„Afryka zaskakuje, a potem… jeszcze bardziej!“ – wywiad z prof. Jerzym Kochem (1)

afryka.org Czytelnia Afryka Inaczej „Afryka zaskakuje, a potem… jeszcze bardziej!“ – wywiad z prof. Jerzym Kochem (1)

Prof. Jerzy Koch jest literaturoznawcą, niderlandystą i germanistą, specjalizującym się w literaturze kolonialnej, niderlandzkiej i południowoafrykańskiej. Jest profesorem zwyczajnym na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu,  gdzie kieruje Zakładem Studiów Niderlandzkich i Południowoafrykańskich na Wydziale Anglistyki. Badacz stowarzyszony University of the Free State w Bloemfontein w RPA. Pierwszy cudzoziemiec, który został członkiem Południowoafrykańskiej Akademii Nauk i Sztuk. Fantastyczny wykładowca, inspiracja i wsparcie dla studentów.

Karolina Drejerska: Jak zaczęła się Pańska przygoda z RPA? Jak to się stało, że germanista zainteresował się tak odległym krajem, o którym w Polsce było wiadomo bardzo mało?

 

Jerzy Koch: Droga była dość kręta, bynajmniej nie na skróty. Filologię zacząłem studiować, ponieważ w szkole średniej coraz bardziej interesowała mnie literatura i język. Po opublikowaniu pierwszych wierszy i opowiadań porzuciłem pierwotne plany związane z medycyną. Germanistyka była wyborem oczywistym skoro w szkole średniej miałem język niemiecki. Od razu jednak chciałem studiować także język niderlandzki, a na Uniwersytecie Wrocławskim była taka właśnie specjalność. Sądziłem, jak się okazało słusznie, że da mi to inne, po prostu większe możliwości. W ten sposób, poprzez studia literatury Flamandów i Holendrów, dotarłem do kolonialnej literatury niderlandzkiej.

 

Na początku fascynowały mnie Anytle i Surinam. Zacząłem zbierać powstającą tam lokalną literaturę, ale szybko odkryłem jeszcze większe bogactwo literatury niderlandzkiej, związanej z tzw. Indiami Wschodnimi, czyli Indonezją. Jednak ta pierwsza i niebawem porzucona miłość nie zardzewiała – w 2014 roku zostałem zaproszony na wykłady na Curaçao, Bonaire i Arubę, dawniejsze Antyle Holenderskie, co uznałem za akt historycznej ‚sprawiedliwości’ [śmiech]. Ten pobyt był ze wszech miar udany i w lutym tego roku znów pojechałem na Curaçao z wykładem.

 

Po internowaniu w stanie wojennym dostałem wilczy bilet i choć było miejsce dla niderlandysty-literaturoznawcy na UWr zostałem zatrudniony na uczelni dopiero w 1985 roku. Zresztą nie bez trudności. Przez te trzy lata 1982-1985, swoistego zawodowego czyśćca w archiwum oraz w pracy w szkole, zacząłem tłumaczyć literaturę niderlandzką i zestawiłem też bibliografię istniejących przekładów. Wynikało z niej coś ciekawego w odniesieniu do polskiej recepcji XIX-wiecznego pisarza holenderskiego Eduarda Douwes Dekkera, piszącego pod pseudonimem Multatuli. O nim napisałem doktorat, obroniony w Belgii w 1991 roku. (Nieco później, w 1994 roku, opublikowałem nowy przekład jego antykolonialnej powieści z 1860 roku pt. Maks Havelaar albo aukcje kawy holenderskiego Towarzystwa Handlowego.) Zaraz po obronie doktoratu pojechałem w styczniu 1992 roku do RPA na konferencję niderlandystyczną, którą Holendrzy po raz pierwszy po okresie bojkotu kulturalnego współfinansowali. Organizatorom z uniwersytetu w Potchefstroom zależało na umiędzanarodowieniu konferencji, a ja chciałem odejść od tego, czym przez wiele lat się zajmowałem. Więc zaraz po powrocie z Afryki, w lutym 1992 roku, rozpocząłem we Wrocławiu zajęcia dla niderlandystów z języka afrikaans. Tak to się zaczęło.

 

Co Pana ujęło w RPA?

 

Ujęli mnie ludzie o wielkiej gościnności i życzliwości. I kraj, jego krajobrazy, jego kontrasty. No i jeszcze język afrikaans, taki jak cały kraj – będący owocem kontaktu kultur, ludzi, mentalności. Afryka wciąż zaskakuje. To intelektualne i emocjonalne wyzwanie.

 

Jak poznawał Pan RPA? Jak zdobywał Pan materiały potrzebne do nauki? Jak uczył się Pan języka afrikaans, nie mając nauczyciela?

 

Pierwszy pobyt trwał trzy tygodnie, bo po kilkudniowej konferencji zostałem jeszcze, aby trochę zwiedzić kraj. Byłem przekazywany z rąk do rąk przez nowo poznanych znajomych. Opiekowali się mną doskonale i robili wszystko, abym jak najwięcej zobaczył. Zwiedziłem Pretorię, Johannesburg, zawieziono mnie nawet do istniejącej wówczas jeszcze ‚oficjalnie’ Boputatswany. Potem pojechałem do Bloemfontein, gdzie przeżyłem niesamowitą południowoafrykańską burzę – pierwszy raz w życiu bałem się żywiołu przyrody i to jakimś atawistycznym strachem. Na koniec wycieczki był Kapsztad i Stellenbosch. Trasa tradycyjna, rzekłbym. W każdym razie obecnie. Wtedy takiej turystyki jak dziś jeszcze nie było.

 

Kolega z Bloemfontein, prof. H.P. van Coller, zaprosił mnie wiosną 1992 roku, abym przyjechał we wrześniu na cały miesiąc i zebrał na Uniwersytcie Wolnego Państwa Orańskiego (University of the Orange Freestate / Universiteit van die Oranje Vrystaat, dziś University of the Free State / Universiteit van die Vrystaat) więcej materiałów do mojego nowego kursu ‚Wstęp do kultury, literatury i języka afrikaans’. Towarzyszyła mi wówczas moja żona i oboje potraktowaliśmy tę w sumie dość egzotyczną wyprawę jako naszą spóźnioną o dziesięć lat podróż poślubną [śmiech]. Samoloty latały do RPA stosunkowo rzadko. British Airways i KLM chyba raz w tygodniu. Najtańsza była Luxavia z Luksembruga. Trzeba było też mieć wizę. Na szczęście oboje mieliśmy jeszcze cały rok 1992 ważną belgijską kartę pobytu, więc ominęła nas wyprawa do Moskwy lub Wiednia, gdzie były najbliższe Polski placówki dyplomatyczne RPA. Ostatni tydzień września spędziliśmy na Przylądku, gdzie po Małym Karru obwoził nas prof. J.C. Kannemeyer, piszący wówczas biografię słynnego afrykanerskiego pisarza C.J. Langenhovena (1873–1932). To były ważne doświadczenia.

 

A co do nauki afrikaans. Niderlandzki pomaga niebywale w poznawaniu afrikaans, ale na dłuższą metę przeszkadza. Tak to już bywa z blisko spokrewnionymi językami, że interferencja jest wprawdzie początkowo pozytywna, ale w miarę lepszego poznawania języka i różnych jego rejestrów, bywa równoważona, a niekiedy neutralizowana interferencją negatywną. Afrikaans nauczyłem się dobrze, dopiero kiedy w latach dziewięćdziesiątych regularnie zacząłem dostawać kasety z nagraniami, głównie utworów literackich, których namiętnie słuchałem: w samochodzie, w domu podczas różnych prac, włącznie z prasowaniem! [śmiech]. Trzeba powiedzieć, że nie było wówczas jeszcze internetowego radia, a niektórzy twierdzili, że nie będzie nawet odrębnego edytora tekstu dla tego kilkumilionowego języka, bo się to nie opłaca. Dziś, z perspektywy czasu, okazuje się, że globalizacja też ma swoje dobre strony właśnie dla mniejszych wspólnot językowych. Afrikaans kwitnie w Internecie i poza nim też.

 

Czym ujęła Pana literatura południowoafrykańska?

 

Odpowiem standardowo – podoba mi się z reguły to, co ostatnio czytam. Czasem, choć rzadko, są to lektury własnego wyboru. Na ogół czytam jednak przygotowując się do zajęć, pisząc jakiś artykuł lub pracując nad kolejnym tomem historii literatury, ale nie narzekam – moja praca to poniekąd moje hobby. Kilka lat temu bardzo intensywnie przeżywałem na przykład twórczość poetycką lat dwudziestych XX wieku. Trochę zapoznaną w samej Afryce Południowej. Takie ‚zadane’ lektury też mogą być równie pasjonujące, co ‚wolne’. Natomiast wielkie i niezatarte wrażenie robiły i robią na mnie nadal powieści Etienne’a Leroux, którego uważam za jednego z najwybitniejszych pisarzy w afrikaans. Niedocenionym wydaje mi się Dolf van Niekerk. Z anglojęzycznych autorów oczywiście J.M. Coetzee, choć wielu jego status określa dziś jako ‚australijski’. No i Athol Fugard ze swoimi iście południowoafrykańskimi dramatami, mieszaniem języków i takim traktowaniem lokalności, że staje sie uniwersalna. To w największym skrócie moje boje czy pławy orientacyjne w morzu piśmiennictwa południowoafrykańskiego.

 

Jak bliscy odbierali Pańską pasję?

 

Znamienne, co we wrześniu 1992 roku powiedziała moja żona. Przyznała, że kiedy pół roku wcześniej, w lutym, wróciłem z Afryki, byłem jakiś strasznie zakręcony, ale kiedy sama tu przyjechała, zrozumiała dlaczego. No cóż, powiadają, że kto raz był w Afryce, ten albo już zawsze będzie tam jeździć, albo już nigdy drugi raz się nie wybierze. Coś jest na rzeczy… Cieszę się, że w 2004 roku udało nam się tam pojechać całą rodziną. Wynajęliśmy samochód i zjeździliśmy cały kraj od północy na południe, odwiedzając znajomych i przyjaciół, miejsca znane i nowe. Byłem szczęśliwy, że mogłem tam na miejscu dzielić się wrażeniami z najbliższymi, z moją żoną i naszymi synami. Magdalena jest profesorem literatury serbskiej i chorwackiej na UAM, ale choć to inna profesja, to czasem śmiejemy się, że lubimy kraje o trudnej historii i nierozwiązywalnych problemach. Ale tak na poważnie, ona czyta moje teksty, wie o czym i jak piszę, więc miało dla mnie kapitalne znaczenie, że udało nam się dwa lata temu znów być tam razem i wspólnie doświadczać ludzi, krajobrazów, kultury.

 

Kiedy postanowił Pan, że będzie zajmować się RPA zawodowo?

 

Zaraz w styczniu 1992 roku. Potrzebowałem zmiany obszaru zainteresowań. A tutaj było coś nowego i samo wchodziło mi ręce. Wiem, że zabrzmi to jak herezja, bo Afryka Południowa ma u nas z reguły posmak egzotyczny, ale RPA była wówczas pod wieloma względami bardzo podobna do Polski. W każdym razie mnie bardzo uderzały istniejące paralele. Wola pokojowych zmian i po stronie rządowej, i po opozycyjnej. Żmudne rozmowy i ugadywanie drogi transformacji, a nie krwawa rewolta. Zrozumienie przez wszystkich konieczności zmian i radość z nich, choć przemieszana z obawami, jakie będzie to nowe, co dopiero powstaje, itd. Ostatecznie na początku procesu lawinowych niemal zmian był znamienny fakt, iż około siedemdziesiąt procent białych wyborców zadecydowało w referendum o wolnych i demokratycznych wyborach. To bezprecedensowe oddanie władzy, bo w demograficznej sytuacji RPA wolne wybory oznaczały rządy czarnych. No i nie zapominajmy o przywódcach, którzy nadali sprawom odpowiedni bieg. To byli prawdziwi przywódcy z wizją. Ich wielkość widać tym bardziej, że wiemy, kto po nich przyszedł… także tutaj oba kraje są podobne. Dzisiejsze paralele nie są już tak wyraźne, bo Polska zmieniła się radykalnie od wstąpienia do UE. Ale w obu krajach zastanawia podatność masy wyborców na populizm, łatwość przyjmowania prostych wyjaśnień rzeczywistości, takich jak teorie spiskowe, itp.

 

Afryka Południowa, ówczesna, ale także z przeszłości, wydawała mi się i wydaje mi się nadal doskonałym materiałem dydaktycznym. Nie było i nie ma łatwych rozwiązań. Każde uproszczenie od razu się mści. Po co byśmy nie sięgnęli, możemy ilustrować skomplikowanie spraw: języki, religie, kultury. Przez południowoafrykańskie przykłady można wyjątkowo efektywnie nauczać młodych ludzi myślenia jako takiego. Afryka Południowa nadaje się wyśmienicie do celów, rzekłbym, dydaktycznych. Jest w tym sensie celem, ale też środkiem do innych celów.

 

Druga część rozmowy z prof. Jerzym Kochem tutaj.

O filologii południowoafrykańskiej przeczytasz na stronie uczelni.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *