów mistrzostw świata w Stanach Zjednoczonych 1994 roku.

- Do Polski przyjechał w wieku 27 lat. Nie był to dobry moment na budowanie kariery. Kiedy jeszcze pojawiła się oferta gry z klubu z Arabii Saudyjskiej, który oferował 200 tys. dolarów za sezon, to wiadomo było, że nie zostanie w Polsce. A szkoda, bo może gdyby dalej grał w Lechu, to nie zginąłby w późniejszej katastrofie… – mówi smutno Wiesław Grabowski.

27 kwietnia 1993 roku „Miedziane Pociski”, bo tak na Czarnym Lądzie woła się na reprezentację Zambii, leciały na mecze w eliminacjach MŚ z Senegalem. Już w trakcie pierwszego międzylądowania z Lusaki do Brazzaville pojawiły się problemy z wysłużoną maszyną Zambijskich Sił Powietrznych de Havilland Canada DHC-5D Bufflo. Samolot był wiekowy, w użyciu od 1975 roku. Od końca 1992 roku przez kilka miesięcy nie był w użyciu, a ostatnie sprawdziany przed feralnym lotem do Dakaru wykazały sporo defektów. Mimo to zdecydowano się na lot. W maszynie siedziało 30 osób, pięcioosobowa załoga, a także piłkarze, trenerzy, działacze, lekarz i jeden dziennikarz.

Kilka minut po starcie z drugiego międzylądowania w Libreville zapalił się jeden z silników. Zmęczony pilot wyłączył nie ten silnik co trzeba przez co maszyna straciła moc i runęła w wody Atlantyku, 500 metrów od wybrzeża Libreville… Była godzina 23.44 miejscowego czasu. Zginęły wszystkie 30 osoby na pokładzie w tym Derby Makinka.

- Znałem 99 procent piłkarzy, którzy zginęli w tym wypadku. Wcześniej prowadziłem nie tylko pierwszą reprezentację Zambii, ale także zespół do lat 20, z którym wygraliśmy turniej dla młodzieżowych drużyn z południa kontynentu. To była bardzo fajna drużyna, w której nie brakowało indywidualności.

Różne rzeczy słyszało się potem. Także takie, że pomylono benzynę z ropą, co miało być przyczyną katastrofy. Uczestniczyłem potem w pamiątkowej ceremonii i było to przygnebiające dla mnie przeżycie. Znałem przecież tych chłopaków, trenowałem ich. Graliśmy potem z olimpijska reprezentacją Zimbabwe, którą prowadziłem z Zambią i też przypominam sobie to, że było to smutne spotkania – przywołuje tamte chwile doświadczony i utytułowany polski szkoleniowiec.

Niewyjaśnione przyczyny katastrofy. „Mocno to przeżyliśmy”

Najbliżsi tych, którzy zginęli w katastrofie 27 kwietnia 1993 roku, do dziś domagają się od władz Zambii wyjaśnienia wszystkich przyczyn. Wśród nich jest trójka córek Derby Makinki: Diana, Debbie i Debby. Od lat domagają się one od władz swojego kraju pełnego raportu dotyczącego przyczyn lotniczej katastrofy, w której zginął ich ojciec. Bezskutecznie…

- Nie było jeszcze wtedy Internetu, więc dochodziły do nas szczątkowe informacje na temat katastrofy, w której zginął ktoś, kto jeszcze rok wcześniej z nami grał. I choć wtedy nie był już zawodnikiem Lecha, to mocno to przeżyliśmy – mówi były kolega Makinki z boiska Przemysław Bereszyński.

- Każdy z nas gdzieś poza klubem dowiedział się o wszystkim. Była to smutna sprawa – dodaje Jacek Dembiński.

Wypadku uniknął najlepszy w historii gracz Zambii Kalusha Bwalya, który akurat na mecz z Senegalem miał lecieć z Europy, grał wtedy w PSV Eindhoven. – Gdyby Makinka dalej grał w Polsce, to jak Bwalya, który leciał na ten mecz z Brukseli, uratowałby życie – uważa dzisiaj trener Grabowski.

Rok po lotniczej katastrofie Zambijczycy z Bwalyą w składzie, wywalczyli wicemistrzostwo kontynentu, przegrywając w finale Pucharu Narodów Afryki tylko z Nigeria. Trzy lata temu nakręcono film o tamtym smutnym wydarzeniu, pod tytułem „Eighteam”. Tytuł filmu nie był przypadkowy. W katastrofie pod Libreville zginęło 18 graczy, a osiemnaście lat później Zambia zdobyła swoje pierwsze mistrzostwo kontynentu. W finale PNA „Miedziane Pociski”, prowadzone przez francuskiego szkoleniowca Herve Renarda, pokonały w serii karnych Wybrzeże Kości Słoniowej. Potrzebnych do tego było 18 jedenastek…

Michał Zichlarz, Afrykagola.pl

blog comments powered by Disqus